Pierwsze dni – jak się można spodziewać – są pełne wyzwań oraz niespodzianek.
Wyzwania zawierają się w dwóch słowach: zmęczenie i tłumaczenie.
Zmęczenie podróżą, jest rzeczą naturalną, ale dzięki temu, że nocka przed podróżą trwała zaledwie kilka godzin, to przestawienie się na czas chiński wyszedł całkiem naturalnie. Dzieci przespały w samolocie, zaś my tak trochę mniej, ponieważ raz po raz, któreś z nich upewniało się, że nie śpimy.

Tłumaczenie – kwestia, która będzie wracać jak bumerang. Język angielski nie jest tu najpowszechniejszy, można by rzec „ze świecą szukać”, chociaż i tak więcej angielskiego wśród chińczyków niż chińskiego pośród nas. Pierwsze wyzwania czekały nas w trakcie wybierania pierwszego obiadu. Na ratunek przybyły google translate,
#travelTip nie zapominajcie o instalacji VPN, który będzie działał na terenie Chin – my na telefonie dostaliśmy go od obsługi sprzedającej nam kartę SIM do telefonu
które potrafi tłumaczyć ze zdjęcia. Rzecz jasna nie obyło się bez pomyłek – zamówiliśmy zbyt dużo, jedno z dań było zbyt pikantne dla dzieci, zaś zamiast piwa wziąłem słodki (bardzo) „duży napój gazowany”. Przynajmniej Aurora się ucieszyła „że pije piwo jak tatuś”.

Jedzenie jedzeniem, ale gdzieś trzeba zamieszkać. Tu na ratunek przyszedł serwis WellCee,
#travelTip WellCee, czyli nie booking, nie airbnb (w ogóle nie istniejący w Chinach), nie super drogie hotele
– jesteśmy niecałe 3 km od Zakazanego Miasta, wynajmujemy Hutong (czyli taki stary, klasyczny domek – ergo: klimat), a nie płacimy za to nerką.


Mieszkanie klimatyczne, może wymagałoby trochę ogarnięcia, ale jesteśmy bardziej niż zadowoleni!
Nasz host – Peter – też „mówi” po angielsku, więc mamy swojego człowieka do pomocy w razie czego.
#travelTip – tu nikt nie używa Whatsappa, ani Messegera (Great Firewall – wielka blokada wójka cenzora), więc do komunikacji używany jest przede wszystkim WeeChat – jednak do rejestracji wymagane jest potwierdzenie od „przyjaciela” – czyli innego użytkownika tej aplikacji od minimum 6mcy – warto sobie to ogarnąć wcześniej.

Z Peterem załatwiliśmy wszystko (nawet wizyta na skuterze na policji, w celach rejestracji), zaś mieszkanie ma pewne rozwiązanie, do którego nawiązuje tytuł wpisu – blender w toalecie. Tak, dobrze czytacie (i pewnie sobie wyobrażacie obrzydliwe rozblendowanie marzeń małego blenderka, który to myślał, że jak dorośnie będzie robił smoothie owocowe, potrawki do kuchni regionalnej, czy szejki dla sportowców) – po każdym spłukaniu wody następuje dźwięk blendowania, który przypomina, że to co jelita zlepią, nie będzie już razem. Kończąc ten wątek – potrzeba wynika z faktu, że Hutongi praktycznie nie miały nigdy własnej kanalizacji (dlatego dostępność publicznych toalet jest porównywalna z popularnością żabek i aptek w Polsce), zaś te prowizorki zamontowane mają rury o bardzo małym prześwicie.
Cytując naszą koleżankę: Mimo tak długiego czasu spędzonego w Pekinie, dalej nie mogę zrozumieć standardów higieny, albo raczej ich braku.

Mieszkanie, które złapaliśmy, było dedykowane pod dłuższy wynajem, dlatego brak tutaj utensaliów, pościeli, wyposażenia – lecz nawet własne zakupy nie doganiają różnicy ceny w mieszkaniu, a potencjalnym hotelem o porównywalnym standardzie.
Z tym brakiem wiąże się też jedna historia – wybraliśmy się na zakupy do pobliskiego centrum handlowego, gdzie polowaliśmy na poduszki i kołdry. Gdy tak staliśmy przy odpowiednim dziale i zdecydowanie długo zastanawialiśmy się, co wybrać, by nie przepłacić, pojawiła się przy nas pewna sympatyczna pani Chinka, która – jak się pewno domyślacie – angielskiego ni w ząb. Jak na złość elektroniczne narzędzia cierpiały na niedobory zasięgów, więc tłumaczenie nie działało. I jak ta zacięta płyta my powtarzamy – nie rozumiemy (we wszystkich językach jakie znaliśmy), zaś pani, stosując klasyczną zasadę – jak będę mówić głośniej i wielkimi literami, to na pewno mnie zrozumieją – chwyciła nasz wózek i zjechała z nim dwa piętra w stronę kas. Pierwsza myśl – pewno ma jakąś prowizję, więc chce skasować przez nas wybrane produkty, nim zmienimy zdanie. Czy miała prowizję – nie wiem, ale wzięła ten wózek z poduchami i zostawiła przy pani na kasie, by ta pilnowała, my zaś mogliśmy wrócić do zakupów. Czy ktoś mógłby nam zwinąć wózek z niezapłaconym jeszcze towarem? To powszechna praktyka podbierania sobie zakupów z wózków? Pewnie się nigdy nie dowiemy…

Mimo tej, jakże konfundującej interakcji, nasze kontakty z tubylcami są zasadniczo pozytywne. Wzbudzamy spore zainteresowanie – czwórka dzieci i to europejczycy, to nielada sensacja. Już na lotnisku, w pociągu między terminalami grupa chińczyków nie mogła się napatrzeć na naszą czwórkę. Klasycznie – to nie są tylko dziewczynki – ale największym zainteresowaniem cieczy się Tamara. Jeśli ktoś zna cokolwiek po angielsku, to najwyraźniej jest to „so cute!”, kierowanej do małej, niebieskookiej blondyny. Ilość uśmiechów, zaglądnięcia do wózka, czy nawet prośby o zrobienie sobie zdjęcia w ciągu dwóch dni wykracza poza standardy. Równie często nie proszą tylko po prostu cykają zdjęcia malutkiej (od jutra zacznę liczenie, na dzień dzisiejszy zrobili naszym dzieciom zdjęcie co najmniej 15 razy). Dla lepszego zobrazowania skali, mała dziewczynka z nakryciem głowy wyglądającym jak hamburger zapytała się, czy może z nami zdjęcie.
Co by jednak nie było – my również robimy sobie zdjęcia z lokalnymi. Poniżej przykład, kiedy to spotkaliśmy „siostrę Mulan” i Baltazar nie mógł się napatrzeć i zawstydzony, za pomocą mamy, poprosił o wspólne zdjęcie.

Spodziewamy się takich interakcji jeszcze sporo – wszak piękna z nas rodzinka.







Skomentuj Krzysiek Anuluj pisanie odpowiedzi