[百一 ] 101 (hyaku ichi)
こんにちは – konicziła!
Ktokolwiek wymyśla te nasze tytułu powinien najpierw zweryfikować swoją wiedzę, bo przecież każdy wie, że Japonia nazywana jest „Krajem kwitnącej wiśni”, a nie „śliwki” – ale nie bylibyśmy sobą bez pewnej przewrotności. Zresztą z tą śliwką to jest prawda, ale do tego jeszcze wrócimy.
Japonia jaka jest – każdy widzi
Każdy ma swoje wyobrażenie Japonii – zbudowane na kinematografii, literaturze, sztuce, ofertach biur podróży i przekazach od innych. A jaka Japonia jest w rzeczywistości – o tym sobie tutaj porozmawiamy. Ale na początek kilka faktów o samym kraju.

Słowo „Japonia” albo 日本国 Nippon-koku, co oznacza Kraj Wschodzącego Słońca (日 – słońce; dzień 本 – korzeń; pochodzenie, początek), którą to nazwę nadali Chińczycy – wszak to kraj na wschód od nich, więc stamtąd słońce do nich przychodziło.
Położony na 14125 wyspach, rozciągający się na 3 tysiące kilometrów, zamieszkany przez 124 miliony ludzi jest 4. gospodarką świata z najdłuższym wskaźnikiem średniej długości życia. Jest to chyba wystarczający powód, by się uważnie przyglądnąć się japońskim rozwiązaniom.
Kraj leży na styku 4 płyt tektonicznych na tzw. Ognistym Pierścieniem Pacyfiku – przez to narażony jest na trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, tsunami, najazdy rosjan (celowo z małej litery), a do tego występuje w rejonie występowania tajfunów. Mając 80 czynnych wulkanów można liczyć na wiele ekscytujących widowisk, ale jednocześnie ogrom ciepłych źródeł które dają wiele dodatkowych możliwości kuchenno-zdrowotnych.
Rozciągnięta na 3 strefy klimatyczne i z nachodzącym obszarem monsunowym, Japonia ma bardzo zróżnicowany klimat. Ma 4 pory roku ale rozpiętość temperaturowa pomiędzy skrajnymi końcami kraju mieści się pomiędzy -20 stopni do 20 stopni Celsjusza.





Złe dobrego początki
Japonia przywitała nas… niezbyt miło. Na trudność przybycia nałożyło się kilka czynników. Zacznijmy od tego, że nasz lot trwał prawie dobę. Mieliśmy przesiadkę w Hong-Kongu, który początkowo planowaliśmy pozwiedzać w przerwie pomiędzy lotami. Baltazar jednak uznał, że on nie będzie spał w samolocie, więc po wylądowaniu – mówiąc krótko – był rozbity i musieliśmy znaleźć miejsce na drzemkę i regenerację. Spędziliśmy więc na lotnisku 8 godzin, by następnie zapakować się na kolejne 6 godzin do samolotu. Wylądowaliśmy późnym wieczorem, więc wszyscy byliśmy wymięci, a jeszcze tak naprawdę nie wkroczyliśmy oficjalnie na terytorium wyspy.





Na lotnisku przywitała nas ogromna kolejka do kontroli paszportowej. I nie – nie było osobnej linii dla rodzin z dziećmi (co było bardzo zaskakujące), więc musieliśmy utrzymać w ryzach zmęczoną czekaniem czwórkę dzieci. Odrobinę dodaje otuchy fakt, że nad głowami przyjezdnych znajdują się liczniki które odmierzają przybliżony czas oczekiwania (dla nas wówczas około 85 minut). Żeby oddać Japończykom sprawiedliwość to w momencie zbliżenia się do kontroli paszportowej na odległość 10 metrów (po przeczekaniu z 30. rzędów kolejki) to wyciągneli nas z tłumu i dali priorytet.
#Travel tip: Dla Polaków nie potrzeba wizy do 90 dni.
Tyle dobrego, że wystarczyła kontrola paszportowa, bez procesu wizowego.
Wylądowaliśmy – teraz wystarczy dostać się do mieszkania, prawda? No nie jest to takie proste, gdy jest tak późno, że niektóre linie metra przestają kursować. Udało nam się dojechać na stację oddaloną około 7km od naszego mieszkania, ale Internet nie miał nam nic ciekawego do zaoferowania jeśli chodzi o pokonanie ostatniego odcinka – chyba będziemy musieli zaryzykować bankructwo i spróbować upolować taksówkę (pierwszy i ostatni raz w tym kraju, to nie są tanie rzeczy).
Znaleźliśmy miejsce postoju takowych, ale było ono na nieosłoniętej przestrzeni, a pogoda wybitnie nie sprzyjała. Przylecieliśmy z Indii, gdzie temperatury dochodziły do 40°C i trafiliśmy na mroźne 2° powyżej zera oraz deszcz ze śniegiem, który zacinał poziomo. Kurtki jeszcze były w bagażu – ratowaliśmy się kolejnymi warstwami ubrań, ale w czasie oczekiwania na taksówkę zdążyliśmy nieźle zmarznąć bo kolejka była długa. Jednak to kraj tak dalece kulturalny, że mimo cebuli płynącej w naszych żyłach to nie odważyliśmy się wepchać przed kogoś.
#TravelTip: Nigdy nie otwieraj sam taksówki! Robi to za ciebie kierowca, nie tylko z uprzejmości ale wynika to także z automatyzacji i mechaniki pojazdu.


Udało nam się zapakować i dojechać na miejsce. A przynajmniej mniej-więcej na miejsce, bo o ile kierowca nas podwiózł pod wskazany przez GPS adres, to zlokalizowanie odpowiedniego mieszkania już takim prostym nie było. Nasze mieszkanie mieliśmy szukać pod adresem „Tokyo-to, Tokio, 志茂2-35-13 ラカーサエスペランザ204号室, Japonia” – zrozumienie przyszło dopiero po czasie. Jednak już w tym momencie jesteśmy w stanie krótko podsumować jak należy to odczytać:
#TravelTip: Adresowanie w Japonii: <prefektura><miasto><dzielnica><osiedle/rejon><numer budynku><nazwa budynku><numer mieszkania> (numer mieszkania może również zawierać ukrytą informację o piętrze)
Gdy więc wpatrywałem się w ten ciąg znaków koło północy, w marznącym deszczu w krótkich spodniach, doszedłem do wniosku, że trzeba po prostu patrzeć na numerki na domach i jakoś to będzie. No niestety to nie wystarczyło – dopiero po zaglądnięciu w każde okno w okolicy udało się zorientować, że muszę się wspiąć na piętro poprzez zewnętrzną klatkę schodową by trafić w końcu na odpowiednie miejsce. Chociaż i z wejściem były problemy ponieważ pół-automatyczne drzwi na kod stawiały opór.
Wpakowaliśmy się do mieszkania totalnie padnięci i przemarznięci, zaś Baltazara (tego samego który przez dobę upierał się, że on nie potrzebuje snu) musieliśmy wtoczyć jak dwudziestokilogramowy worek ziemniaków…





Jak się mieszka
Już na wejściu trafiliśmy na informację, by nie wnosić mokrych parasoli do domu – na szczęście żadnego ze sobą nie mieliśmy:)
Do mieszkania wchodzi się w obuwiu, ale zaraz za wejściem jest przedsionek, gdzie te buty należy zostawić – po mieszkaniu chodzi się w skarpetkach, albo w dedykowanych kapciach.

Zacznijmy od tego, od czego my zaczęliśmy – od spania.
Tradycyjne japońskie posłanie to tak zwany Futon 布団. Składa się z materaca, który kładzie się na ziemi Shikibuton 敷布団, do tego kołdra Kakebuton 掛け布団, poduszka Makura 枕 – tradycyjnie twarda, wypełniona gryką. Do dyspozycji są też „normalne”, miękkie poduszki, ale ja wybrałem grykę. A to wszystko leży na Tatami 畳 – mata ze słomy ryżowej. Takie posłanie na dzień chowa się do szafy, lub specjalnej wnęki Oshiire 押入れ.
Naszym kolejnym zmartwieniem był nieprzenikniony chłód który panował w całym mieszkaniu bo nigdzie nie było kaloryferów. Na szczęście szybko się okazało, że klimatyzacja pełni jednocześnie funkcję grzewczą, jeszcze tylko trzeba było wygrać zabawę w chowanego (którą prowadził z nami pilot do AC) i relatywnie szybko udało nam się odtajać.



Po dobie w podróży chyba możemy zgodnie stwierdzić, że tamtejsza noc była najcudowniejszą dawka snu w całej naszej podróży. W mieszkaniu panowała absolutna cisza i dopiero popołudniu podnieśliśmy się z naszych mat (rzecz niesłychana by spotkało to całą naszą szóstkę symultanicznie!).


A teraz coś, na co wszyscy czekaliście – toalety. Tak, tutaj są te kosmiczne z milionem przycisków i funkcji, grają, śpiewają i zapewne – te najlepsze – potrafią Cię podetrzeć. I wiecie co? Podgrzewane deski są booooskie. I o ile już zdążyliśmy się w ciągu naszej podróży przekonać do strumienia wody mający umyć, to co jest do umycia, to tutaj mamy do dyspozycji kontrolę nad temperaturą, mocą i kierunkiem strumienia myjącego. Nasz tron rodem ze statku kosmicznego nie miał automatycznego czyszczenia deski (są i takie) ale miał przycisk „szumienia” – tak by zagłuszyć niektóre odgłosy. I tak to jest z tymi toaletami – póki człowiek nie spróbuje, póty nie wie, że od teraz nie ma powrotu…
By nie było tak różowo – w niektórych przybytkach publicznych można jeszcze natrafić na „dziurę w ziemi”, ale wciąż sprawia wrażenie bardziej zaawansowanej technologicznie i zdecydowanie bardziej sterylnej niż te z którymi mieliśmy do czynienia w Chinach.



Jednym z aspektów o których w ogóle się nie myśli przed przylotem (a które później stały się bardzo problematyczne) jest kwestia śmieci. W Japonii NIE MA koszy na śmieci w miejscach publicznych. Ani w parkach, ani wzdłuż deptaków – nie ma i już. Ogólna zasada jest – bierz swoje śmieci ze sobą i utylizuj je we własnym zakresie.
A segregacja śmieci jest też ciekawym doświadczeniem. Śmieci dzieli się na: butelki szklane, butelki plastikowe, puszki, śmieci spalane i niespalane. Tak – nie segreguje się osobno makulatury, czy bio – co się da spalić – idzie do spalenia. Najwyraźniej mają tak rozbudowany system spalarni śmieci, że pokrywa ich zapotrzebowania, spełniając jednocześnie wymagania ekologiczne, by móc to robić zgodnie z sumieniem.
Mieszkańcy Tokio co kilka dni wystawiają na ulice worki z wybranym rodzaj śmieci – na przykład butelki jednego dnia, innego śmieci do spalenia. Raz zobaczyłem śmieciarzy, którzy zbierali śmieci – wydawało mi się, że to takie do spalenia, więc pobiegłem z workiem mieszanych, by wrzucić mu na pakę. Skończyło się tym, że dostałem OPR, bo to co zbierał nie było do spalania, a do tego w swoim worku miałem rzeczy, które osobno się zbiera. Upierdliwe i problematyczne – ale najwyraźniej japońskie społeczeństwo jest na tyle dojrzałe i rozsądne, że podążają za tym systemem, a w efekcie mają naprawdę czyste ulice. Są tak czyste, że mówiliśmy sobie, iż w bezpieczniej jest jeść jedzenie z ulicy w Japonii niż z talerza w Indiach, no ale tyle wpisów poświęciliśmy na walce ze stereotypami, że szkoda by było je teraz powielać.


O autach chwilkę
Tokijskie ulice są wąskie – ogólnie przestrzeń chyba jest jednym z cenniejszych zasobów w kraju, chociaż najbardziej odczuwalne jest to w większych miastach. Konsekwencją tego jest ograniczona liczba miejsc parkingowych, ciasne ulice oraz – można by to nazwać wręcz ewolucyjną implikacją – jest prostokątny kształt samochodów. O aerodynamice nikt tutaj nie myśli – w projekcie samochodów najwyraźniej przyświeca zasada maksymalnego wykorzystania przestrzeni parkingowej – więc samochody są niemal prostopadłościanami z kierownicą. Wygląda to zarówno uroczo i komicznie – widok minibusa, który ma grill wielkości szafki kuchennej zdecydowanie nie rezonuje z wizją pojazdu w Europie (nie mówiąc już o monstrualnych autach w USA). Jeśli ktoś jeszcze nie ma wyobrażenia jak mogą wyglądać te samochody to niech poprosi swojego 5-latka o narysowanie pierwszego samochodu, na pewno stworzy formę kanciastą rodem z starych gier wideo.





Pierwsze wrażenia
Mimo ciężkich przepraw na początku Japonia szybko pokazała swoją niesamowitą twarz (wystarczyło się wyspać, wymyć i najeść). Nie będę ukrywać – od samego początku naszej wyprawy to na nią czekałem najbardziej. Jednocześnie – może to kwestia kontrastu z dopiero co odwiedzonymi Indiami – ale czystość ulic sprawiła na nas niesamowite wrażenie, dosłownie oślepiała nas biel (i mocne słońce które się pojawiło nazajutrz). Również pewien rodzaju spokój – mimo mieszkania w Tokio praktycznie nie czuliśmy potrzebę pośpiechu. Tylko sporadycznie znajdowaliśmy się w środku rzeszy ludzi który był powyżej poziomu naszego komfortu, ale nawet w takich sytuacjach, tłum był w jakiś sposób zorganizowany.


Kiedy się wybrać do Japonii
Japonia jako kraj z 4 porami roku ma swoje unikalne oblicza. Najpopularniejszymi momentami są: Sakkura, czyli wiosenny festiwal kwitnienia wiśni oraz jesienny okres „polowania na czerwone liście” Momijigari 紅葉狩り. Osobiście z chęcią też zobaczyłbym kraj zimą, ale najmniej polecane jest zwiedzanie latem – ponoć Tokio jest nie do wytrzymania – bardzo wysoka wilgotność powietrza i wysokie temperatury zniechęcają. Każda z pór roku da Wam niesamowite doświadczenia, więc zamiast zastanawiać się czy się wybrać, to należy zadać sobie pytanie – to kiedy lecimy wariacie?





Dodaj komentarz