百 四 104 (hyaku shi)
Każdy musiał słyszeć o Super Mario Brothers (pol. Super Marian)- włoskich hydraulikach z japońskiej gry na konsolę, którzy wchodzą do rur, skaczą po żółwiach i próbują uratować księżniczkę. A teraz wyobraźcie sobie, że ten wesoły hydraulik z wąsem w innych grach ściga się na gokartach z innymi postaciami i rzuca skórki bananów pod koła przeciwników, by wyeliminować ich z gry.
Wyposażyłem się w banany i ruszyłem spróbować czegoś podobnego w Tokio.


Adam-Kart
W ramach doświadczania czegoś nowego, wybrałem się do firmy organizującej przejazdy gokartami po Tokio. Bardzo ciekawa, a także niepokojąca perspektywa jeżdżenia w aucie-zabawce po centrum najbardziej zatłoczonego miasta w Japonii. Szczęśliwie nie są to Indie, czy Wietnam – kierowcy trzymają się zasad ruchu drogowego, jeżdżą w obrębie swoich pasów, zaś ilość skuterów na drogach jest w akceptowalna.
#TravelTip: Zarezerwuj wydarzenie zawczasu, od ręki nie można się zapisać.


Dotarłem na miejsce jako pierwsza z zapisanych osób i zostałem poczęstowany japońskimi cukierkami. Rzecz jasna nie mogłem sobie odmówić spróbowania każdego smaku – nie posiadam hamulców jeśli chodzi o słodycze, to u nas rodzinne. Zaraz potem dostałem do wyboru całą masę przebrań znanych z popkultury. Oczy mi się zaświeciły na możliwość przywdziana kostiumu i przywołały mi na myśl niegdyś często organizowane imprezy tematyczne w domu rodzinnym – które zawsze cieszyły się dużym zainteresowaniem i wyciągała z ludzi ukryte pokłady kreatywności. Zdecydowałem się na Snorlaxa – pokemona, którego supermocą było bycie dużym i spanie. Przy takiej ilości dzieci zasnąć mogę wszędzie, a jeśli porówna się mnie do jdowolnych azjatów to można mnie także określić przymiotnikiem „duży” (chociaż w innej osi).
Siadłem za kierownicą i po krótkim przeszkoleniu (nie ścigać się i nie wyprzedzać pojazdu przewodnika, tu gaz, tu hamulec) ruszyliśmy na miasto.
Noc, odbijające się w mokrej ulicy światła i neony nocnego Tokio rozmywają się wraz z narastającą prędkością. Przyspieszasz, lampy uliczne z rytmicznego uskoku zmieniają się w linię ciągłą, zaś flesz mijanych fotografów zaczyna przypominać galę rozdania nagród. Jesteś Ty – Ty i samochód, sami na ulicy, jedyną widownią są wieżowce pochylające się nad drogą i przyglądające się spektaklowi swoimi oczyma…


Nie! Wróć! Be-zpie-cze-ństwo! Masz czwórkę dzieci i silnik z kosiarki za plecami – nie szalej!
Więc nie szalałem. Zamiast tego postanowiłem się utożsamić z postacią za którą się przebrałem – maskotką w gokarcie. Z radością machałem ludziom i trwałem w kostiumie, który usilnie się zsuwał.
Świetne doświadczenie! Tym bardziej współczułem jednej parze, która miała jechać z nami na przejażdżkę ale nie mieli ze sobą wymaganych dokumentów więc nie zostali dopuszczeni do ruchu drogowego.
#TravelTip: Aby móc wziąć udział w takim przejeździe musicie posiadać międzynarodowe prawo jazdy konwencji genewskiej. Można je wyrobić tylko w kraju wydania dokumentu, koszt wyrobienia to 35 pln, zazwyczaj dostaje się je „od ręki”.
Nie był to jedyny raz, jak kierowałem po Tokio i uważam to za świetne doświadczenie. Mimo dość wąskich ulic to są one dobrze oznaczone, zaś wielopiętrowe autostrady prowadzące pośród budynków wyglądają jak z filmowej scenerii. Może to też być kwestia drastycznej różnicy w kulturze na drodze w porównaniu z naszymi ostatnimi doświadczeniami, ale co warto zapamiętać – nie ma się czego obawiać.
Jeśli nawet nie planujecie wypożyczać samochodu, to takie gokartowanie jest bardzo fajne, ciekawie jest patrzeć na Tokio również z żabiej perspektywy kierowcy.



Tokyo Drift
Nippon ma długą historię jeśli chodzi o uliczne wyścigi samochodowe i nie mówimy tutaj tylko o trzeciej części niekończącej się opowieści z uniwersum „Szybcy i wściekli”. Jeszcze w niedalekiej przeszłości podobno normalnym widokiem były pędzące z szybkością 200 km/h auta, zwłaszcza na trasie Tokyo-Yokohama. Byli to członkowie gangu zwanego „Midnight Club” (Klub o Północy), kierowcy o podobno wybitnych zdolnościach i bardzo wysokim poczuciu etyki związanej z takimi wyścigami (przykład: było absolutnie zabronione stawianie innego kierowcy w niebezpieczeństwie). Byli najbardziej aktywny między 1987 a 1999 rokiem (czy my powiedzieliśmy niedawno? To ponad ćwierć wieku temu…). Zdobyli międzynarodową sławę i uznanie i do tej pory pozostają najsłynniejszym organizatorem nocnych wyścigów. Mamy jeszcze jedną ciekawostkę: W czasach sprzed internetu, informacje o spotkaniach umieszczali w gazetach codziennych , oczywiście były one zakodowane.
W ciągu ostatnich lat w związku ze znacznym wzrostem wypadków na drogach (o ponad 45 % w porównaniu z poprzednią dekadą) rząd wprowadził szereg zmian aby móc lepiej egzekwować zakaz niebezpiecznej jazdy. Przy czym za takową uważa się już prowadzenie samochodu na terenie zabudowanym z prędkością wyższą niż 45 km/h. Wyścigi co prawda dalej są organizowane (i dalej nielegalne) ale zazwyczaj poza terenem miejskim, gdzie są mniej widoczne.



Przejdźmy na ukos
Podobno nie ma bardziej ikonicznego, popkulturowo napakowanego widoku tokijskiego niż to na Shibuya Crossing (pojawiło się między innymi we wspomnianym wcześniej filmie “Szybcy i wściekli” oraz w oscarowym “Między Słowami”). Jest to najbardziej ruchliwe przejście dla pieszych na świecie. Szacuje się, że dziennie przekracza je pół miliona ludzi! Co charakterystyczne: pasy przebiegają na ukos ulicy aby skrócić trasę przechodniom. Otoczone jest neonami, reklamami, oświetleniem i dodajmy może jeszcze raz słowo “neon” aby podkreślić ich ilość. Tworzy to ikoniczny widok, zwłaszcza w strugach deszczu. Miejsce to pojawia się w każdym filmie czy serialu kręconym w stolicy, tamtejszy odpowiednik Time Square w Nowym Jorku.
Nie jest to jedyne tego typu przejście na wyspie. Takie rozwiązania są dosyć popularne i można je napotkać w miejscu zagęszczenia ludzi/samochodów/pieszych (wiadomo – pieszy to nie człowiek). My się nie wybraliśmy na Shibuya Crossing – około trzytysięczny tłum ludzi, który każdorazowo przekracza przejście wzbudził w nas poczucie zagrożenia i perspektywę zagubienia w tłumie jakiegoś dziecka.





Dzielnica biznesowa
Japonia z perspektywy kierowcy, to inna perspektywa. Ale nie oszukujmy się – ciekawiej jest przespacerować się po mieście i przy okazji poszukać keszy (geocaching.com). Mapa naszych znalezionych keszy daje dobrą miarę – jak wiele nam jeszcze zostało do odwiedzenia.

Zapędziliśmy się również do dzielnicy biznesowej Tokio. Tak, brzmi to mało ekscytująco – to jak spacerowanie po warszawskim Mordorze (jeśli nie cieszy nas przygniecionej życiem klasy średniej, to nie ma co się tam zapuszczać). Ale tu znów – dzięki ukrytym skarbom (geocaching.com), znaleźliśmy kilka perełek.





Jedną z nich jest definitywnie Mitsubishi Ichigokan Museum.
Jest to budowla wykonana w angielskim stylu Królowej Anny (Stewart), pochodząca z 1894 roku. Została zaprojektowana przez Josiaha Condera – angielskiego architekta działającego w Nipponie, którego uznaje się za jednego z ojców okresu „westernizacji Japonii”. Budowla ma dosyć burzliwą historię, bo w 1968 roku została zburzona (hue hue) – by w jej miejsce postawić kolejny już biurowiec – zapotrzebowanie na nie było wysokie i ten rozwój kapitalizmu miał więcej ofiar w wartościowych wieżowcach.
Po latach jednak przyszła refleksja – zniszczono budowlę znanego i podziwianego w Japonii architekta w imię postępu – definitywnie nie jest to zgodne z naturą i kulturą japończyków. A przynajmniej na tyle niezgodne, że popchnęło ludzi do obudowania tej budowli. Ciekawe jest, że starano się przywrócić jak najwięcej cegieł na ich oryginalne miejsce – bo były numerowane, ale po co ktoś je trzymał przez kilkadziesiąt lat – tego już się nie udało mi znaleźć. Ale aż chce się powiedzieć do wszystkich żon „Szach-mat! Mówiłem by nie wyrzucać bo się jeszcze kiedyś przyda!”. Budynek starano się „postarzeć”, więc stosowano oryginalne metody budowli i receptury spoiw, chociaż wnętrze wcale nie jest tradycyjne. Polepszono izolację, wzięto pod uwagę trzęsienia ziemi, wprowadzili systemy przeciwpożarowe i tak dalej. Skorupa jest klasyczna, ale wnętrze współczesne.




Drugą ciekawostką jest, że jest to obecnie siedziba muzeum, które nie ma wystawy stałej. Są tylko czasowe ekspozycje, więc ktokolwiek się tam wybierze – najpewniej trafi na coś nowego.
Myśmy nie zaglądali do środka – byliśmy już po całym dniu spacerowania, a plac przed Mitsubishi Ichigokan Muzeum był naszym ostatnim punktem przed powrotem do domu. Ale widok takiej budowli w otoczeniu szklano-stalowych wieżowców zdecydowanie zapada w pamięć.
Ruiny Palacu
Podziwianie Sakury któregoś razu zaprowadziły nas na teren ruin pałacu Edo. Zbudowany w 1457 roku stanowił siedzibę władców przez 260 lat, czyli prawie cały okres określany właśnie Edo. Główna wieża czyli Tenshu (天守, 天主, 殿主, 殿守, albo tenshukaku; 天守閣) została zniszczona w wielkim pożarze z 1657 roku, czyli 200 lat po wybudowaniu i nigdy nie została odbudowana. Pozostałe budowle powoli niszczały w skutek wojen i obecnie teren jest głównie zieloną przestrzenią z ruinami. Najwięcej elementów zachowało się z wspomnianej głównej wieży. Po rozmiarach ruin możemy potwierdzić, że budowla musiała być bardzo duża – kompleks stanowił jeden z największych zamków na świecie w swojej epoce.





Do kompleksu wchodzi się zasadniczo jak to wielkiego muzeum – to znaczy trzeba przejść przez bramki i pokazać swoje torebki ochronie.
Znajdują się tam także budynki mieszkalne cesarza ale są zamknięte do zwiedzania poza wyjątkowymi okazjami i wycieczkami z przewodnikiem. Taką specjalną okazją są między innymi urodziny cesarza (a mówią, że od pewnego wieku powinno się już obchodzić imieniny).

My skupiliśmy się na tak zwanym wschodnim ogrodzie. Jest to teren zielony urządzony w stylu Japońskiego Ogrodu (a to zaskoczenie). Charakteryzuje się tym, że ścieżki układają się w zawijasy, co ma stymulować odkrywanie nowych części ogrodu z każdym zakrętem. Panuje minimalizm: dużo przestrzeni, niewiele ozdobników, użycie kamieni poukładanych w fikuśne wzory, małe mostki (łącznik świata żywych i świata duchów), a do tego piasek, żwir i koniecznie roślinność, która dobrze wygląda o każdej pory roku. Harmonia jest tutaj właśnie hasłem-kluczem, zaś ogród powinien odwzorowywać w jakiś sposób lokalny krajobraz. Dzieciom bardzo się spodobały połacie kwiatów, zapachy wiosny i oczywiście poukrywane w niektórych miejscach skrytki. Zawarta wewnątrz murów pałacu przestrzeń pozwala na wytchnienie – zwolnienie, zanurzenie się w swoich przemyśleniach i zyskanie perspektywy w tak bardzo współczesnym mieście. Na samym wyjściu zaś zobaczyłem mały fragment jakieś budowli poniżej murów, która zagrała na melancholijnej strunie mojej duszy. Zrobiłem sobie w tym miejscu zdjęcie chociaż moje wewnętrzne Ja wołało „zatrzymaj się tu, zamieszkaj tutaj i zacznij tradycyjne rzemiosło japońskie” ruszyłem dalej. No ale mam czwórkę dzieci, więc nie mogłem ot tak porzucić wszystkiego i zmienić stylu życia. Ale kto wie co emerytura przyniesie? Chociaż jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem to przyniesie nam kampera.







Dodaj komentarz