[116] Hamamatsu, Sumo i Godzilla

[百十六] 116 (hjaku dziuu roku)

Czasem człowiek tak pędzi, że przegapia tak zwany Big Picture, czyli „szerszą perspektywę”. Co prawda w kamperze nasze możliwości rozpędowe nie należą do największych ale i tak postanowiliśmy zatrzymamy się na chwilę, i porozmawiać o rzeczach dużych, ciekawych, innych a czasem dziwnych (jak u naszego ulubionego japońskiego pisarza – Haruki Murakami’ego).

Wydmy

Zatem pędząc naszym kamper-san (zawrotne 100 km/h na autostradzie) po ziemiach Japonii, naszła nas potrzeba przystanku. Nie było to potrzeba czysto fizjologiczna, chociaż taka przy czwórce dzieci pojawia się często niczym przecinek w zdaniach podrzędnie złożonych. Było to miejsce które niebieska zaznaczyła jako warte zobaczenia, idealny przystanek przed dalszą podróżą.

Najlepszy sposób na pokonanie wzniesienia, to wykorzystanie czyichś ramion

Zatrzymaliśmy się zatem aby podziwiać piasek. A właściwie to góry piasku… Miejsce, do którego dotarliśmy nazywa się Wydmy Nakatajima (中田島砂丘, Nakatajima-sakyū) i położone jest na południu prefektury Hamamatsu. 

Należy do trójki największych wydm Japonii, obejmując obszar prostokąta 600 m na 4km. Są to dwie ogromne górki z piasku i wspięcie się na ich szczyt wymagało troszkę wysiłku. Jest to jedne z popularniejszych miejsc, gdzie oglądane są wschody słońca z okazji Nowego Roku (japońskiego noweg roku, które ma miejsce w maju). Swoje istnienie zawdzięcza osadowi nanoszonego przez rzekę z Południowych Alp Japońskich. Tak, dobrze czytacie, Alpy Japońskie. Nazwał je William Gowland, który pochodził z Anglii i był nazywany ”ojcem archeologii japońskiej“. Został sprowadzony przez rząd Meiji jako zagraniczny konsultant do mennicy japońskiej. Mimo braku wykształcenia kierunkowego, przeprowadzał naprawdę dokładne badania archeologiczne, między innymi kurhanów kofun z okresu kofun, o których kiedyś już wspominaliśmy – wyróżnia je charakterystyczny kształt dziurki od klucza. 

No ale wystarczy tych dygresji, wróćmy do tematu. Można sobie wyobrażać, że wydmy są raczej nudnym obiektem, wszak to tylko podłużna góra piachu, ale dla nas to miejsce okazało się być czymś więcej. Jak sądzę, w dużej mierze chodziło o więź, któr się wytworzyła z oceanem, wiatrem, piaskiem, z ogromem, z przestrzenią, i z samotnością (i muszelkami poukrywanymi w piachu). Poza nami nie było prawie nikogo – co nie powinno dziwić, wszak był to środek dnia, w środku tygodnia, a na dodatek do parku obok zagościła sakkura, która – w przeciwieństwie do piasku – zaraz miała przeminąć.

Rozważaliśmy zamoczenie stóp w oceanie, ale droga była zbyt odległa (za wydmą wyłoniła się kolejna wydma), wiatr wiał niemiłosiernie, a słońce oślepiało podwójnie (raz bezpośrednio, a drugi raz odbijając się od prawie białego piasku)… Nóżki zaś były zbyt zmęczone po spędzeniu poranka w kamperze, by wytrzymać pokonanie drugiej wydmy – a czas nas gonił, mieliśmy jeszcze plan do wykonania.

Japońskim targiem postanowiliśmy zatem pomedytować z tej naszej wydmy. Był to pierwszy raz w życiu kiedy dzieci mogły podziwiać Ocean Spokojny (nie zatokę, która jest jego częścią jak na plaży Miho no Matsubara) mając go prawie u swych stóp. Widok, zapach i dźwięk były na bardzo wysokim poziomie (wysokim, bo wydma, rozumiecie?). Nawet Baltazar (który dalej zdrowotnie nie domagał) poczuł Jego Moc, i mógł też dopisać sobie do listy rzeczy, które zobaczył czyli “nowy” ocean. Teraz został nam jeszcze tylko ocean Indyjski, Arktyczny i Południowy… przyznać się, kto nie wiedział, że współczesna geografia rozróżnia aż pięć akwenów tego typu?. 

Spędziliśmy na jej szczycie dużo więcej czasu niż planowaliśmy ale uznajemy za dobrze spożytkowany – dzieci nazbierały góry muszelek, my zaś mogliśmy na chwile przyjąć pozycję horyzontalną i pomyśleć nad cudownym żywotem, jaki przyszło nam prowadzić.

Suuuuuu-mo!

Skoro o wielkich tematach mowa, nie mogliśmy pominąć jednego z najsłynniejszych stylów walki na świecie – walk sumo 相撲! Jest to sport, których ślady datuje się już nawet na II-VII wiek naszej ery. Początkowo były to “ceremoniały agralne”, czyli zawodnikami byli rolnicy, a same walki były dedykowane kami – japońskim bóstwom – w celu zapewnieniu sobie ich przychylności w kwestii zbiorów, czy też wywróżenia plonów w danym sezonie. Z czasem zaczęły się one pojawiać także na cesarskim dworze – był jeden cesarz, który szczególnie sobie tę sztukę upodobał i organizował regularne turnieje na dworze. Wraz z nastaniem sigunatu powstała wojskowa odmiana sumo – te “zapasy” ćwiczone były przez żołnierzy na równi ze strzelaniem z łuku, czy walki mieczem. 

Równolegle sumo wyszło do “publiki” – organizowane walki służyły chramom na zbieranie datków na świątynie (i zapłatę dla walczących, rzecz jasna). 

Zasady obecnie obowiązujące wykształtowały się właśnie za czasów Edo, by przybrać ostateczną formę wraz z erą Meiji. 

Szkoły sumo nazywa się stajniami, więc się proszę nie zdziwić, gdy pojawi się takie określenie.

Same zasady są dosyć bardzo proste – należy wypchnąć zawodnika poza wyznaczony okrąg, lub zmusić go, by dotknął gruntu inną częścią ciała, aniżeli podeszwą stóp. Jednocześnie sama walka jest najkrótszym fragmentem całego przedstawienia! Najwięcej czasu zajmują ceremoniały przed walką – jak chociażby shiko –  wysokie podnoszenie stopy, by następnie mocarnie uderzyć nią na ziemię – i w ten sposób wygnać złe duchy. Więc jak poczujecie wibracje gruntu, może to być dobry omen (albo wręcz przeciwnie i nadchodzi trzęsienie ziemi, które w Nipponie często się pojawiają)! 

#TravelTip: Zawody organizowane są w nieparzyste miesiące: w Tokio (styczeń, maj, wrzesień), Osace (marzec), Nagoi (lipiec) i Fukuoce (listopad). 

Co ciekawe, istnieje stanowiko specjalisty od przygotowania glinianej sceny (która ma “dach”  z 4 frędzlami – symbol chramu i jego kolumn), którą w Nagoi ludzie sobie biorą w kawałkach na pamiątkę (po turnieju). Z kolei zaś sędzia nosi przy sobie specjalny sztylet, którym powinien popełnić seppuku, jeśli popełni błąd (obecnie wysyła się rezygnację na piśmie – mięczaki).

Dieta sumoka składa się głównie z chanko-nabe – dania na gorącym półmisku z mięsem, warzywami i grzybami.

#TravelTip: W okolicach “stajni” sumo, można znaleźć restauracje, które serwują właśnie chanko-nabe i są one prowadzone przez (byłych) zawodników sumo. 

W momencie, gdy zawodnik sumo kończy karierę – ceremonialnie odcina mu się ten kucyk na głowie – jeśli jest to możliwe, “cięcie” wykonuje mistrz, który szkolił danego zawodnika.

Taka wiedza w pigułce. Warto zapamiętać to, że sumo jest nie tylko sportem narodowy Japonii – to styl życia, styl bycia i ubierania (o czym wspominaliśmy przy okazji kimono). 

Nam nie udało się zobaczyć zawodów. Przede wszystkim to nie był sezon, a nawet jeśli by był, to najpewniej wysokie kwoty biletów by nas zniechęciły. Ale i na to znalazł się sposób: Istnieje jedna tokijska szkoła (stajnia), która wystawia na pokaz zawodników w godzinach ich porannych treningów (o ta https://arashio.net/). Sala sportowa jest umieszczona za wielką, przeszkloną ścianą na parterze, zaś harmonogram treningów wisi na drzwiach. Mieliśmy nawet dwa podejścia do tematu, bo pierwszego dnia okazało się, że już zasłonili okna roletami. Wówczas się zorientowaliśmy, że harmonogram z ich strony, nie do końca pokrywa się z tym papierowym. Drugiego dnia nie byliśmy jedynymi – wręcz trudno było się dobrać do okna, by coś zobaczyć przez podziwiające rzesze turystów – trudno było wyzbyć się wrażenia bycia w zoo. Najlepiej przyjść wcześnie żeby zająć sobie miejsca przy szybie. My się podzieliliśmy na dwie tury rodzicielskie, gdyż dzieci ewidentnie nie chciały się zrywać o 7 rano aby oglądać półnagich zapaśników. A jak wygląda taki trening? Zasadniczo to stoisz i tupiesz tymi nogami – podnieś wysoko i mocno tupnij. Tylko dlaczego się aż tak przy tym pocili…? 

Godzilla i bomba atomowa

Godzilli nie trzeba nikomu przedstawiać – to taka wielka jaszczurka, która upodobała sobie niszczenie japońskich miast od czasu do czasu. No dobra – obrazowana była również jako jej obrońca przed najazdami innych gigantycznych stworów i przybyszów z kosmosu.

Ale opowiadając o jej powstaniu, przybliżymy jeden z bardziej interesujących fragmentów historii Japonii – zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. 

Zacznijmy więc od początku – zbliża się kulminacyjny moment w II Wojnie Światowej. Amerykanie, Niemcy i Rosjanie ścigają się w stworzeniu bomby opartej na fizji jądrowej1. Projekt Manhattan w Los Alamos wygrywa ten wyścig, czego zwieńczeniem jest wyprodukowanie i zrzucenie dwóch ładunków jądrowych na wspomniane miasta w Japonii 6. i 9. sierpnia 1945 roku. Efektem tych działań była śmierć około 220 tys. ludzi (plus nieoszacowane ofiary w późniejszych latach) i kapitulacja Japonii. Wraz z okupacją kraju przez USA, na wyspę wjechała cenzura, która nie pozwalała głośno mówić o tym bombardowaniu, jego konsekwencjach, a ilość informacji, która wypływała była ściśle kontrolowana. Temat stał się tabu. 

  1. Fuzja to zjawisko łączenia się nukleonów, by tworzyć jądro nowego pierwiastka, Fizja zaś jest przeciwieństwiem – rozbijaniem jądra na mniejsze. Ot taka ciekawostka do 1 z 10. ↩︎

Lata później Tomoyuki Tanaka – producent filmowy, wyczytał kiedyś o pewnym incydencie: jeden z kutrów rybackich znalazł się zbyt blisko obszaru prowadzonych testów jądrowych, przez co załoga statku została napromieniowana. Historia długo nie ujrzała światła dziennego przez panujące tabu. Tanaka postanowił stworzyć film, który miałby być metaforą niebezpieczeństwa testów nuklearnych.

I oto powstał – inspirowany amerykańskim filmem Bestia z głębokości 20 000 sążni (opowiadającym o wielkim dinozaurze, który wybudził się z podwodnego letargu pod wpływem testów nuklearnych – brzmi znajomo, nie?). Stwór Gojira (jap. ゴジラ Gojira) miał być miksem goryla (jap. ゴリラ gorira) i wieloryba (jap. 鯨 kujira). No ale wizja jakoś się nie skleiła, więc zostali przy wielkim gadzie, chociaż nazwa pozostała.

Powstały ogromne ilości filmów przybliżających tę postać – i nie ma tutaj żadnego kanonu – często gady różnią się od siebie – niektóre mają dwa mózgi (jeden w ogonie), inne potrafią latać poprzez “strzelanie” laserem ze swojej paszczy, kolejne potrafią się porozumiewać ludzkim głosem – innymi słowy: co kto sobie wymyśli. Ale zaprzeczyć nie można, że jest to jeden z najbardziej rozpoznawalnych postaci japońskiej popkultury na całym świecie. Ma swoją gwiazdę w Alei Gwiazd, zaś jeden z popularniejszych systemów zarządzania projektami JIRA (miałem okazję nań wiele razy pracować), nosi właśnie nazwę od GoJIRA! 

Nasze obcowanie z tym stworem można określić jako “skromne”, chociaż czy takie słowo może dotyczyć czegokolwiek, co jest wielkości wieżowca? Właśnie na jednym z biurowców w samym centrum korporacyjnego Tokio (Hotel Gracery Shinjuku) można dostrzec ogromne popiersie nuklearnej jaszczurki. Dzieciaki się wczuły w klimat grozy i ciągle się dopytywały czy Godzilla jest prawdziwa. Ależ oczywiście, że tak! Co prawda nie potrafiliśmy wymyślić, dlaczego się nie rusza, ale młodzież nam po prostu zaufała i temat został zamknęty. W Tokio można zobaczyć także drugą statuę na Hibiya Godzilla Square, chociaż nie ma tak imponujących rozmiarów, to ma swój cały plac. Od wizyty w Tokio, kilka razy natknęliśmy się na Godzillę – dzieci w którymś momencie same jej szukały. I chyba od tego wzięło się wielkie uwielbienie Baltazara względem gadów. W końcu dla niego wszystko co japońskie jest najlepsze (a co włoskie to jest drugie najlepsze: pizza, spaghetti, ferrari…) i dlatego teraz wplątaliśmy się w rodzinną sytuację z nim i jaszczurką, która – co zaskakujące – nie będzie się nazywać Godzilla.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *