[068] Trochę Francji, trochę Ameryki

Czy wojna w Wietnamie kojarzy Ci się, drogi czytelniku, jedynie z Forrestem Gumpem i jego „życie jest jak pudełko czekoladek”? A skąd się tam wzięli Francuzi (pewnie z Francji, ha ha ha)? Dzisiaj spróbujemy przybliżyć Wam te kwestie.

A kto tu ziora zza winkla?

Trochę (za dużo) Francji

Wiek XIX i czasy kolonialne to zdecydowanie wstydliwy okres dla byłych kolonizatorów i bolesny dla kolonizowanych. Chęć znalezienia nowych rynków oraz zwiększenia wpływów w Azji zaowocował powstaniem tzw. Indochin Francuskich – czyli obszar podbitych Laosu, Kambodży oraz Wietnamu.

Jak się można domyślać, lokalni byli z tego powodu średnio zadowoleni – bagietkożercy wprowadzili monokultury niszcząc lokalne rolnictwo, eksploatowali zasoby kraju (kauczuk, ryż, węgiel, cynk), przyczynili się do zwiększenia nierówności w kraju, zaś każde objawy buntu były brutalnie tłumione.

Zatem pod pretekstem prześladowań misjonarzy, których tam wysłali jeszcze w XVII wieku, Francja w latach 1858 do 1885 podbiła Wietnam. Podzieliła kraj administracyjnie na 3 części, gdzie Hanoi było centrum administracyjnym, rozbudowało infrastrukturę pomagającą rabować kraj oraz wprowadziła język francuski jako obowiązujący. Dopiero II Wojna Światowa, wraz z okupacją Japońską, zakończyła formalnie czasy kolonizatorskie, aczkolwiek Francja się z tym nie pogodziła i po wojnie próbowała odbić Wietnam. Dopiero w 1954 roku francuskie oddziały wycofały się z kraju po bitwie pod Điện Biên Phủ.

Przechadzając się po Hanoi nie sposób nie zwrócić uwagi na bardzo charakterystyczne kamienice – zwane jako tube houses (domu tubowe?) ze względu na to, że są wysokie i wąskie. To właśnie pozostałość po czasach kolonialnych – zabudowania tworzące wąskie, tętniące życiem uliczki, w których parter to zakłady handlowo-usługowe, każda z kamienic różni się od drugiej, jak gdyby była to reguła i wyzwanie kierujące właścielami od pokoleń. Różnice szczególnie są widoczne, gdy podniesie się głowę do góry i przyglądnie zwieńczeniom – niestety w mieście, w którym powinno się zadzierać głowę, musimy patrzeć pod nogi. Dzieci są co prawda mistrzami w kierowaniu wzroku we wszystkich kierunkach, tylko nie tam gdzie potencjalnie grozi im krzywda. Wszechobecność skuterów wymusza ciągłe skupienie na otoczeniu, więc okazji jest mniej, ale każde takie spojrzenie w górę zatrzymywało nas w zachwycie. Trzeba przyznać, że nawet najmłodsi się zachwycali, wyławiali detale i zwracały uwagę na to, że np. drzewo wyrasta z domu. „Hodujemy” ich na swoje podobieństwo – doceniają piękno i zachody słońca i gardzą barokiem.

Większość czasu spacerowaliśmy po Hanoi więc naprawdę nie najgorzej poznaliśmy architekturę miasta i budowli. Do tego swój czar dorzucają lokalni rzemieślnicy, bambusowe konstrukcje, drzewka owocowe i sprzedawczynie kwiatów (początkiem roku) oraz liczi (w sezonie letnim).

Bagietka a la vietnamienne

Głodnemu chleb na myśli! I to zdecydowanie o nas tylko my się nie bawimy tutaj w jakieś subtelne metafory. Adam głodny to Adam zły, Niebieska doskonale wie, kiedy trzeba mi coś wrzucić do ust bo wówczas nie zamykają się one od ciągłego narzekania. A przynajmniej tak było przed tą wyprawą, bo im dalej w Azję, tym mniej kilogramów na ciele. Jednakowoż była jedna rzecz, której brakowało nam bardziej niż innych i to właśnie o chlebie mowa.

Dziwne te napisy – ponoć każda plamka to dodatkowe zaakcentowanie

Każdy kto podróżuje zauważa różnice w wypiekach zależnie od kraju, chociaż w Europie można się poratować jakąś francuską bagietką (która kupiona z rana w boulangerie pod wieczór już jest twarda) albo pyszną włoską ciabattą więc są jakieś opcje ratunkowe. I wtedy przychodzi Azja, cała w ryżu i chlebie tostowym. Jak się człowiek urodził w otoczeniu sosu sojowego, to mu na pewno nie przeszkadza, każdy w końcu wynosi swoje nawyki żywieniowe z czasu dziecięcego – toteż najmłodszym nie doskwierały braki pieczywa, tak bardzo jak nam. Przybyliśmy do bardzo oczekiwanego Wietnamu bez oczekiwań wypiekowych, a tu niespodzianka. Jednym z najważniejszych elementów kultury kulinarnej jest taka niepozorna francuska bagietka z dodatkami (Merci les Francais!).

Bánh mì, o którym mowa to wszechobecny street food. To znaczy bardzo „street”, bo kupuje się go na ulicy i bardzo „food”, bo to pożywny kawał żywności i trochę „fast food” (bo jest szybki) ale bez wszechobecnego smażenie i ociekania tłuszczem. Po raz pierwszy pojawiła się w Wietnamie w 1895 roku wraz z francuzami. Początkowo była uznawana jako przekąska, jednak dzięki doskonałemu rzemiosłu lokalnych piekarzy, szybko stała się kwintesencją duszy ludu wietnamskiego. Została ona doceniona na arenie międzynarodowej: w 2011 roku słowo bánh mi zostało dopisane do słownika oxfordzkiego jako top wśród kanapek, National Geographic wymienił ją wśród 11 najlepszych street foodów na świecie, a CNN nazwał ją „królem wśród kanapek”! Na południu organizuje się nawet kilkudniowy festiwal na cześć bánh.

Dla nas, pyszne pieczywo po Kambodży było niczym prezent z niebios. Rzuciliśmy się, jakbyśmy przynajmniej od kilku miesięcy nie widzieli innego chleba jak tostowego (i w sumie dokładnie tak było). Typowy, niezorientowany w historii turysta (tacy jak my) wyrazi zdziwienie, by następnie przejść nad tym do porządku dziennego.

A taka bagietka wypełniona wietnamskimi dodatkami bánh mì, będąc drugą (obok architektury) pozostałością postkolonialną, stanowi jeden z najbardziej kultowych potraw kraju.

Wypełnienia różnią się między sobą zależnie od regionu, zazwyczaj jest w niej mięso (grillowana wieprzowina wołowina, kiełbaski, różne ryby; forma może być smażona bądź pasztetowe, marynowana bądź nie) chociaż i wersje wegetariańskie są przepyszne (Tamara jest wielkim mięsożercą i z całej kanapki wyjada tylko padlinę). Elementem niezmiennym są marynowane ogórki i marchewka, korniszony, szalotka, bazylia i duuuuużo kolendry (mniam!). I jeszcze ten sos, który jest esencją wietnamskiego ducha otoczonego francuskim chlebkiem (z chili, sosem sojowym, sosem rybnym – bardziej przypomina to pastę). Najsmaczniejszą na jaką trafiliśmy był bánh mì z grzybami (Baltazar chciał ciągle więcej i więcej). Była tak dobra, że po kilku miesiącach dalej wspominamy to jako jedna z najlepszych rzeczy jakie jedliśmy w Azji, a spędziliśmy prawie 6 tygodni w Tajlandii więc poprzeczka jest postawiona wysoko!

Więzienie Hỏa Lò

To obiekt w Hanoi zwany również Hanoi Hilton. Zbudowane w 1896 roku przez Francuzów służyło do więzienia wietnamskich rewolucjonistów, zaś podczas wojny Wietnamskiej (o której więcej za chwilę) do przetrzymywania amerykańskich więźniów, przez lata było największym tego typu obiektem w południowo-wschodniej Azji.

Centralny Dom – wręcz intuicyjna nazwa zakładu penitencjarnego

Już pierwszego dnia zwiedzania stolicy przechodziliśmy obok ale początkowo myśleliśmy, że to jakiś teatr. Dekoracja z lampionów, piękny, żółty kolor elewacji i napis Maison central (centralny dom) nie sugerowały tego, co znajdziemy w środku. Wybraliśmy się tam z dziećmi i mieliśmy przy okazji rozmowę o wojnie, chociaż dla takich dzieci to wciąż jest podział dobrzy/źli, policjanci/złodzieje. Jednak udało mi się przynajmniej częściowo wytłumaczyć Baltazarowi system sprawiedliwości, jakimi rządzą społeczeństwa.

Ekspozycja była przygotowana treściwie, skupiając się na bohaterstwie rewolucjonistów, prezentowała również warunki panujące w celach i kaźnie, jakim poddawane byli więźniowie.

Spacer kończy ekspozycja poświęcona pobytu amerykanów w tym więzieniu. Rzecz jasna pokazana jest przez Wietnamczyków, więc ich perspektywa nie będzie zawierała informacji mogących oczernić własnych rodaków, utrzymana jest za to w klimacie „Hanoi Hilton” – nazwy nadanej przez amerykanów tam przebywających, którzy byli tak dobrze tam traktowani, że nadali właśnie taką nazwę. Prawda zapewne leży gdzieś po środku, ale można przypuszczać, że francuscy koloniści byli znacznie bardziej brutalni wobec rewolucjonistów, aniżeli Wietnamczycy wobec Amerykanów.

Z ciekawostek: W więzieniu często odbywają się przedstawienia teatralne. Z ciekawostek rodzinnych: dzieciom się bardzo podobała ekspozycja głównie ze względu na archiwalne filmy wyświetlane w niektórych salach. Nie ważne, że podejmowały tematykę więzienno-wojenno-historyczną, dla nich liczą się migające obrazki…

Trochę (za dużo) Ameryki

Wujek Sam lubi mieszać w polityce państw wszelakich, by na tym zyskać. I chociaż zazwyczaj robi to zza kurtyny, to – jak to również widzimy u Pomarańczowego Prezydenta – zdarza się, że nie kryje się z zamiarami. Tak też było w 1965 roku, gdy pierwsze oddziały armii USA dotarły do Wietnamu. Po skończeniu II Wojny Światowej w Wietnamie działały bardzo silne ruchy niepodległościowe i pod przywództwem Ho Chi Minha powstała Demokratyczna Republika Wietnamu – co nie spodobało się byłym kolonizatorom doprowadzając do wybuchu dziewięcioletniej I Wojny Indochińskiej. Klęska Francji w 1954 roku zaowocowała traktatami genewskimi dzielącymi kraj na 2 części – Północny i Południowy Wietnam. Ten południowy był pro-USA i odmówił przeprowadzenia wyborów 2 lata później obawiając się zwycięstwa komunistów. I tak przez 11 kolejnych lat USA wspierała południe militarnie i finansowo, by w końcu wkroczyć do kraju.

Jakby opisać USA jednym słowem? Przesada?

Wojna trwała do 1973 roku. USA wysłało około pół miliona żołnierzy, z których zmarło ponad 58 tysięcy. Szacuje się, że zginęło około 3 mln Wietnamczyków, do tego ogromne tereny zostały zbombardowane prowadząc do znacznych szkód materialnych, połacie dżungli skażonych podczas ataków chemicznych (przy użyciu tzw. Agent Orange). Wietnam obnażył słabość amerykańskiej myśli militarnej, podkopał zaufanie amerykańskiego społeczeństwa do władzy (wtedy to narodziły się mocne ruchy pacyfistyczne – bliskie Niebieskiej dzieci kwiaty), pobocznym efektem były wzmocnienie wpływów ZSRR oraz Chin w tej okolicy.

Koniec końców w latach 90. Wietnam znów skierował się w stronę USA, jednak komunizm mocno zakorzenił się w tym kraju w wyniku agresji największego kraju „zachodu”.

Trochę żółwia

W centrum Hanoi znajduje się Jezioro Zwróconego Miecza. Był to punkt, wokół którego często spacerowaliśmy i zdarzyło mi się pobiegać tam z Baltazarem (i samemu kilka razy.) Na środku tejże wyspy znajduje się niewielka konstrukcja – świątynia żółwia.

Z racji, że nie mówimy po wietnamsku, nazwa Hồ Hoàn Kiếm była tylko zlepkiem kilku liter (z nadmierną ilością akcentów – jakby ktoś kawą pochlapał książkę), więc nie poświęcaliśmy nazwie zbyt dużo uwagi. A jest to dosyć ciekawa historia, którą poznaliśmy podczas pewnego pokazu marionetkowego (o tym innym razem).

Historia opowiada o cesarzu Lê Lợi, który to wojował niewystarczającymi siłami z chińską dynastią Ming okupującą kraj. Nie szło mu, ale pewnego razu, będąc na rybach, wyłowił z jeziora magiczny miecz Thiên Tặng (Miecz Niebiańskiego Przeznaczenia). Następnie niczym Sauron koszący Gondorczyków pokonał Chińczyków i założył dynastę . Niedługo po tym, podczas gdy pływał na jeziorze, z głębin wynurzył się złoty żółw Kim Quy, który kazał zwrócić miecz, bo był on jedynie pożyczony i teraz bóg-smok domaga się jego zwrotu. Od tego wydarzenia jezioro nazwano Jeziorem Zwróconego Miecza.

Dla nas był punktem orientacyjnym (to średnie jezioro na północ) – jest też bardzo obleganym miejscem, ponieważ bezpośrednio doń przylega dzielnica mocno turystyczna, zaś w weekendy ulica dookoła jest zamykana i przekształcana w deptak – o czym się dowiedzieliśmy dopiero ostatniego weekendu w Hanoi, gdy to wybrałem się pobiegać wieczorem w tej okolicy. Można tam sobie wtedy wynająć małe samochodziki i inne pojazdy dziecięce i szosować na zamkniętej dwupasmówce.

W podróżniczych żurnalach jest to najbardziej pocztówkowy obiekt ze stolicy. Pierwszy raz, gdy je zobaczyliśmy aura była mgielna i deszczowa, nie sądziliśmy, że będziemy tam częściej wracać, więc trochę ubolewaliśmy nad tym, że nie uda się nam zrobić dobrego zdjęcia. Jak widać, niepotrzebnie.

Jezioro od wieków było również domem rzadkiego gatunku żółwi miękkoskórych, jednak ostatni przedstawiciel zmarł w 2016 roku, co było smutnym końcem pewnej epoki.

2 odpowiedzi do „[068] Trochę Francji, trochę Ameryki”

  1. You need to be a part of a contest for one of the most useful blogs on the net.
    I will highly recommend this website!

    1. Please do! It would be our first reward 😀 peace and love!

Skomentuj batman.family.trip Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *