Chyba jesteśmy czymś w rodzaju zbieraczy. I o ile ja walczę ze swoją potrzebą zostawienia każdego kawałka elektroniki i każdego kabelka, ponieważ może kiedyś się przydać (a weź taki wyrzuć, to na drugi dzień okazuje się, że akurat ktoś o taki kabelek pytał), to w kwestiach podróżniczych bezwstydnie odhaczamy ważne punkty, zbieramy pieczątki i magnesy na lodówkę. Ten wyjazd naznaczony został zbieraniem obiektów UNESCO, poszukiwaniem keszy z geocaching.com po drodze, a tu na scenę wjeżdża kolejna kategoria – i jest wagi ciężkiej – CUDY ŚWIATA!
Skąd te Ź w nazwach?
Tadź Mahal – nie będziemy Was dłużej trzymać w niepewności – odwiedziliśmy go. I tak – wszyscy piszą Taj Mahal (the L is silent), chyba że mówimy w hindi, to prosta kwestia: ताज महल. Świątynia Miłości – tak nazywane mauzoleum w Agrze (dawna stolicy) – miejscowości położonej 200 km od Delhi ku czci Mumtaz Mahal – żony Szahdżahana (władcy z dynastii Wielkich Mogołów – nie mongołów!), która zmarła wydając na świat czternaste (!) dziecko w wieku 38 lat. Przed śmiercią wymogła na swoim mężu trzy obietnice: ma nie wychodzić za mąż, ma się zająć dziećmi i ma wybudować budynek na jej cześć. Krążą słuchy, że była czwarta obietnica dotycząca celibatu, ale Szahdżahan akurat był w tunelu i jechał windą i zasięg miał słaby, więc tego nie usłyszał za dobrze – a nie chciał się sprzeniewierzyć się ukochanej. Z wypełnianiem obietnic szło mu nieźle jak na mężczyznę w XVII wieku (w końcu był to intelektualista) – dziećmi się zajął, więcej żon już nie miał (o wcześniej zaślubionych i o konkubinach nie było mowy) i machnął ogromny budynek ku pamięci żony. No dobra, oddajmy trochę Szahdżahanowi – ponoć bardzo przeżył tę stratę – przez dwa lata nie słuchał muzyki, nie ubierał się wystawnie i nie uczestniczył w uroczystościach, ponoć osiwiał całkowicie, pogorszył mu się wzrok od ciągłego płaczu i zakazał wszelkich rozrywek w środę – w dzień śmierci żony. Rozważał porzucenie stanowiska by zostać religijnym ascetą, ale jego córce udało się jakoś wyprowadzić go z żałoby – sfokusował te uczucia na budowie mauzoleum.
I to właśnie ten budynek przyszło nam zwiedzać.


A teraz trochę cyferek: Zbudowany z białego marmuru przywiezionego z odległej o 350 km Makrany, ma w najwyższym punkcie 73 metry, obejmuje obszar 17 hektarów, chociaż główny budynek stoi na kwadratowej platformie o boku 95 metra i wysokiej na 6 metrów. Do budowy zaangażowano ponad 20 tysięcy robotników, trwała ona 16 lat (plus 5 na wykończenie) i kosztowała na obecne około 830 milionów dolarów amerykańskich). A, i w promieniu 50 kilometrów nie można postawić fabryki emitującej zanieczyszczenia, by nie spowodować czernienia budowli.
A propos koloru afroamerykańskiego – krążą legendy, że po drugiej stronie rzeki Jamuny miał powstać Czarny Taj Mahal. Znaleziono nawet jakieś fragmenty fundamentów, ale już dawno obalono tę hipotezę – a szkoda, bo byłoby to niesamowicie ekscytująca wizja – obraz odwiecznego zmagania człowieka pomiędzy dobrem i złem, dniem i nocą, vizirem a perwollem black magic… A tak pozostaliśmy z jedną tylko stroną.
Zaprojektowanie zostało zlecone sprawdzonemu Ustad Ahmad Lahori – architektowi odpowiedzialnemu również za Czerwony Fort w Deli (patrz Koło zagłady). Budowla to taki kwadraciak z białą cebulą na szczycie i czterema minaretami w rogach podstawy (którą ktoś w polskiej wikipedi nazwał plintą – która zgodnie z definicją – z wikipedii! – jest MAŁĄ kwadratową podstawą pod kolumną). Budowla jest zdobiona reliefami, płaskorzeźbami i kamieniami pół i całkiem szlachetnymi, sprowadzonych z całego świata (między innymi z Chin, Afganistanu i Sri Lanki). Z racji islamistycznego charakteru budowli – wszak jest to mieszanina hindusko-islamska – nie ma przedstawień antropomorficznych – jedynie roślinne, abstrakcyjne i kaligraficzne były dopuszczalne.





Oprócz samego mauzoleum, w kontrakcie był również zapis o otaczających ogrodach, mauzoleach towarzyszących i innych budowlach, które już zbudowano z czerwonego piaskowca (widać budżet się nie spinał).
Mieli rozmach na ten gmach…
W 1973 roku znalazł się na liście UNESCO, zaś w 2007 roku został wyróżniony na liście Nowych Cudów Świata (wszak cudy mają termin ważności…). Jest 5. z 7 cudów świata, które udało nam się zobaczyć. Widzieliśmy już Wielki Mur Chiński (Widzieliśmy Wielkiego Mura) oraz ten „ósmy” honorowy, czyli Angkor Wat (Ósmy cud świata). Jakby się ktoś nie był pewny co jeszcze się znajduje na tej liście to już wymieniamy: Koloseum, Machu Picchu, Chrystus w Rio (byliśmy, widzieliśmy, nie mamy pojęcia czemu się znalazł wśród tego dostojnego grona), Petra i Piramida Chichén Itzá (dwa ostatnie jeszcze przed nami).
Zgodnie ze zmianami wprowadzonymi na XX posiedzeniu Komisji Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami Polski (27 września 2005 roku) zalecana polska nazwa mauzoleum to Tadź Mahal. Ale jak przychodzi do wymowy, to hindusi nie wymawiają ostatniej litery „l”, więc czytając w głowie ma brzmieć bardziej „Tadź Mahe”.





Depozyt z ograniczeniami
Bilety – jak wszędzie – lepiej zakupić on-line. Może się zdarzyć, że kolejki do kas będą krótkie, ale można też źle trafić – i przyjdzie czekać w jednej kolejce więcej niż potrzeba (wcześniej jest kolejka do przechowalni bagażu, później czeka jeszcze kolejka do kontroli bezpieczeństwa, nie mówiąc już o czekaniu w kolejce do dobrego punktu na zrobienie „pocztówkowego zdjęcia”). Nam w transakcji pośredniczył nasz hotel, jest to częsta praktyka i nie była obarczona dodatkowymi kosztami.
Rzecz jasna – hindusi mają niższe stawki biletowe, zaś dzieci do lat 15 nie płacą, niezależnie od kraju pochodzenia. Bilety można kupić maksymalnie na tydzień do przodu i do wyboru są opcje ze zwiedzaniem mauzoleum i bez (tzn. wchodzi się do środka lub nie – można wejść na platformach przy obu opcjach).








Tak się złożyło, że Taj Mahal był naszym ostatnim punktem w planie zwiedzania Agry (potem wracaliśmy do Delhi, gdzie było czekał nasz pokój), więc mieliśmy cały czamadan ze sobą. Nie było tego dużo, ale na teren obiektu nie wpuszczają z większymi plecakami i torbami. Na szczęście na miejscu jest przechowalnia bagażu, choć jest ona oddalona niecały kilometr od wejścia do świątyni! Czy takie szczęście to się okazało na miejscu, gdy wyszło, że niektórych rzeczy w swoich bagażach przewozić nie wolno.
#TravelTip: W przechowalni nie można mieć elektroniki ani jedzenia! Istnieje kategoryczny zakaz wnoszenia laptopów przy jednoczesnym zakazie zostawiania ich w przechowalni!
Z tego powodu musieliśmy się podzielić na dwie grupy zwiedzające – Niebieska z Tamarą i ja z resztą stada. Żeby nie było – próbowaliśmy się wkraść z naszą kontrabandą do środka, ale ochrona była bardzo dokładna, bardzo nieprzekupna i hindusko-angielsko-języczna…
Na pierwszy ogień wybrała się Niebieska z Tamarą później moja grupa. Tłumy było umiarkowanie wysokie, zaś temperatura w górnych granicach moich tolerancji (a ja nie lubię upałów, więc dało się przeżyć). Jest kilka bram wejściowych ale wszystkie prowadzą na dziedziniec wewnętrzny, który kieruje nas ku wąskiemu gardłu – główną bramę wewnętrzną. Przecisnęliśmy się przezeń i oto stoi ON. Ten sam Tadź bez wątpienia Mahal, usytuowany na końcu ogrodów i kanałów wodnych. My poszliśmy trochę dookoła – w pierwszej kolejności rzuciliśmy okiem na wystawę w zadaszonych korytarzach okalających teren. Dzieci szukały specyficznego elementu i jak widać na zdjęciu – udało im się go zlokalizować. Wraz z zbliżaniem się ku mauzoleum gęstość tłumów rosła, trochę czasu zajęły nam próby ustawienia się do zdjęcia i nie wpadnięcie do jednego z kanałów (a niektóre nasze dzieci mają tendencję do takich szybkich kąpieli). Szczęśliwie suchą stopą dotarliśmy do białej platformy. Tam się ukazała kolejna kolejka – tym razem do wejścia do wnętrza.








#TravelTip: Pilnujcie biletów wstępu – przed wejściem do wnętrza mauzoleum trzeba je ponownie pokazać!
Ta podstawa (plinta?) również jest wykonana z białego marmuru, więc przed wejściem na nią należy ubrać nakładki na buty – jak sami możecie sobie wyobrazić – dzieci się bawiły przednio na tej wielkiej ślizgawce. Idzie się później gęsiego z tłumem by podziwiać krypty (a właściwie ich repliki – prawdziwe krypty są w piwnicy), ale nie można robić zdjęć w środku – są tego pilnujący ochroniarze. Wychodzi się z drugiej strony – od rzeki – gdzie można sobie jeszcze porobić zdjęcia i podziwiać widoki, no i poślizgać się.
If spicy, no pay!
Po wyjściu wybrałem się z dzieciakami do pobliskiej kawiarni – okazało się to super miejscem z widokiem na Tadź Mahal i całkiem dobrymi cenami jedzenia z bardzo miłą obsługą, gdzie czekaliśmy na powrót Niebieskiej ze zwiedzania. Znaleźliśmy to miejsce z polecenia podróżników na google i się nie zawiedziliśmy. Gdyby ktoś był zainteresowany, to prowadzą również hostel, więc można całkiem blisko spędzić nockę: https://maps.app.goo.gl/M3PLW7ezY8Q9Ehao8







To miejsce reklamuje się jako restauracja z najlepszym widokiem na Taj Mahal i chyba faktycznie tak jest. Lokal znajduje się na trzecim piętrze więc jak Niebieska z Tamarą do nas przyszły to mieliśmy dylemat co zrobić z wózkiem. Schody były strome a miejsc „parkingowych” brak. Właściciel nas jednak zapewniał, że nikt go nie ukradnie bo mają tutaj kamery (faktycznie jakieś były) i że tutaj wszyscy uczciwi. Niebieska nie bardzo miała inną opcję, więc wzięła pod jedną pachę dziecko, pod drugą torbę z wartościowymi rzeczami i wdrapała się na najwyższą kondygnację złorzecząc na męża, co to za miejscówkę znalazł. Ale jak sama przyznała – było warto.
Kiedy już obie grupy odwiedziły przybytek postanowiliśmy coś skonsumować. I jak zawsze: zaczęliśmy naszą „restauracyjną mantrę” do kelnera. Zawsze, ale to ZAWSZE jak już coś zamówiliśmy i prosiliśmy, żeby: „dla dzieci nie było ostre, ale naprawdę w ogóle nie ostre, ani troszeczkę ostre, bez przypraw, bez żadnych dodatków, bez smaku” – to i tak zawsze było zbyt przyprawione dla naszych stworków. Nauczeni już doświadczeniem zaczęliśmy recytować zdanie „If it is spicy, I will not pay” (jeśli będzie pikantne, to nie zapłacimy), doszło nawet do tego, że tym razem to Baltazar kulturalnie ale stanowczo wypalił do kelnera „If spicy, no pay!”. I tym razem przyniosło to skutek i możemy polecać to miejsce jako takie, które potrafi podać bezsmakowy, zwykły, nudny makaron – odpowiedni dla podniebienia europejskich dzieci.
A wrażenia?
Jakby podsumować – Tadź Mahal nie zrobił aż takiego efektu ŁAŁ!, jakiego się spodziewaliśmy. Nie umniejszając całej konstrukcji – jest niesamowita, majestatyczna i misternie wykonana. Być może przez fakt, że widzieliśmy wcześniej obiekty wykonane w podobnym stylu i niewiele ustępujących rozmiarami sprawiło, że trochę się znieczuliliśmy na jej blask. Na pewno też sprawia „łyse” wrażenie, ogrody niby były ale raczej tak symbolicznie by nie odciągać wzroku od mauzoleum na zbyt długo. Mieliśmy wrażenie, że jest zawieszony w przestrzeni, nie do końca pasujący. Pod tym kątem dużo lepiej wypada Mauzoleum Humajuna (tak, nie, nie wiem, może). Zgodnie stwierdziliśmy, że Tadź powinien ustąpić miejsca na liście cudów świata Angkor Wat (Ósmy cud świata). Ale nie żałujemy tego wypadu i polecamy każdemu – szczególnie, że można się wybrać na nocne zwiedzanie, a oświetlony księżycem musi robić ogromne wrażenie.














Dodaj komentarz