[110] Plener sztuki

[百十] 110 (hjaku dziuu)

Przepraszam, czy mieszka tu ktoś, kto chciałby porozmawiać o Shintō 神道? Wszyscy? Super!

Szintoizm

Japończycy uważają, że religia jest sprawą prywatną i o tym się nie rozmawia. Nie używa się religii w debatach publicznych, większość Japończyków nie uważa się za osoby religijne a świątynie nie są finansowane z budżetu państwa. Brzmi nieźle, nie?

Świecisz mi czy sobie?

Shintō 神道 albo Droga Bóstw jest tym, co możemy znaleźć w japońskiej przestrzeni religijnej. To poszukiwanie równowagi między ludźmi, bóstwami i naturą.

Na początku pramateria była „jak tłuszcz chybocący się niczym meduza „- chaotyczny. Wyłoniła się Wielka Równina Niebios i przybyły 3 pierwsze bóstwa. Później tych bóstw się pojawiało więcej, aż trafiła się para Izanagi i Izanami, którzy stworzyli świat i inne bóstwa… Historia dalej wiedzie niczym polsatowski film akcji z lat 90′ z szybko zmieniającymi się sceneriami i kończy się gdzieś w okolicy stworzenia boga burzy wydmuchaniem go przez nos.
Można oglądnąć sobie drzewo genealogiczne!
W skrócie mówiąc – obecnie wygrywa Kult kami – boskiego ducha, które może być w wielu wydaniach i jest wielbiony w chramach wyznania sintō.

Wybaczcie dramatyczne skrócenie opisu, bo choć wczytywałem się we wpis na Wikipedii, to mogły by wyjść pewne problemy natury praw autorskich, gdybym tu cytował tę publikację w całości…

Warto jednak przywołać inny cytat, który bardzo trafnie opisuje kwestie religijności:

„Japończycy rodzą się szintoistami, zaś umierają buddystami”.

W szintuizmie nie ma jako takich rytuałów pogrzebowych (może i są wyjątkowe, ale to tylko… unikaty) bowiem śmierć, krew i rozkład ciała kłóciło się z najważniejszymi cechami tej religii – energii życiowej, harmonii, kontaktu z naturą. Jedyne, czego się można było spodziewać, to rytuały oczyszczenia dla ludzi z otoczenia umarłego (na przykład zakaz wstępu do świątyni przez jakiś czas). Nie było cmentarzy przy świątyniach i w ogóle ten temat był „fujką”.
Wtedy na scenę wstępuje Buddyzm, cały na pomarańczowo i gotowy zapełnić tę niszę. Buddyzm, w związku z wiarą w reinkarnację uważał śmierć za ważny etap w istnieniu, wspomina zmarłych i daje przestrzeń na żałobę i rytuały pogrzebowe.

I tu wracamy do religijności Japończyków – nie ma tu jakiejś reguły, społecznego nakazu, który wymuszałby „wybranie jednej religii” i się jej trzymanie. Jest to kwestia prywatna, więc jak chcesz, to możesz wziąć ślub w rytuale chrześcijańskim, obchodzić Nowy Rok w szintuiskiej świątyni i do tego nie uważać się za osobę religijną. A gdzieś obok tego mamy odmianę chrześcijaństwa, która wyznaje, że Jezus zmarł na tamtejszej wyspie jako japoński rolnik w wieku 114 lat. I wszyscy żyją z poszanowaniem wierzeń innych, kultura najwyższa klasa (podobno grób Chrystusa jest największą atrakcją regionu).

Hakone

Przyjechaliśmy do Hakone 箱根町 (miasto w Prefektura Kanagawa), które swoim terytorium obejmuje również szczyt górski Hakone 箱根山. Wspomniana góra jest aktywnym wulkanem, który wybuchł 3 tysiące lat temu, tworząc współczesny układ terenów. Objawami tej aktywności wulkanicznej są gęsto rozsiane ciepłe i gorące źródła, które często są zamknięte w obrębie tak zwanych onsenów (o tym jeszcze opowiemy). Historycznie, za czasów Edo, Hakone znajdowało się na trakcie Tōkaidō – jednym z pięciu głównych tras łączących Edo (obecnie Tokio) z Kioto (ówcześnie siedziba cesarza) i było punktem kontroli ruchu (wspominaliśmy już co nieco o Edo – tam zainteresowanych odsyłamy). Onsenów tam nie odwiedzaliśmy, ani nie załapaliśmy się na bycie panami feudalnymi (ani samurajami), by kontrole nas dotyczyły.

Skupiliśmy się natomiast na innym istotnym obiekcie w okolicy – jeziorze Ashi 芦ノ湖 (jezioro trzcin). To powstałe w kraterze wulkanicznym jezioro o powierzchni 7km2 stało się naszym punktem odniesienia w tamtej okolicy. Trafiliśmy do niego po raz pierwszy poszukując miejsca do przenocowania. Według mapy powinniśmy byli trafić do miki-no-eki (darmowe parkingi), położonego trochę wyżej od jeziora, ale jakoś tak wyszło, że zajechaliśmy na pusty parking zaraz przy brzegu zbiornika. Najwyraźniej sezon tutaj nie zdążył się jeszcze rozpędzić (front kwitnienia wiśni tutaj jeszcze nie dotarł), więc – parking był praktycznie pusty. Skorzystaliśmy z faktu, że jest na terenie darmowa toaleta i zdecydowaliśmy, że lepszej miejscówki na przenocowanie nie znajdziemy.

A była to miejscówka niesamowita.
Jezioro Ashi jest bardzo malowniczym akwenem – usytułowana w górzystym otoczeniu komponuje z okolicą piękny pejzaż, chociaż tutaj ponownie najwięcej uwagi znów przyciąga majaczące w oddali Fuji. I trzeba dodać, że robi to na tyle skutecznie, że nawet XVIII wieczne (albo stylizowane na takie) statki pływające po jeziorze muszą jej ustąpić palmy pierwszeństwa.

#TravelTip: Jeśli jest ktoś zainteresowany, to rzeczone statki oferują rejs po jeziorze. Nie skorzystaliśmy z tego, ale cieszą się dobrą opinią.

#TravelTip: Hakone jest często miejscem jednodniowych wycieczek (wyjazd i powrót do Tokio – nie ma możliwości dalszej trasy) z uwagi na dogodne kursowanie pociągów.

Hakone Open Air Museum

Zanim zaczęliśmy proces krótkotrwałej hibernacji (potocznie zwanej „snem”) – podjęliśmy próbę odwiedzenia muzeum, dla którego w ogóle wybraliśmy się do Hakone. Tak – próba była nieudana, ponieważ muzeum zamykało się o 17:00, my zaś przyjechaliśmy na ostatnie wejście, ale zbyt dużo czasu zajęło nam wyjście z kampera (tutaj do toalety, tu ktoś coś i trzeba było się wracać – kto ma dzieci, ten się z tego cyrku nie śmieje) i zamknęli nam wejście przed nosem. Cóż było czynić – spędziliśmy noc na wspomnianym wcześniej parkingu i wróciliśmy tam następnego dnia.

Generalnie unikaliśmy odwiedzania muzeów które oferują nam zachodnie dzieła sztuki. Nie po to jesteśmy w Azji by rozmawiać o impresjonistach. Jeśli już zwiedzaliśmy historyczno-sztuczne przybytki to były zazwyczaj związane z miejscem w którym aktualnie mieszkaliśmy (np. w Kambodży). Ale w tym wypadku zrobiliśmy wyjątek i polecamy wpisać to miejsce na listę „miejsc do odwiedzenia w Japonii”.

Muzeum plenerowe w Hakome zostało założone w 1969 roku jako teren do ekspozycji rzeźb. Koncept zagospodarowania przestrzeni i bryły budynków zostały zaprojektowane przez rzeźbiarza Bukichi Inoue. Jego założeniem była chęć wykorzystania górzystego terenu i otoczenia, by oddać uczucie chodzenia po ludzkim ciele (Kingsajs, ktoś słyszał?) – uważał, że ziemia sama jest niczym rzeźba.

Skrzywienie zawodowe, które powoduje, że wszędzie widzi rzeźby? Być może. Ale efekt mu się udał.

Znaczna część kolekcji ograniczono do rzeźb, które są trwałe i zaprojektowane tak, by ekspozycja na zewnątrz nie miała wpływu na jej istnienie.

I co tu dużo mówić – udało im się stworzyć naprawdę niesamowite miejsce! Przestrzeń przeznaczona jest zarówno dla dorosłych jak i dzieci, więc tym chętniej się tam wybraliśmy. Niektórzy podróżnicy twierdzą wręcz, że nic lepszego już maluchów w Japonii nie spotka. A przecież mówimy (piszemy) o muzeum!

Kolekcja skupia się na rzeźbie nowoczesnej i współczesnej (tu mała dygresja – w historii sztuki epoki bliżej nas po XIX wieku dzielą się na sztukę nowoczesną (do 1970r) i współczesną – ciekawe jak ten podział będzie wyglądał za 100 lat). Znajduje się tam bardzo dużo „perełek”, między innymi dzieła Joana Miró, Henry Moore’a, Alberto Giacommeti’ego, Fernanda Légera, pana burdel Émile-Antoine Bourdelle i niezrównanego Rodin’a. I jeśli niewiele Wam mówią te nazwiska – to niech zdjęcia przemówią w ich imieniu.
Jednym z nowszych dodatków jest pawilon poświęcony Pablowi Picassie, ale mimo, że my, Europejczycy widzieliśmy całkiem sporo jego prac, to można tam znaleźć przykładowo ceramikę, którą tworzył – a jest to coś różnego od jego malarskiej działalności.

Nasze dzieci bawiły się przednio! Ekspozycja jest tak zorganizowana, by nie zostać zaatakowanym nawałem dzieł – jestdużo przestrzeni, więc można się skupić na mijanych obiektach – a na niektóre nawet wejść! Przykładowo na wieżę z witraży Gabriela Loire, czy na wielkie jajko sadzone Klein Dytham. Można pobiegać po małym labiryncie, albo – to zdobyło najwięcej uznania dzieci wszystkich narodów – pobujać się na wielkim hamaku przypominającym ogromną pajęczynę. Można na nią wejść, no chyba że się jest dorosłym (i oczywiście bez obuwia, niezależnie od wieku).

Atrakcji jest więcej niż my mieliśmy czasu, tutaj niestety deszcz zdecydował za nas, a że Baltazar czuł się gorzej, to nie chcieliśmy ryzykować przechłodzenia dzieci – więc skierowaliśmy się do budynku.

#TravelTip: Na miejscu jest restauracja, która nie jest kosmicznie droga i jest obsługiwana przez roboty. Polecamy!

Torii

Wróćmy na chwilę do szintuizmu. Jednym z najczęściej odwiedzanych obiektów w okolicy jeziora Ashi jest świątynia Shintō Hakone-jinja 箱根神社. Założona w 757 roku, pierwotnie położona była na jednym ze szczytów góry Hakone, a dopiero w 1667 roku została przeniesiona na brzeg jeziora. Jej założycielem był kapłan Mangan, który wsławił się spacyfikowaniem dziewięciogłowego smoka, który żyje na dnie jeziora Ashi.
Świątynia jest raczej rozproszona – kilka budowli wchodzących w głąb lasu, duży dostępny za darmo parking (ważna informacja!), ale kluczowym jest brama Torii, która leży przy brzegu jeziora – ale jeszcze w wodzie.

Jest to jeden z bardziej popularnych punktów do robienia sobie zdjęć – nie bez przyczyny – Torii tworzy naturalną ramę dla wspaniałego Instagramowego zdjęcia. My również stanęliśmy w kolejce, są tam specjalne barierki aby kolejkować w kulturalny sposób. My staliśmy dobre 40 minut, w dość nierównej pogodzie ale stwierdziliśmy, że nigdy więcej w życiu nie będziemy w tym miejscu więc poczekamy. I tak sobie staliśmy i zorientowaliśmy się, że działa mały system przysług – mianowicie prosiło się o osoby w kolejce za sobą o zrobienie zdjęcia. I tutaj trafiamy na wariację „niedźwiedziej przysługi”, wszak nigdy nie wiesz na kogo za sobą trafisz. I możesz trafić na kogoś, kto zrobi Ci zdjęcie, ale nie weźmie pod uwagę ogromniastej, czerwonej bramy Torii, na tle której stoisz natomiast świecie będzie widać Twoje buty! Byłem świadkiem takiej sytuacji, jednak zanim się zorientowałem co się stało – ofiary już uciekły, by przeglądając później zdjęcia zawyć z zawodu.

To taka mała przestroga i wskazówka:

#TravelTip: jeśli prosisz kogoś o zrobienie zdjęcia – sprawdź efekt i nie obawiaj się dać wskazówki i poprosić o zrobienie kolejnego.

A skoro już mówimy o Torii – to wypadałoby w końcu powiedzieć czym ono właściwie jest. Torii 鳥居 oznacza grzędę. Tak – jest to miejsce dla ptaków – wierzy się, że ptaki są posłańcami bogów kami. Bramy stawia się je w miejscach, gdzie potencjalnie te kami mogą być, więc nie dziwi widok bramy w wodzie, czy w przydomowym ogrodzie.
I przy okazji znów troszkę folkloru: istnieje legenda o pochodzeniu tych bram. Mit nazywa się  Ama-no-iwato (Brama Niebiańskiej Jaskini Skalnej) i mówi o bogini Amaterasu, która obraziła się na swojego brata Susanoo. Ukryła się w jaskini – a z racji, ze jest boginią słońca – na świecie zrobiło się ciemno. Próbowano ją jakoś wywabić z środka, nawet zorganizowano wielką imprezę – ale na nic. Wpadli więc na pomysł, by postawić koguta na grzędzie (Torii) przed jaskinią i zmusić go do zapiania. Boginia przekonana, że wstaje świt mimo jej nieobecności, wyszła na zewnątrz, a wtedy jaskinię zamknięto i pyk – mamy dzień.

Odwiedzając świątynię, miejcie w głowie ten opis i spróbujcie wypatrywać ptactwa – a nóż-widelec to właśnie któreś bóstwo na was patrzy i chce Wam coś przekazać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *