[百十四 ] 114 (hyaku jū shi)
Jakie są złoty zasady jeżeli chodzi o przyjemne zwiedzanie bez tłumów turystów? Może to być między innymi wybranie się na miejsce poza sezonem, wybranie się w godzinach porannych, dojazd do atrakcji komunikacją publiczną, poruszanie się samochodem mniejszych gabarytów… Tak więc wjeżdżając do Kioto popełniliśmy wszystkie możliwe z powyższych błędów, normalnie jak totalni amatorzy.


Kioto ponownie
Po prawdzie poranny, powolny rytuał był spowodowany spadkiem formy Baltazara. Ja szukałem apteki a Niebieska składała łóżka, ogarniała dzieci i śniadanie. A to wszystko przy akompaniamencie dziecięcych krzyków i pełnych dezaprobaty narzekań dwóch podróżniczek które stały za nami na parkingu. Nasz kamper blokował im wyjazd (zatoki postojowe w Japonii często są tak ustawione, że samochody blokują siebie nawzajem) ale żeby oddać nam sprawiedliwość – nie my wybraliśmy to miejsce tylko takie zostało nam przydzielone w elektronicznym systemie podczas rezerwacji. Niebieska nie mogła przestawić kampera (nie miała międzynarodowego prawo jazdy więc jeśli cokolwiek by się stało podczas manewrów to byśmy się nie wypłacili) więc turystyki musiały się uzbroić w cierpliwość aż wróciłem na miejsce.
Zatem wjechaliśmy do centrum Kioto z pewnym poślizgiem naszym tymczasowym domkiem na kółkach. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić do nowej rzeczywistości, zatem nasze planowanie przyszłych postojów polegało na rzuceniu okiem na mapę i wybranie parkingu w pobliżu następnej atrakcji. A że padło na największą atrakcję Kioto, to i parkingów wokół było w brud! Do tego część była bezpłatna, co jest naszą ulubioną ceną (tak wiem, zajeżdża cebulą, ale tym razem to nie cebula, ale tamanegi タマネギ).
Zgodnie z naszą filozofią “jakoś to będzie – przygoda!” skierowaliśmy się do wybranego przez nas parkingu. Szybko się okazało, że droga, która prowadzi na miejsce jest raczej oblężona i prędkość przemieszczania się nie przekraczała zbytnio tej pieszej, ale nie było możliwości zawrócić więc brnęliśmy dalej. Jeśli zastanawiacie się jak to jest być wielorybem-weganem-pacyfistą płynącym przez ławicę, to polecam wam wyruszyć kamperem przez tłumy kierujące się ku najbardziej obleganej świątyni w Japonii (w 2006 roku, podczas Japońskiego Nowego Roku trwającego 3 dni, świątynię odwiedziło 2,7 miliona ludzii).





Jak się możecie domyślać – o parkowaniu na upatrzonym przez nas miejscu postojowym nie było mowy, ale zostaliśmy uratowani przez japońską policję, która kierowała ruchem w tamtej okolicy – wręczyli oni nam wydrukowaną mapkę ze wskazanymi placami parkingowymi, które powinny mieć jeszcze miejsca, by nas przyjąć. Zatem, wbrew pierwotnym obawom, widok machającego na nas policjanta zakończyło się pozytywnym doświadczeniem i pozwoliło nam faktycznie zaparkować na prawie pustym parkingu. I to właśnie tutaj nielegalnie spędziliśmy nockę (nielegalnie to bardzo mocne słowo… “lekko naginając zasady gościnności” brzmi lepiej) na parkingu, o czym wspominaliśmy już we wcześniejszym wpisie.
#TravelTip: Życie kamperowe uczy też rozglądania się za pralniami samoobsługowymi – to właśnie w takiej jednej spędziłem półtorej godziny ładując laptopa, pisząc jeden z czytanych przez Was wpisów i robiąc pranie właśnie.
A do samej świątyni mieliśmy niemal rzut beretem, zatem nie pozostało nam nic innego, jak ruszyć w jej stronę.
Świątynia bóstwa od ryżu
Fushimi Inari-taisha 伏見稲荷大社 (nazwa wpadająca w ucho), to świątynia założona w 711 roku przez klan koreańskich imigrantów. Położona jest u stóp góry Fushimi, w dzielnicy Fushimi (nie ma zgody, co było pierwsze w kwestii nazewnictwa – góra, czy świątynia). Poświęcona jest Inari, czyli kami odpowiedzialnego za rolnictwo i zbiory ryżu. Dorzuca się mu również opiekę nad biznesem. Jest to o tyle istotne, bo to właśnie przedsiębiorcy, by wyprosić sobie powodzenie, składają dary wotywne (zapamiętać hasło do krzyżówki), czyli religijne dary w intencji lub jako dowód wdzięczności.











Tutaj przyjmują postać torii, czyli tych czerwonych/pomarańczowych bram (żona poprawia mnie, że ten taki kolor zwie się „cynobrowy”). I właśnie to czyni to miejsce tak wyjątkowym. Bo o ile rozmiar obszaru przynależnego do świątyni robi wrażenie – bagatela 82 ha – to ponad 10 tysięcy bram torii na jej terenie wybija się ponad wszystko. Szczególnie znany jest obrazek “korytarza’ zrobionego z niemal 800 sztuk torii ustawionych jedna przy drugiej – idealne miejsce na instagramową sesję zdjęciową. Pozostałe torii rozsiane są na całym tym terenie, bo o ile główny chram jest usytuowany u podnóża wzgórza, to resztę można znaleźć przy pomniejszych “kapliczkach” na całym jej kompleksie.
#TravelTip: Nie bawcie się bambusowymi patykami znalezionymi w okolicy, bo najwyraźniej denerwuje to lokalnych mnichów (nie pytajcie skąd wiemy).
Dojście do świątyni obstawione jest pułapkami na rodziców z dziećmi – straganami pełnymi fajnych rzeczy do kupienia. No dobra, przyznam się, że sam z zainteresowaniem patrzyłem na parasol z rączką z katany, czy maskę samuraja, ale ponoć najbardziej znaną rzeczą jaką można tam nabyć są ciasteczka z wróżbą tsujiura senbei (辻占煎餅), które stanowią inspirację dla zamerykanizowanej wersji tej przekąski.
Przedzieraliśmy się przez tłumy z wózkiem, który jednak zostawiliśmy przy spontanicznie wyrosłej wózkarni – ktoś zostawił swój wózek przed schodami i inni rodzice podążyli tym śladem. Z perspektywy czasu wiemy, ze mogliśmy go wnieść po schodach, chociaż późniejsze chodzenie po ścieżkach mogłoby być problematyczne. Dlatego, jeśli możecie tego uniknąć, raczej wybierzcie się tam bez wózka. Jeśli waszym celem jednak jest tylko korytarz tysiąca torii, to trzeba przejść około 30 schodów – tu już sami oceńcie swoje możliwości. Po przejściu całego kompleksu wózek dalej na nas czekał (najwyraźniej jest to Azjatycka rzecz, bo jak go porzucaliśmy w Indiach to też zawsze stał w tym samym miejscu po powrocie).








Korytarz tysiąca torii jest fantastyczny! Szczególnie jeśli jesteś dzieckiem i lubisz się bawić w chowanego lub ganianego (wystarczyło powiedzieć “jesteś dzieckiem”). Udowodniły to nasze pociechy, ale szczęśliwie trzymały się rozsądnego rewiru. Rzecz jasna próbowaliśmy upolować jakąś przestrzeń z mniejszą ilością ludzi, by urządzić sobie piękną sesję zdjęciową, ale jak już we wstępie wspomnieliśmy – godzina odwiedzin była dobrana niefortunnie. Ale powiedzmy, że udało się coś ugrać, czego efekty możecie podziwiać w galerii – jedna ważna wskazówka:
#TravelTip: Nosząc dziecko na ramionach, należy pamiętać o tym, że torii torii nie równe i mogą trafić się takie z niżej położoną belką poprzeczną… (rada oczywiście jest czysto hipotetyczna i nie ma żadnego związku z potencjalnymi guzami Tamary).
Ten korytarz wyprowadzi was na rozdroże – z tamtego miejsca można pójść w kilku kierunkach, ponieważ część reprezentatywna się tam kończy, zaczyna się labirynt ścieżek po wzgórzu z rozsianymi ołtarzykami. Wybraliśmy jedną przypadkową i ruszyliśmy w las. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się zrobić małe kółko, ale po pewnym czasie zorientowaliśmy się, że z jakiegoś powodu nasza ścieżka nie chce zakręcić, a wiedzie tylko dalej od głównego wejścia. Gdy w końcu trafiliśmy na skrzyżowanie skręciliśmy (zgodnie ze złotą zasadą), że lepiej zgubić się na innej ścieżce, aniżeli powracać tą samą drogą w hańbie. I ta ścieżka nie prowadziła bezpośrednio do chramu – kończyła się na jakimś prywatnym podwórku, ale zauważyliśmy, że da się przezeń przejść, zaś po drugiej jego stronie znajduje się droga – nasza nadzieja. I tak – koniec końców wróciliśmy pod świątynię, ale by się z powrotem do niej dostać musieliśmy się mocno wspinać i to nie do końca po ścieżce. Straciliśmy trochę czasu – więcej niż planowaliśmy – ale za to zobaczyliśmy bardzo osobliwe miejsce – cmentarz z mnóstwem małych figur ichniejszych bóstw (kami) i mini-torii (nie jesteśmy pewni czy są one wliczone w te 10000 tori znajdujących się w obiekcie czy może trzeba je liczyć osobno). Jednym z najczęściej powtarzających się motywów była figura lisa kitsune 狐 z kluczem w pysku – posłańca kami Inari. Mówi się, że kitsune może zmieniać kształty, a także mamić, czarować i wyprowadzać na manowce. Jest to jeden z powodów, dla których ta świątynia mocno pustoszeje po zmroku – ze względu na obawę przed złym urokiem kitsune.








Schinkansen
Jedną z największych, nieprzemijających fascynacji Baltazara jest prędkość i pociągi. To połączenie naturalnie prowadzi do japońskiego systemu kolei dużej prędkości Schinkansen 新幹線. Fascynacja Baltazara wymagała byśmy z takiego przejazdu skorzystali – wszak przejazd prędkością ponad 300 kilometrów na godzinę jest wyjątkowym doświadczeniem (rekord prędkości prototypu to 603 km/h). Jednak nasze plany i fakt, że przemieszczam się kamperem nie pokrywały się z trasą tychże kolei. Baltazar tego dnia znowu poczuł się trochę gorzej, więc chcieliśmy by zdecydował czy w ogóle czuje się na siłach ale nie zawahał się ani chwili. Zatem nie mogliśmy odpuścić, zdecydowaliśmy się na przejazd najkrótszym z możliwych odcinków, by dać chociaż namiastkę synowi – na trasie Kioto-Osaka, której przejazd trwa 15 min (dystans 50 km). Rzecz jasna bardziej opłacałoby się przejechać zwykłą koleją/taxi/ samochodem/metrem albo kamperem, bo zysk czasowy jest minimalny, ale nie o to chodzi!




Należy mieć świadomość, że część przejazdów wymaga rezerwacji miejsc, zaś niektóre nie, i można wtedy wskoczyć do pociągu na tej trasie – nie o konkretnej godzinie. Chociaż trzeba trzymać się danego typu pojazdu, na przykład na trasie Tokio-Kioto-Osaka kursują 3 typy: Nozomi – najszybszy, najmniej postojów, Hikari – nieco wolniejszy, Kodama – zatrzymuje się na wszystkich stacjach, zatem kupujesz bilet na dany rodzaj.
Kupowanie biletu zajęło nam bardzo dużo czasu, ponieważ postanowiliśmy kupić go w okienku, a kolejka była spora – ale było to nasze pierwsze doświadczenie i sami nie wiedzieliśmy na jakiej zasadzie to wszystko działa. Jednak bilety można również kupić w automatach JR, zatem lepiej wcześniej doczytać i nie tracić czasu na czekanie.
#TravelTip: Shinkansen jest drogi ale można oszczędzić kupując bilet bez rezerwacji miejsc. Wówczas siada się na dowolnym miejscu w dedykowanym wagonie (który znajduje się na początku składu).
#TravelTip: Aby kupić bilet trzeba pokazać paszport więc miej go zawsze przy sobie.
Baltazar zapytany o wrażenia powiedział, iż żałuje, że przejazd był taki krótki, zaś maksymalną prędkość, jaką osiągnął pociąg wynosiła 292 km/h (ten to ma głowę do liczb!), a on chciał jechać 500 km/h! Nie może się pogodzić z tym, że taką prędkość osiągają na razie pociągi prototypowe nowej generacji, ale jak tylko wylewitują nad tory, to pewnikiem Baltazar znajdzie sposób, by takim się przejechać. Ale wystarczyło zobaczyć jego twarz by wiedzieć, że wybór pociągu był dobrym pomysłem, uśmiech nie schodził mu z twarzy a po tym jak pozwoliliśmy mu zrobić kilka zdjęć naszymi telefonami to się okazało, że zapełnił mam nimi pamięć w telefonie. Na koniec trzeba dodać, że konduktor Shinkansena to jedna z jego potencjalnych ścieżek kariery (innymi są Rycerz Jedi-treser smoków albo ninja).
Czy wspomnieliśmy, że Shinkanseny reagują na trzęsienia ziemi i zatrzymują się zanim w ogóle jakiekolwiek ruchy tektoniczne są odczuwalne przez podróżnych?
Wracaliśmy jeszcze tego samego dnia i (w ramach oszczędności wybraliśmy metro) zwykłym transportem miejskim zajęło nam to 1,5h.








Kioto i po kioto
I to by było na tyle z Kioto. Zdecydowanie ZA MAŁO. Niedosyt jest tak wielki, a mimo to w naszej rodzince podzieliliśmy się na dwa obozy, które nie mogą się pogodzić, które miasto zrobiło większe wrażenie – Kioto, czy Tokio. Ostatecznie staneło na tym, że wygrywa „Tioto” Skoro jeden dzień wystarczył by zasiać zamęt w naszej ocenie, to możecie sobie wyobrazić, że zdecydowanie warto się wybrać do Miasta Cesarskiego.
Jak już kiedyś tu wrócimy, to poświęcimy mu o wiele więcej czasu – i to samo Wam radzimy.










Dodaj komentarz