[115] Złap je wszystkie

[百十五 ] 115 (hyaku jū shi)

Pamiętacie jak wspominaliśmy o amerykanach, którzy oszczędzili Kioto przed bombą atomową ze względu na jego wartość kulturalną i historyczną? Osaka, mimo swojego sąsiedztwa z Kioto ma całkowicie inny charakter i inną atmosferę, miasto jest nowo-stare… Z naszej perspektywy jest miejscem niewykorzystanego potencjału podróżniczego, bowiem więcej rzeczy z naszej listy “do zrobienia” pozostało tylko w sferze marzeń, a to co nam się udało odwiedzić zakrawa na “minimalny plan minimum”. Kolejny powód by kiedyś wrócić do Japonii! 

Witajcie w Osace!

Ozaka

Taka była poprzednia wersja nazwy obecnej Osaki (大阪市) do czasu okresu Meiji. Jeszcze wcześniej nazywała się Naniwa i była oryginalną stolicą Nipponu zaledwie przez 10 lat (do 345 r n.e.). Jej dogodne położenie w zatoce nad Morzem Wewnętrznym pozwoliło na rozwój kupiectwa i rzemieślnictwa, nadając miastu status głównego ośrodka handlowego. Tu na scenę znów wchodzi ryż (o którym, jako walucie wspominaliśmy już wielokrotnie), kupcy budowali magazyny, przechowywali ryż w zamian za opłaty, które uiszczane były w postaci protoplasty papierowego pieniądza. Powstała tu pierwsza w świecie giełda ryżowa, na której handlowano nie-zebranym jeszcze ryżem. Innymi słowy – było na bogato no ale kto nie ryzykuje, ten nie je sushi. Wprawdzie za czasu wprowadzenia sigunatu (okres Edo) kupcy spadli w hierarchii społecznej na dno. Nie przeszkadzało to jednak w ciągłym bogaceniu się bogatych (a to niespodzianka). Nikt elicie niczego nie darował, sami musieli do wszystkiego dość ciężką pracą swoich chłopów. I tak – to bogaci się bogacili, biedni niezmiennie byli ignorowali – co doprowadziło do przegranego przez inicjatorów powstania chłopskiego, które zrównało ćwierć miasta z ziemią.

Zderzenie historii ze współczesnością

O ludziach z Ozaki mówiło się raczej nieprzychylnie – uważano ich za gburów i prostaków, skąpców i chciwców. Nie dziwi więc chęć odcięcia się od innych i wytworzenie własnej kultury, którego rozwój przyspieszył na przykład pożar Edo, który strawił większą część miasta i spowodował przeniesienie się do Osaki aktorów teatru Kabuki, czy twórców ukiyo-e (czyli taką tamtejszą alternatywną społeczność). 

Nieprzychylna opinia, szczególnie w kwestii obżarstwa dalej funkcjonuje w Japonii, szczególnie w prefekturze tokijskiej – istnieje wręcz powiedzenie “Mieszkańcy Osaki żrą, aż padną” (大阪は食倒れ, „Ōsaka wa kuidaore”). Ile w tym prawdy – trudno stwierdzić – być może wynikało to z zazdrości, a może z faktu, że wyniosłe zachowanie mieszkańców Edo spowodowało, że Osakijczycy (prawdziwe słowo) skupiali się na rozwijaniu własnej kultury. 

Tu też powstał jeden z tradycyjnych teatrów lalkarskich Bunraki 文楽, gdzie lalki mają nawet ruchome części twarzy, czy wręcz mechanizm zmiany twarzy, np.: przemiany kobiety w demona! I to jest pierwsza z rzeczy, której nie udało nam się zobaczyć. Mimo usilnych prób Niebieskiej nie udało się kupić biletów na spektakl, ani w Osace, ani w Tokio! Spektakli jest mało, a sezon artystyczny jest krótki (miesiąc trwania przedstawień na kwartał).

#TravelTip: Rezerwacja na teatr Bunraki należy zrobić z dużym wyprzedzeniem (lub zapłacić jak za… ryż).

Jak by nie patrzeć, to miasto się rozwijało i bogaciło aż przeniesiono inwestycje do Tokio. Z centrum finansowego i gospodarczego stało się centrum przemysłowym. A wraz z industrializacją cierpiało środowisko – tak bardzo, że zostało nazwane “Manchesterem Orientu” – niezły przytyk. Zakładane fabryki przyciągały migrantów, co powodowało powstawanie slumsów i dzielnic biedy, ale rząd wprowadził mechanizmy walki z ubóstwem, którego efektem było utworzenie sporej warstwy klasy średniej (heja!), co pomogło rozwojowi szkolnictwa i sztuki. 

Po zniszczeniach z II wojny światowej, aglomeracja ponownie zmieniła charakter na centrum handlowo-usługowo-finansowe. Wraz ze zwiększeniem nacisku na ekologię, metropolia stała się dogodnym miejscem na organizację wszelakich wystaw, konferencji, wydarzeń kulturowych i sportowych.

I oto Osaka w pigułce – długowieczne miasto ze współczesną myślą architektoniczną. 

Wielka Fala Kanagawa

Miasto przywitało nas deszczem. Dużą ilością deszczu. Niestety nie był to taki krótki, nastrojowy deszcz który przy świetle neonów daje nam klimat tokijskiego centrum. To były intensywne opady, odpowiednik listopadowego deszczu z ciężkich chmur bez perspektywy zmiany pogody i chęci do życia. Dlatego, po przyjeździe (Shinkansenem), naszym pierwszym celem było ukryte w jednym z lokali długiego pasażu – muzeum poświęconego sztuce drzeworytów ukiyo-e. Znajdują się tam przede wszystkim dzieła Hokusai Katsushika 葛飾 北斎, tego pana od Góry Fuji, o której już wcześniej wspominaliśmy.

Kogoś mi tu brakuje…

#TravelTip: Znaleźć ją można w tym miejscu (https://maps.app.goo.gl/1Wuw4FfWrv99gBLDA) – i nie jest to coś oczywistego, ponieważ znajduje się ono na 3 piętrze budynku, zaś wejście wcale się nie wyróżnia. Jeśli znajdziecie sklep z ciuchami marki Desigual, to trzeba się wspiąć powyżej.

Udało nam się wejść na te 3. piętro z wózkiem – co było nie lada wyczynem, bo klatka schodowa była wąska, schody strome, dzieci szybkie a jeszcze musieliśmy omijać innych ludzi. Sam wózek musiał zaparkować we wnęce przed wejściem na wystawę.
Bilety kosztują 1000¥, ale dla dzieci do 7 lat jest za darmo. W środku są ograniczenia w kwestii robienia zdjęć. 

Tego zachwytu nie da się udawać

Trzeba powiedzieć kilka słów o Wielkiej Fali. Przede wszystkim, kiedy szuka się informacji o tym “gdzie ją można znaleźć” wujek google zaczyna się gubić. Z racji, że jest to drzeworyt, tych wersji jest co najmniej kilka tysięcy (biorąc pod uwagę te w prywatnych kolekcjach), a wiele muzeów na całym świecie oferuje możliwość zobaczenia tego arcydzieła. Jest to najdroższy ze wszystkich, kiedykolwiek stworzonych ukiyo-e. Nie tylko my oszaleliśmy na punkcie tej pracy, dość zaznaczyć, że jej fragment znajduje się na japońskim banknocie 1000 ¥. Dzieci dokładnie ją znają, każdy potrafi powiedzieć “kanagawa”. Co prawda dzieciom najbardziej podoba się to, że widzą tutaj fale tsunami (z jakiegoś nieznanego nam powodu to słowo bardzo im się podoba) mimo, iż tak naprawdę specjaliści odczytują to po prostu jako tzw. Falę rozbiegową (nie mamy pojęcia co to znaczy ale brzmi bardzo mądrze). Zagadką pozostaje też skąd Hokusai zdobył europejski barwnik błękitu pruskiego, w czasie kiedy Japonia była praktycznie zamknięta na zachodnie cywilizacje. 

Ekwiwalent Bolesława Chrobrego, ale za to jaki stylowy!

Oprócz Hokusaia, można znaleźć prace Utagawa Hiroshige (niesamowite przedstawienie deszczu), Kitagawa Utamaro (znany z przedstawienia zbliżeń na piękne, kobiece twarze) i Toshusai Sharaku (tworzący jedynie 10 miesięcy, znany ze zniekształconych twarzy – w tym naszej ulubionej pracy Ōtani Oniji III w roli służącego Edobei). 

Jest to więc panteon twórców ukiyo-e. Zaskakującym jest, że tak znaczące prace trzymane są w malutkim, skrytym muzeum, pośród sklepów i restauracji. Co prawda są to drzeworyty, zatem samych prac powstało wiele kopii, ale czuliśmy zdecydowany niedosyt. Jednocześnie przymuzealny sklep miał ogrom kuszących przedmiotów – gdyby nie ograniczenia budżetowe, to nasze ściany pokryte byłyby reprodukcjami.

Niebieska kolorystycznie sama wygląda jak góra Fuji

Niebieska stała jak oczarowana przed kolejnymi dziełami, zostawiając sobie najlepsze na koniec. Czekałem aż Ona się napatrzy ale przez większość czasu pilnowałem dzieci by nie zniszczyły niczego w sklepiku (który był wielkości sali wystawienniczej). 

Wciąż – możliwość stanięcia twarzą w twarz z takimi dziełami, zanurzenie się w delikatne szczegóły tych prac, które przenoszą widza kilka wieków w przeszłość, sprawiło, że polecamy każdemu, kto planuje odwiedzić Osakę.

Średniowiecznik i japońska myśl architektoniczna

Jednym z głównych obiektów turystycznych jest Zamek Ōsaka 大阪城 (Ōsaka-jō), który powstał na miejscu buddyjskiej świątyni w 1583 roku – buddyści i chłopi bronili się przeciwko sigunatowi Toyotomi. No ale przegrali i proszę. Budowany zamek miał być największy, najlepszy i ogólnie czołówka światowa. Zatem zamek ma 8 pięter, z czego 3 są pod ziemią! Jest również świetną twierdzą, o czym świadczyły próby jego zdobycia przez Tokugawę w 1611 roku z ponad dwukrotnie liczniejszą armią – nie udało im nawet się dostać do jego murów zewnętrznych!
Zamek został zniszczony podczas amerykańskich nalotów w 1945 roku, a następnie odbudowany na wzór oryginału, chociaż wnętrza już są unowocześnione (poprzez chociażby dodanie wind). 

Co prawda porównując go do innych tego typu obiektów nie jest ani najsłynniejszy, ani najbardziej charakterystyczny, ani najpiękniejszy ale jednak to zamek! Od czasu wycieczki po pomorskich zamkach krzyżackich nie widzieliśmy niczego co nosiło to zacne miano! 

Na tym etapie naszej podróży po Japonii myśleliśmy, że skończy się Ona za kilka dni i chcieliśmy chłonąć jak najwięcej. Co prawda próbowaliśmy przedłużyć nasze wypożyczenie kampera i nie mieliśmy jeszcze biletów na dalszą podróż ale dalej nie wiedzieliśmy ile dokładnie zostało nam czasu na wyspie. Zatem mimo niepogody, katarków i kiepskiej aury kontynuowaliśmy w kierunku jedynego zamku w okolicy.
Mówi się o nim Złoty, albo Brokatowy – pierwsza budowla miała ponoć pozłacane ściany!

Zamek jest otwarty na zwiedzanie – ale koniec końców jedynie Niebieska się nań wybrała – czy wspominaliśmy już, że padało jak z cebra? Kiedy wyszliśmy z metra zderzyliśmy się z szarą, zimną rzeczywistością. Czasu było mało, chęci nie było w ogóle, parasol był jeden. Planowaliśmy pójść do kawiarni nieopodal by obmyślić dalszy plan gdy naszym oczom ukazała się sala zabaw, wzięliśmy to za znak z góry i zrobiliśmy prezent dzieciom. Ja zostałem, zaś Niebieska z naszym jedynym parasolem ruszyła na zwiedzanie. Obiekt znajdowało się dobry kilometr od miejsca zbiórki więc zanim w ogóle doszła na miejsce to cała była przemoczona, ale jej gen historyka sztuki i doświadczenie zdobyte na corocznych historyczno-sztucznych (poprawnie odmienione słowo) objazdach pchały ją naprzód. Szczególne wrażenie zrobiły ogromne głazy, które tworzą mury zewnętrzne – niektóre rozmiarów potężnej ciężarówki!  Dopasowane do siebie niczym wapienne bloki w egipskich piramidach. Na niektórych można dalej dojrzeć herby rodów, które dorzuciły się do konstrukcji oryginału – mury przetwrały bombardowanie w większości nienaruszone.

Złap je wszystkie!

Pokolenie lat 80. i 90. powinno hasło kojarzyć bardzo dobrze. Naszym pozostałym, szanownym czytelnikom spieszymy z wyjaśnieniem. Hasło “złap je wszystkie” dotyczy anime Pokemon, które to zebrało ogromne rzesze fanów na całym świecie, skutecznie pochłaniając kieszonkowe nieletnich i zapełniając nasze brzuchy chipsami, w opakowaniu których znajdowały się żetony z postaciami. Jakbym miał cofnąć się w czasie i zaproponować wspaniałą inwestycję, byłyby to gadżety z Pokemonami właśnie – pewny zysk!

5 pokemonów!

Manga – bo to od tego się zaczęło – jest to forma komiksu wywodzącego się z Japonii. Swoje korzenie sięgają drzeworytów ukiyo-e, zaś sama nazwa pochodzi od samego Hokusaia, który to wydał księgę Edehon Hokusai manga, czyli Manga Hokusaia do nauki rysowania, która zawierała posortowane szkice postaci od Hokusaia. Obecna forma zawiera w sobie sporo wpływów zachodu, których było niemało szczególnie po II wojnie światowej. I tak – takie księgi mangi czyta się od końca i od prawej do lewej, więc nieprzyzwyczajony zachodni pochłaniacz komisów może się łatwo pogubić. 

Na podstawie mangi powstało zaś anime – animowana manga i to w takiej formie Pokemony dotarły do nas. 

A my, jako klasyczni rodzice, karmimy nasze dzieci własną nostalgią, więc Pokemony nie są im obce. Za czasów niemowlaka zwracaliśmy się do Baltazara per Bulbasaur i nawet przygotowywaliśmy dla niego ciuszki z tym stworkiem. Do tej pory to jego ulubiony (poza Pikachu oczywiście, ale kto nie kocha Pikachu?) stwór. 

I wyobraźcie sobie nasze zaskoczenie, gdy wychodząc z dworca kolejowego natrafiliśmy na wielki znak Pokemon w witrynie sklepu – która reklamuje poke-restaurację i sklep poświęcony właśnie tym kieszonkowym potworom (Pocket monster = pokemon). A do tego byliśmy głodni, więc kombinacja wydawała się idealna.
O naiwni my byliśmy. Oj naiwni. Okazuje się, że nie da się doń dostać ot tak “z ulicy”. Na konsumpcję należy umawiać się ze znacznym zapasem czasowym (przynajmniej tydzień wcześniej) albo można stanąć w kolejce w nadziei, że ktoś z rezerwacji nie przyjdzie. 

A jeśli dostaniesz się do restauracji, to możesz znaleźć sporo dań w kształcie pokemonów, czy to odpowiednio ułożonych kulek ryżu, koktajlów czy chociażby podanych w stylizowanych naczyniach. Zapewne koszt dań jest niemały, my zaś raczej gustujemy w “taniej”, lokalnej kuchni, więc obchodząc się ze smakiem zatrzymaliśmy się w przy restauracyjnym sklepie z gadżetami. I było w czym przebierać, wierzcie nam. Chyba nigdy jeszcze nie powiedziałem w jednym miejscu “to jest za drogie” i “tego nie kupimy” tak wiele razy… Takie słodko-gorzkie doświadczenie.

Czekamy w komentarzach na to jakie były Wasze ulubione pokemony (u Niebieskiej jigglypuff i psyduck). 

Papa Osaka

I tak to wygląda – zajechaliśmy do Osaki na jeden dzień, zostaliśmy przywitani ulewnymi deszczami – więc innego określenia jak “niedosyt” być nie może. Ale było to warte – czy to ze względu na przejazd Shinkansenem, czy ze względu na bliskość mistrzów ukiyo-e. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *