[111] Wsi japońska, wsi wesoła

[百十一 ] 111 (hyaku jū ichi)

Ach! Polska, złota jesień albo cudowna „wsi spokojna, wsi wesoła” jak wieścił nam Jan Kochanowski! Nie ma większej uczty dla oczu, niż zachwycanie się spektrum ciepłych barw, którymi Natura maluje drzewa wzdłuż alei, ulic, ścieżek i leśnych duktów! Kiwacie głową mimo, że mamy jeszcze wiosnę a my gadamy już o przedzimiu! Dlaczego o tym wspominam? Zgadliście – Japończycy też mają swoja wersję Polskiej Złotej Jesieni (Japoński-Czerwony-Schyłek), a zwie się…

Momijigari

Polowanie na czerwone liście 紅葉狩 jest całkiem zbliżone z śledzeniem frontu kwitnienia wiśni podczas Sakury (od kiedy przylecieliśmy na Nippon tyle razy powtórzyliśmy słowo „sakura”, że już powoli traci sens). I nie, nie jest to japoński wymysł – w Stanach Zjednoczonych, gdzie wszystko musi być większe i bardziej, ten zwyczaj cieszy się dużą popularnością, chociaż angielska nazwa już nie jest tak zachęcająca – Leaf peeping (podglądanie liści).

Wracając do Momijigari – w Japonii śledzenie kolorowania się liści i poszukiwanie obszarów z drzewami w odpowiednim stadium jest bardzo popularne. Podobnie jak podczas sakury, dostępne są informację na temat przewidywanych terminów czerwienienia liści (w szczególności klonu) w kraju, dostępne są mapki z zaznaczonymi drzewami, również interaktywne. Dużą popularnością cieszą się wycieczki do najbardziej widowiskowych miejsc do podziwiania tego zjawiska schyłkiem roku. (Widzieliśmy coś podobnego kilka miesięcy wcześniej w Pekinie, gdzie chodniki się korkowały w skutek setek ludzi próbujących uchwycić złote drzewa podczas Złotego Tygodnia).

Taka mała ciekawostka – Momijigari, to również nazwa najstarszego, japońskiego, zachowanego filmu fabularnego („Opadające Liście Klonu”, reż. Tsunekichi Shibaty) z 1899 roku, który przedstawia scenę z teatru kabuki o tym samym tytule.

Pod hasłem Momijigari występuje również demon, którego rycinę można znaleźć w dziele Konjaku-hyakki-shūi 今昔百鬼拾遺  – zbiór uzupełniający stu demonów obecnych i dawnych autorstwa Sekiena Toriyamy w części zatytułowanej Mgła.

Ale wróćmy do meritum – my również dotarliśmy do jednego z popularniejszych punktów do podziwiania Momijigari  (należy szukać lokalizacji pod nazwą „Korenki Gorge”) i o tym będzie dzisiejsza opowieść.

Toyota

Zajechaliśmy Toyotą do Toyoty – tak, jest takie miasto w prefekturze Aichi. Przez większość swojej historii nosiło nazwę Koromo – aż do XX w. Początkowo był to obszar rolniczy znany z produkcji jedwabiu i tekstyliów. I tu na scenę wkracza rodzina Toyoda (to nie literówka!). Sakichi Toyoda stworzył nowoczesne, automatyczne krosno tkackie, co pozwoliło jego synowi – Kiichiro Toyodzie – stworzenie swojej firmy motoryzacyjnej Toyota (zmienili nazwę, bo brzmiała bardziej nowocześnie, a zapis w kanji wymagał ośmiu kresek – ósemka zaś uważana jest za szczęśliwą liczbę).

Firma osiągnęła sukces, co przyczyniło się do gwałtownego rozwoju przemysłu w okolicy – zmiana była tak znacząca, że postanowiono w 1959 roku zmienić nazwę miasta.

Tutaj wtrącę taką ciekawostkę – Toyota nie miała łatwo na początku – po wojnie zasoby do produkcji były mocno ograniczone, dlatego model biznesowy zachodniego przemysłu samochodowego nie miał szans się sprawdzić. Stworzono zatem w Toyocie kilka zasad (zwane Toyota Production System), którego zasady są ciągle aktualne i stosowane w przemyśle motoryzacyjnym (wiem, bo pracowałem w takowym). Elementami takiego systemu są m.in. metoda zarządzania zasobami Just in Time, która polega na ograniczeniu elementów przechowywanych na magazynie albo filozofia zwana Kaizen (kai – zmiana, zen – na lepsze), czyli ciągłe doskonalenie – myśl, że zysk kryje się nie tylko w wielkich projektach, ale również w oszczędności na małych krokach.

Ale wróćmy do naszej wyprawy.

Skansen wsi japońskiej

Nie odwiedziliśmy samego centrum Toyoty – naszym celem było miasteczko Asuke w prefekturze Aichi (w teorii znajduje się ono w obrębie miejskim Toyoty – są to takie przedmieścia-przedmieść). Jest to miejsce absolutnie poza jakimkolwiek szlakiem turystycznym, nie spotka się tam Europejczyków. Oboje bardzo lubimy parki etnograficzne i jak tylko dostrzegliśmy możliwość odwiedzenia jednego na naszej trasie to postanowiliśmy skorzystać.

W Asuke znajduje się skansen Sanshu Asuke Yashiki, którego głównym celem jest pielęgnowanie historii rzemieślniczej, ale w żywym wydaniu. Każdy z domów na terenie prezentował inną specjalizację – a była to prezentacja na żywo – z rzemieślnikami tworzącymi swoje dzieła na naszych oczach. Była więc tam kuźnia, wytwórnia akcesoriów z traw i bambusa, szwalnia, warsztat papieru, manufaktura parasoli, tkackie krosna i wiele innych. Zagroda etnograficzna oferuje także różne warsztaty, każde z nich są dodatkowo płatne (i trzeba zawczasu je zarezerwować).

Na miejscu jest także ściana po której dzieci mogą rysować, kilka zwierząt wiejskich (dzieci ochoczo robiły zawody na „kto ma dłuższy język, Ja czy krowa?”) oraz malowniczy młyn.

By do tego żywego muzeum dotrzeć, należy przejść barwnym, czerwonym mostem, przejść urokliwymi uliczkami by w końcu podążyć ścieżką wzdłuż rzeki – miejsce obiecujące niesamowitą scenerię jesienią, gdy nadchodzi czas mgieł a liście klonów przybiorą krwisto-czerwone kolory.

W skansenie chwilę pobyliśmy, chociaż Baltazar nie za bardzo skorzystał z wycieczki – brała go choroba, więc się ułożył na ławeczce już na terenie obiektu, by się chwilę przespać. Na szczęście nie było innych odwiedzających, więc nikt mu nie przeszkadzał.

W samym plenerze spędziliśmy około godziny – a jest to zdecydowanie za mało, bo oferuje on bardzo dużo ciekawej wiedzy i nawet możliwości spróbowania swoich sił z niektórymi specjalistami – ale mieliśmy przed sobą jeszcze perspektywę długiej trasy (Niebieska miała napięty grafik na ten dzień a ja jako wyrobnik mogę tylko przytakiwać) więc jedynie liznęliśmy tego, co obiekt oferuje.

Wróciliśmy do kampera i ruszyliśmy dalej…

#TravelTip: Na rynku w Asuke znajduje się darmowy parking, kampery także mogą stacjonować. Stamtąd trzeba przejść około 800 metrów (nie ma opcji dojazdu samochodem przed sam obiekt).

#TravelTip: Informacje praktyczne: Wejście dla dorosłych kosztuje 300 ¥ (około 7 PLN), dzieci w wieku 6-18 to koszt 100 ¥ (około 2 PLN); dzieci poniżej 6 lat wchodzą za darmo.

Trzęsienie ziemi

„Należy bać się i nienawidzić trzech rzeczy: pożarów, trzęsień ziemi i ojców” – japońskie przysłowie.

Japonia leży na styku kilku płyt tektonicznych, których wciskanie się pod siebie (subdukcja – kolejne słowo do krzyżówki) powoduje trzęsienia ziemi. Znajduje się ona na tak zwanym Pacyficznym Pierścieniu Ognia – obszarze o jednej z największych aktywności tektonicznej i wulkanicznej na świecie (sama nazwa powinna to wystarczająco dobrze zasugerować, brzmi zresztą bardzo epicko).

Dlatego trzęsąca się ziemia jest tam czymś powszechnym – dochodzi do tysięcy wstrząsów rocznie! I dzieje się tak od wieków – kultura wypracowała sobie nawet animalistyczną reprezentację tego zjawiska – Namazu, to wielki sum mieszkający pod wodą, którego ruchy są źródłem wstrząsów. Bóg Kashima próbuje go powstrzymać kładąc na niego ogromny głaz, ale czasami ryba wygrywa i powoduje katastrofę.

Większość wstrząsów jest ledwo wyczuwalna, chociaż systemy wczesnego ostrzegania skutecznie je wychwytują. Japonia ma jeden z najbardziej zaawansowanych systemów – ostrzeżenia wysyłane są na smartfony, szybka kolej shinkansen się zatrzymuje, zaś każdy jest przeszkolony jak się zachować w przypadku katastrofy od najmłodszych lat.

Podczas naszego pobytu doświadczyliśmy dosłownie jeden raz tego zjawiska – na szczęście w stopniu minimalnym – Niebieska nawet tego nie poczuła (zapewne miało to związek ze stresem związanym z dziećmi które rozbiegły się na cztery kierunki świata). Byliśmy akurat na kładce nad drogą, gdy poczułem ruch jakby większa ciężarówka pod nią przejechała – pewnie nie zwróciłbym na to uwagi, ale dostałem ostrzeżenie na mój telefon. Wygląda to tak, że cały ekran jest zajęty przez to ostrzeżenie, ale to tylko ja dostałem – widać trzeba mieć japoński numer telefonu (polecamy zakupić sim kartę już na lotnisku).

Dla Japończyków są to zjawiska normalne – często tragiczne i zdecydowanie wpływające na ich postrzeganie świata. Szczególnie ulotność życia i niemoc zmiany losu jest tu widoczna – chociażby w odniesieniu do sakury, która również te wartości utożsamia.

Bądźcie więc przygotowani, że może was czekać niespodzianka!

Japoński haiku a Jan Kochanowski

Blog przede mną
Batmana wzywam
Zachwyt

Haiku – jest to krótka forma poetycka wywodząca się z Japonii i zasadniczo nie ma żadnego związku z Janem Kochanowskim (clickbait!). ALE istnieją formalne podobieństwa (minimalizm, prostota, zwięzłość) które sprawiły, że polscy poeci XX. wieku, zafascynowani haiku, utożsamiali krótką formę poetycką renesansowego twórcy z japońskim odpowiednikiem. A, że zaczęliśmy od parafrazy „Wsi spokojna, wsi wesoła” to chcieliśmy domknąć klamrą (w znaczeniu literackim i kompozycyjnym).

Haiku początkowo funkcjonowała jako pierwsza zwrotka dzieła typu renga, by uzyskać samodzielność w XIX wieku. Charakteryzuje się 17 sylabami w układzie 5-7-5, chociaż tłumaczenia często zarzucają tę regułę.

Najważniejszą ideą stojącą za haiku jest próba oddania chwili (na wskroś japońskie). Nie analizowanie, tłumaczenie, czy wyjaśnianie – ma ją po prostu pokazać. Najczęściej skupiają się na przyrodzie.

Najsłynniejsze haiku zostało stworzone przez Matsuo Bashō:

古池や
蛙飛びこむ
水の音

Furu ike ya
kawazu tobikomu
mizu no oto

Stary staw
żaba wskakuje
plusk wody.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *