[102] Zieleń matchy

 [百二 ] 102 (hyaku ni)

Przed przyjazdem do Japonii nieszczególnie interesowały nas „herbatki z matchą” – traktowaliśmy to raczej jako kolejny wymysł mający zmusić klientów galerii handlowych i hipsterskich kawiarni do przepłacenia dla zdjęcia na instagramie. A tu na miejscu okazało się, że to znacznie więcej – i to nie tylko w formie herbatek.

Japoński grzyb

Matcha-leństwo

Czym jest więc ta Matcha? To nic innego niż bardzo drobno sproszkowana, ekstremalnie zielona herbata. Ale to nie może być zwykła zielona herbata – jakżeby inaczej. Zasadniczą różnicą jest sposób jej hodowli – przez większość swojego rozwoju jest ona hodowlana pod specjalnymi zacieniającymi matami. Dopiero na 2-3 tygodnie przed zbiorem wystawia się je na działanie pełnego słońca. Wynikiem tego są znacznie słabsze i mniejsze liście, ale o wiele bardziej bogate w aminokwasy i inne magiczne właściwości. I to nie jest jakiś nowy wymysł – japońscy mnisi przywieźli ją z Chin już w XII wieku. Swoją drogą, to takie najmłodsze liście (te o najwyższej jakości) są stosowane do celów ceremonialnych – zaś te gorsze do celów kulinarnych. Co nietypowe – przygotowana do obróbki ma postać proszku i uznawana jest za najzdrowszą herbatę na świecie.

Jak wspomnialiśmiśmy – myśmy z matchą niewiele mieli do czynienia przed przyjazdem do Azji. Nie do końca wiedzieliśmy co to jest, z czym to się pije a już na pewno nie przybliżyliśmy się do niej bardziej niż na odległość kawiarnianej witryny. Nasza pierwsza randka (w ciemno i nieudana) miała miejsce w Chinach. Stanęliśmy wówczas do bardzo długiej kolejki, bo każdy wie, że tam gdzie są kolejki lokalsów tam dają najlepsze rzeczy. Wówczas nawet nie wiedzieliśmy, że decydujemy się na matchowe lody i niespodziewany, gorzkawy, herbaciany posmak był na tyle szokującym doświadczeniem, że dzieci nie dokończyły swoich lodów (o czymś to świadczy, nie?).

Poznawanie się było wznowione w Tajlandii gdzie zachęceni wszechobecnymi kubkami wypełnionymi kostkami lodu i odrobiną napoju wyglądały bardzo zachęcająco. I w ten sposób Niebieska odkryła swoją pierwszą, wielką, kulinarną, azjatycką miłość. Mrożona matcha weszła na stałe do codziennej rutyny i ta relacja mogła by na dobre trwać w ten sposób gdyby nie kraj kwitnącej wiśni.

W Japonii odblokowały się chyba jakieś przełączniki, bo matcha stała się obiektem pożądanym, wpadliśmy po uszy w matcha-leństwo. Było w czym wybierać, ponieważ to nie tylko herbata – matchę stosje się również jako smak słodyczy – lody, ciasteczka, czekoladki, babeczki, muffiny, naleśniki, słodkie napoje, musy, ciasteczka, naleśniki – wszystko co dziecko z chęcią przytuli. I tak, po początkowej niechęci stworki po kolei się przekonały do tego smaku, najmłodsze – chowane na azjatyckiej kuchni – od razu się z nią polubiło, zaś potem kolejno reszta.  A tylko dla dorosłych to widzieliśmy nawet piwo! Tego ostatniego nie udało się nam spróbować, czego do tej pory żałujemy… 

Niemal na każdy spacer mieliśmy na podorędziu coś z matchą. Japończycy matchę kochają, stała się ona już elementem kultury, ich historii, estetyki i wartości duchowych. Herbata i ceremonia jej picia doskonale odzwierciedla celebrowanie ulotności i docenianie przemijającej chwili, piękna. Takie trochę memento mori tylko w tym wypadku raczej memento matcha.

Osobną kategorią dla nas jest klasyczna Matcha Latte – czyli taka herbata z mlekiem, ale bardziej robiona na modłę kawy z mlekiem, zasadniczo jedyna forma matchy jaką można spotkać bez problemu w Europie. Połączenie ziemistości, goryczki ze spienionym mlekiem – mniam! A już poziom boski były truskawkowe matcha latte – na samo wspomnienie cieknie mi ślinka… 

Dopełniając jeszcze obrazu matchy trzeba zwrócić uwagę na niesamowicie wibrujący, mocny, głęboki i ziemisty kolor (wszystko jednocześnie). Im kolor jest intensywniejszy tym lepszej jakości matchę dostaliśmy.

Po powrocie do domu próbowaliśmy kilkukrotnie lokalnych wytworów z matchą, ale sami wiecie – to nie to samo a i kwoty są śmiesznie zawyżone…

Muzeum Nauki i przyrody

Narodowe Muzeum Przyrody i Nauki 国立科学博物館 (Kokuritsu Kagaku Hakubutsukan) jest położony w parku Ueno w centrum Tokio. Nie jest to jedyne muzeum w tym parku – można w nim znaleźć również wspomniane Muzeum Sztuki Zachodu, Muzeum Królewskie, Muzeum Shitamachi, centrum kultury Tokyo Bunka Kian, Świątynie, zoo i to wiele innych! Więc należy przygotować się na dłuższe zwiedzanie i chłonięcie kultury.

My, w ramach “aktywności, które być może przypadną dzieciakom do gustu” wybraliśmy się najpierw do muzeum przyrodniczego. Do wejścia zachęcała ogromna rzeźba płetwala błękitnego w skali 1:1. Sam taki widok powinien dać do myślenia!

W środku ruszyliśmy w poszukiwaniu rakiet i dinozaurów. Rakiety, jako takiej, niestety nie znaleźliśmy, ale były makiety różnych satelit, a także ogrom sejsmografów – od tych pierwszych konstrukcji, do współczesnych edycji. Nie powinno to być zaskoczeniem, wszak trzęsienia ziemi to chleb (ryż) powszedni dla japończyków. Ruszyliśmy na kolejne piętra i tam trafiliśmy na wystawę wypchanych zwierzaków (taksydermia – zapamiętać do krzyżówki). Chociaż trudno mi sobie wyobrazić wypychanie pająka, czy węża, ale skoro takie widzimy, to jakoś się to da zrobić. Prawa jest to powszechnie znana – cokolwiek robisz zawsze znajdzie się jakiś azjata który zrobi to lepiej.

Kolejne piętro mieści salę minerałów. Normalnie człowiek rzuciłby tylko okiem i poszedł dalej, ale nie nasze dzieci. Z jakiegoś powodu uwielbiają kryształy wszelkiej maści (może to srocza natura po mamusi?). Spędziliśmy zatem sporo czasu na oglądaniu kamyków, nim w końcu ruszyliśmy do dinozaurów. 

Tyranozaury tu najwyraźniej nie występowały, ale znaleźliśmy kilka okazów z kłami, więc zawodu nie było.

Musieliśmy ewakuować się niebawem, bo byliśmy już na zamknięciu obiektu. A szkoda, bo było jeszcze do pooglądania. Generalnie muzeum prezentowało standardowy poziom tego typu przybytków na świecie.

Le Corbusieur

Wracamy do zbierania punktów w niepisanym konkursie na odwiedzenie jak największej ilości punktów UNESCO. Wylądowaliśmy zatem przy Narodowym Muzeum Sztuki Zachodu. Jak sama nazwa wskazuje, jest to zbiór dzieł Zachodnich artystów, takich jak Van Gogh, Gauguin, Manet, Renoir, Rubens czy El Greco. Rzecz jasna dzieł innych artystów jest tam więcej, ale nie będę się wygłupiał i udawał, że znam artystów spoza głównego nurtu popkultury (chociaż Niebieska, jako absolwentka Historii Sztuki będzie załamywać ręce nad moją ignorancją).

I nie – nie odwiedziliśmy galerii – mamy w Europie europejskich twórców na pęczki.

Ale przecież Le Corbusieur nie jest malarzem – to architekt, więc skupiliśmy się podziwianiu samej bryły budowli. Brutalizm kształtu wyglądał dość ponuro w strugach deszczu, z szarym niebem w tle – do tego stopnia, że pomyliliśmy go z budynkiem z naprzeciwka. Jednak stanowiło to dla nas pewną ciekawostkę, bowiem poza faktem bycia na liście światowego dziedzictwa jest to bodaj jedyny przykład transkontynentalnej listy zabytków. Prawie wszystkie jego dzieła znajdują się we Francji ale jest kilka perełek, jak ta w Tokyo (stworzona w ramach zacieśniania powojennej przyjaźni japońsko-francuskiej) w innych krajach. Innym przykładem jest kompleks Kapitolu w Chandigarh (Indie) który mieliśmy w planach zobaczyć zanim się okazało, że dostanie się tam będzie niemożliwe.

Koniec końców budynek zobaczony, sfotografowany, podziwiany. Mogliśmy ruszyć dalej.

To NIE Jest ten budynek, znajduje się on naprzeciwko

Tokijskie Muzeum Narodowe

Kolejnym przez nas odwiedzonym przybytkiem było Muzeum Narodowe. 

Ponownie wybraliśmy się nie wiedząc czego właściwie oczekiwać. I kolejny raz – Jest to niewykorzystany potencjał – wszak jak się nie wie na co się patrzy, to się nie wie co się dlaczego to istotne. 

No ale zacznijmy od rzeczy, na które zwróciliśmy uwagę.

Jednym z obiektów robiących wrażenie była wystawa “Mapy pięciu głównych dróg” (autostrad w bezpośrednim tłumaczeniu, ale wątpię, by okres Edo charakteryzował się wzmożonym ruchem samochodowym). Jest to kolekcja zwojów przedstawiających właśnie te drogi. Były to dzieła rozciągające się od kilku do nawet 30 metrów, przedstawiające wspomniane drogi i otaczający ich krajobraz – drzewa, rzeki, góry, miasta, konstrukcje skalne i zbiorniki wodne. Ciekawy zamysł artystyczny, czyż nie? No właśnie nie – to były mapy WOJSKOWE – stworzone na zamówienie rządu i oddające faktyczny stan i układ tych głównych arterii. Jak na głównie użytkową funkcję, to mają niewątpliwie wysoki stopień artyzmu.

Innym miejscem, przy którym się zatrzymaliśmy – a właściwie to dzieci się zatrzymały – to miejsce, gdzie można się dowiedzieć o wróżeniu z kości. Szczegóły są na zdjęciach, ale niechaj po krótce wam to przybliżę –  wszak może ktoś ma pod ręką kości z kostki owcy lub kozy…

Shagai – wywodzi się z Mongolii (nie od mogołów) i polega na rzuceniu czterema kośćmi na raz (lub jedną czterokrotnie jeśli się miało jednonogą kozę do dyspozycji). Charakterystyczny kształt tej kości pozwala jej na zatrzymaniu się w 4 pozycjach, które nazwane zostały koń, wielbłąd, owca i koza. W zależności od wyrzuconej kombinacji – bez powtórzeń (czyli 7 nad 4 możliwości). Do odczytania wyniku wspomóżmy się zatem tablicą prawdy (na zdjęciu). I tak może wypaść nam, że będziemy mieć super szczęście, albo, że musimy się postarać z całych sił, albo że ktoś będzie chciał z nami bić… Jak widać spektrum wyników jest całkiem szerokie.

Następnym punktem, przy którym się zatrzymaliśmy naturalnie przyciągało wzrok i zachęcało do zwolnienia kroku. Była to wystawa drzeworytów – a chyba nikomu nie trzeba wspominać, że japońskie drzeworyty to klasa sama w sobie. Bardziej szczegółowo jeszcze będziemy pisać, tymczasem zapraszamy Was na wspólne podziwianie i zanurzanie się w sennej, barwnej Japonii, owianej tajemnicą a zarazem nie do pomylenia z niczym innym. Każde z dzieł zachęcało do przystanięcia i wpatrywanie się w szczegóły. 

Przejdźmy teraz jednak do czegoś co przegapiliśmy, dopiero natrafiliśmy na szczegóły przeglądając zdjęcia, które zrobiliśmy. Na jednym z takich zdjęć jest jest plansza z jakimiś dziwnymi figurkami, gdzie można włożyć w głowę i se zrobić śmieszne zdjęcie. Dopiero po przetłumaczeniu napisów na zdjęciu okazuje się że te figurki to tak zwane Haniwa はにわ. 

Są to gliniane figurki z okresu kofun (ok III  w n. e.), które rozstawione były wokół grobowców kofa czyli takich kurhanów w kształcie dziurki od klucza. Figurki te początkowo miały kształt cylindryczny ale z czasem zaczęły przybierać kształty bardziej animalistyczne i humanoidalne. Niektóre charakteryzowały się większą szczegółowością a niektóre raczej przypominały plastusie, które równie dobrze mogłoby wykonywać małe dziecko. Dla nas to było jakaś dziwna figurka na plakacie a okazuje się że była cała wystawa poświęcona tym tym różnym haniwa. I to jest ten moment kiedy żałuję, że nie wiedziałem na co patrzę, przez to tylko rzuciłem okiem i przyszedłem dalej jak gdyby nigdy nic zastanawiając się nad sensem wystawiania tak prymitywnych form. Wystawa chyba już nie jest aktualnie do zobaczenia w Muzeum Narodowym, ale jeśli kiedykolwiek na coś takiego się natkniecie to weźcie się zatrzymajcie i popatrzcie bo to na co patrzycie jest bardzo wyjątkowe i rzadko spotykane.

Listę ciekawych obiektów możemy zakończyć wystawą samurajskich mieczy i zbroi których nie mogło zabraknąć na wystawie w Japonii. Niestety tutaj nasza ekspertyza również jest znikoma.

Całość zwiedzania dopełniał fakt, że dzieci były wyjątkowo niewspółpracujące, nawet biorąc pod uwagę sporą ilość interaktywnych elementów wystaw.

#TravelTip: Spieszcie jechać do Japonii by zwiedzać wystawy bowiem rząd japoński pracuje właśnie nad dużymi podwyżkami cen biletów dla turystów spoza kraju.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *