Jak szybko rodzą się tradycje? Czy wymaga powtarzalności corocznej? A może wystarczy comiesięcznica, tak popularna w naszym kraju, czy może tradycja nieregularna, wynurzająca się po spełnieniu odpowiednich warunków?
Wystarczy tych retorycznych pytań – my sobie tworzymy małe tradycje w ramach tego wyjazdu, no i w ramach tego bloga. Zatem tradycyjnie już – czas na wpis o miejscach przyjaznych dzieciom, tym razem w Hanoi.

Water Puppet Show
Czyli wodny pokaz marionetkowy, albo dla bardziej zaangażowanych lingwistycznie „múa rối nước”, to unikalna dla Wietnamu forma lalkarstwa, w której marionetki występują na wodzie. Od razu nasuwa się pytanie – dlaczego? Ryż. Ryż jest odpowiedzią na wszystko w Azji i tak też jest w tym przypadku. Ciągle zanurzone w wodzie pola ryżowe są też sceną ich życia – tutaj mają miejsca wszelkie interakcje ludzkie -nawiązywanie przyjaźni, kłótnie, flirty, romanse, cuda i tragedie.

Jego początki sięgają dynastii Lý (wspomnianej w historii złotego żółwia we wcześniejszym wpisie), zatem dziewięciu wieków wstecz. Początkowo były to przedstawienia prostych scenek z życia codziennego – łowienie ryb, uprawę ryżu czy hodowli zwierząt, jednak z czasem zaczęły się pojawiać w nich elementy świata mistycznego, religijne, fantastyczne – przenikające historie z lokalnego folkloru pomogły w budowaniu tożsamości i kultury, sprawiając, że pokazy te same stały się jej częścią.
Niebieska już od przyjazdu wiedziała, że chce się na ten pokaz wybrać. I jest to zdecydowanie dobry pomysł – ten pokaz to świetny wstęp do wietnamskiego świata – wprowadza klimatem i nastrojem, daje przegląd lokalnych wierzeń i wizji na świat. A do tego podane jest w bardzo przystępnej formie – mimo, iż pokaz jest po wietnamsku, to w zestawie dostajemy mały zestaw audio, gdzie przed każdą sceną zostaje nakreślony rys opowiadanej historii i uzasadnienie w wietnamskiej kulturze. Ale nawet jeśli ktoś nie mówi po angielsku, to nie będzie się nudził – co jest bardzo istotną kwestią w przypadku małych dzieci – pokaz jest angażujący dla każdego przedziału wiekowego. Dość powiedzieć, że starszaki (i Niebieska) wspominają Water Puppet Show na czele swojej listy najlepszych rzeczy z całego Wietnamu (a może nawet i całej podróży), nawet Tamara patrzyła jak zaczarowana na wyskakujące i tańczące pacynki. Wszystkie cztery sztuki przesiedziały całe show na swoich miejscach, z szeroko otwartymi buziami.










Występ można obejrzeć w kilku miejscach, ale najpopularniejszym jest Thang Long Water Puppet Theatre przy jeziorze Hoan Kiem. Zakup biletów przez stronę internetową jest… niemożliwy. Niby widnieje opcja zakupu biletów natomiast strona się wykrzacza kiedy próbuje się to zrobić. A przynajmniej tak było, gdy myśmy kręcili się w okolicy. Nie polecamy również korzystania z pośredników – z jakiegoś powodu doliczają sobie ogromne prowizje. Najlepszą opcją jest:
#TravelTip Podejść do kasy i zakupić bilet osobiście.
W prawdzie bilety na wieczorne pokazy wyprzedają się całkiem szybko (więc może pojawić się potrzeba zakupu dzień, lub dwa wcześniej jeśli komuś zależy na późnym seansie), ale te w ciągu dnia można oglądnąć tego samego dnia. I tutaj mamy kolejną polecajkę:
#TravelTip Szarpnać się i kupić najdroższe bilety w pierwszych rzędach (najlepiej w pierwszym).
Wynika to z faktu, że jest to pokaz „analogowy” – nie ma telebimu, ani innego wspierania audiowizualnego, który pomoże lepiej widzieć. Zaś pierwszy rząd pomaga w pełnej imersji, i faktycznie można zobaczyć detale, które dzieją się na wodzie. Dodatkowo dzieci mają zniżki, a te które siedzą na kolanach (poniżej 4 roku życia) mają wstęp za darmo. Dla nas były to naprawdę dobrze wydane pieniądze i – nie oszukujmy się – to były jakieś przyziemne kwoty, nawet dla sześcioosobowej rodziny.







A jest na co patrzeć! Dopracowanie marionetek robi wrażenie i jest szczególnie to widoczne w różnych technikach zastosowanych do sterowania. Chyba najznamienitszym przykładem jest uciekający na drzewo lis, który porywał farmerowi kaczki. Albo wydłużające się szyje feniksów, które ze sobą walczyły (chociaż może to był taniec godowy?), lub taniec synchroniczny kobiet na łodzi. Praktycznie każda z prezentowanych scenek zwierała inny zestaw lalek, pośród których można było wypatrzeć kaczki, ryby, woły, żółwie, feniksy, węże, smoki i ludzi wszelakiej profesji (włączając w to orszak notabli). Tutaj poznaliśmy historię złotego żółwia z Jeziora Odzyskanego Miecza!
A jakby było mało świetnej wizji, dochodzi jeszcze do tego fantastyczna fonia. Znajduje się tam orkiestra która na żywo nadaje ton baśniom, niby tradycyjne instrumenty i śpiew ale w nowoczesnej aranżacji. Takie przedstawienie trwa 50 minut, naprawdę nie ma czasu się znudzić, a zostaje wielki niedosyt.
Polecamy z całego serca i polecamy właśnie ten teatr, który dzierży obecnie rekord Guinnesa za najdłuższy ciąg spektakli bez przerwy – 365 dni!







Muzeum etnograficzne
Tak, jesteśmy tymi rodzicami, co biorą dzieci do muzeów. Przed każdorazowym takim wyjściem powtarzamy jak mantrę trzy naczelne zasady (nie biegamy, nie krzyczymy, nie dotykamy) które są łamane zaraz po przekroczeniu progu obiektu (zazwyczaj to Aurora wyciąga palucha by pomacać jakiś obiekt).

Trafiliśmy do muzeum etnograficznego dzięki Geocachingowi (poszukiwanie skarbów w miejscach wartych zobaczenia, www.geocaching.com). Około 8km na wschód od centrum Hanoi znajduje się Bảo tàng Dân tộc học Việt.
Nie słyszeliśmy o tym miejscu, nie znalazło się w żadnym z artykułów polecających miejsca do odwiedzenia w Hanoi, które czytaliśmy. Możemy zatem być pierwszymi zachwalającymi to miejsce. Bo zachwalamy. Muzeum znalazło się w tym wpisie obok marionetkowego show dlatego, że – obok spektaklu – dzieci najchętniej wspominają tę przestrzeń. Bardzo też chciały tam wrócić, ale nie starczyło nam na to już czasu.
Na miejsce dojechaliśmy komunikacją publiczną (autobusem) – jak wspomnieliśmy, kierowaliśmy się obecnością skrytek w tamtej okolicy. Z tego też powodu nie wiedzieliśmy o miejscu docelowym i dojechaliśmy na pół godziny przed zamknięciem muzeum. Nie mieliśmy zatem okazji zwiedzenia głównego pawilonu, a jedynie ekspozycję na polu (tak, tak – My z Galicji, my chodzimy na pole). Ale to wystarczyło, a pokusimy się nawet o tezę, że to ta lepsza część (kto był niech ją potwierdzi bądź obali).




Jest to kolejne miejsce na mapie, gdzie oddajemy należny hołd osobie projektującej ekspozycję. Zrobiona w sposób angażujący, estetyczny i po prostu dobry. Ale największym hitem były dwie budowle, które tam można znaleźć. Jedną z nich – opisaną również w poszukiwanym keszu (skrytce) – był długi dom, zwany Dom Ede. To taki drewniany dom wysoki na około 6 metrów i długi na 42 metry! Został zrekonstruowany w tym miejscu w roku 2000, pochodzi zaś z 1967 roku. Przeniesiony został z prowincji w centralnej części Wietnamu i tam również można było znaleźć więcej takich domów – niektóre długie nawet na 200 metrów! Społeczeństwa w tamtych okolicach opierały się na matrylinearnym systemie pokrewieństwa. Tak, trudne słowo, ale świetne do zapamiętania na kolejną partię Scrabbli. Matrylinearnym system pokrewieństwa polega na tym, że urodzone dzieci przynależą do kręgu matki do końca swojego życia. Dziedziczą majątek, nazwisko od matki, ojcowie zaś często nawet nie są uznawani za krewnych takiego dziecka! Taki więc dom był siedzibą całych pokoleń, zaś długość domu świadczył też o poziomie majętności.
Ale, będąc szczerym, największe wrażenie zrobiła budowla rosnąca wertykalnie – nie horyzontalnie. A jest nim dom wspólnotowy Bahnar. To taka budowla na balach, wznosząca się ponad 3 metry nad ziemią przypominający głownię wielkiej łopaty, albo bardziej poetycko – żagiel. Wznosi się na wysokość 20 metrów, dach opiera się na 8 wielkich palach, z których 4 mają 6 metrów średnicy (dużo liczb, Baltazar lubi to)! Budowla stworzona została na podstawie budynku z początku lat 20. XX wieku (ej, jesteśmy w takim momencie, że musimy zaznaczać, że to nie chodzi o wiek XXI!) i podstawowym narzędziem budowlanym była siekiera. Jakby popatrzeć z boku to profil dachu przypomina spódnicę, co nadaje jej wyglądowi lekkości i smukłości, a jednocześnie pomaga w zmaganiu się z wiatrami.








Gdy tylko zobaczyliśmy ten twór z daleka, wiedzieliśmy, że będziemy się tam wspinać. Jeśli dzieci byłyby postaciami z kreskówki to w ich oczach zobaczylibyśmy gwiazdki. Za schody służą zasadniczo drewniane bale z wyciętymi schodkami – zatem wąsko – zaś stopnie były wielokrotnością zwyczajowych schodów domowych. Z Tamarą na rękach pomagałem dzieciakom wejść, bo dla młodszych stopnie były poza zasięgiem ich nóżek, a wszystkie dzieci chciały wejść do góry (no bo dlaczego by nie?). Niebieska za to cykała fotki, wiadomo – trzeba mieć priorytety abyście Wy mogli nas potem podziwiać. 90 metrów kwadratowych przestrzeni, gdzie niegdyś (jedynie męscy) mieszkańcy odbywali ważne narady, uczyli się walki, historii, decydowali o przyszłości wioski i wszystko inne co się robi w domu wspólnotowym (konkursy plastyczne być może, chociaż raczej nie o papieżu). Przestrzeń była pusta, ale tak wysoki sufit i przerwy pomiędzy belkami w podłodze robiły wrażenie. Zejście wzbudzało nie mniej emocji, co wejście, ale wrażenie tego ogromnego domku z drewna (wszak takim był – dom z drewna!) powoduje, że chcielibyśmy się tam wybrać raz jeszcze i poświęcić więcej czasu na medytacją nad całą przestrzenią.
Nie było czasu by zwiedzić resztę przestrzeni, ale mijające budowle i konstrukcje aż wołały o trochę uwagi. Wiedzieliśmy, że nas czas dobiega końca bo już na samym wejściu ochroniarz kręcił nosem mówiąc, że mamy tylko pół godziny. Oczywiście strugaliśmy Januszy turystyki, który ani słowa nie rozumieją i dziarsko wmaszerowaliśmy do ogrodu. Gdy zbliżała się godzina zamknięcia widzieliśmy ochroniarza który szuka zbłąkanych odwiedzających więc – jak to przystało na dumnych turystów z kraju cebuli – zaczęliśmy się od niego oddalać w tempie szybkim i chować się za drzewami by jeszcze trochę się porozglądać. Dzieci podłapały chętnie, ale umówmy się – mistrzami w chowanego to One nie są (wbrew temu co same o sobie myślą) i pracownik od razu nas wypatrzył, po czym grzecznie wyprosił (w tym wypadku wyglądało to jak zaganianie stada). Przeprosiliśmy, podziękowaliśmy i potulnie udaliśmy się do wyjścia.
Dla bardziej zainteresowanych zapraszamy na stronę muzeum, gdzie można przeglądnąć dostępne eksponaty: https://www.vme.org.vn/





Place zabaw
Azja do tej pory nie była pod tym kątem łaskawa dla naszych potworków. Po pierwszym szoku w Chinach (tylko płatne parki z atrakcjami – placu zabaw gdzie jesteś), przyszła Tajlandia (tam to chociaż były plaże i baseny), następnie równe beplacozabawowy Laos, i w końcu Kambodża, gdzie w całym mieście było aż jedno takie miejsce (patrz wpis Miniaturowy park miniatur). Nie oczekiwaliśmy zatem wiele od Wietnamu i tutaj zaskoczył nas bardzo, dzieci w końcu były w swoim żywiole i mogliśmy dzielić dzień na część dorosłą (nudną) i dziecięcą (zabawę).

Planowanie naszych wypadów bardzo często zaczynało się od pytania: czy jest gdzieś plac zabaw w okolicy? By ułatwić Wam życie, stworzyliśmy małe zestawienie na mapie stołecznych placów zabaw przez nas odwiedzonych, ewentualnie mijanych (z całą pewnością istniejących): https://mapy.com/s/nogetozubu

Dosłownie naprzeciw wspomnianego wcześniej muzeum znajdują się ich dwa. Całkiem przyjemna przestrzeń, ponieważ jest to park z jeziorkiem, wokół którego można się przespacerować lub pobiegać, zaś na wyjściu można upolować u bardzo miłych pań kukurydzę i jajka z grilla. Tak, trzeba czymś brzuszki zapełnić, bo budka z jedzeniem przy samym placu zabaw sprzedaje same przekąski.
Niedaleko za nim jest kolejny bardzo uroczy teren, ze stacjami w kształcie zwierzątek – bardzo się nam i dzieciom podobało.




Zdecydowanie najczęściej przez nas odwiedzany był Lê Đại Hành, plac zabaw przy jeziorze Hồ Bảy Mẫu. Został wybrany, ponieważ był najbliżej naszego ówczesnego miejsca zamieszkania. Jest to całkiem spora przestrzeń parkowa, więc i plac zabaw jest przestrzenny. Generalnie tamtejsze place zabaw są naprawdę niezłej jakości, sprzęty należą raczej do tych znanych nam z Europy chociaż niektóre elementy wymagają już wymiany. Miejsce zawiera również i płatne zabawy – dmuchany zamek, karuzele, pociągi, czy nawet możliwość wypożyczenia samochodzików elektrycznych. Rzecz jasna powodowało to za każdym razem ciąg pytań, czy możemy iść i zapłacić – definitywnie jedne z trudniejszych ćwiczeń asertywności, kiedy banda słodziaków robi oczy kota ze Shreka. W tym parku często również biegaliśmy z Baltazarem, więc wracaliśmy tam niemal codziennie.
Poza placami zabaw w Hanoi znajduja się bardzo dużo Sali zabaw o w miarę europejskim standardzie (bo w innych miastach już niekoniecznie) . Zrobione są podobnie jak inne tego typu miejsca w Azji i zazwyczaj posiadają wiele tematycznych sal. Stawki są dość wysokie jak na tani kraj ale widać, że stworzone są także z myślą o turystach, bo ich tam nie brakowało. W stolicy wybraliśmy się jeden raz do takiego przybytku, a to pierwsza okazja od pobytu na Phuket. Wybraliśmy to miejsce w centrum i warto zaznaczyć, że spędziliśmy tam prawie 5 godzin. Normalnie jakiś kosmos, ale to dzieci nie chciały się stamtąd ruszać tak bardzo im się podobało. Coś jednak ostatecznie nam stamtąd wykurzyło, a mianowicie: jak bawiłam się z Tamarą w basenie z kostkami, to odkryłam gniazdo karaluszków. Niby małe i nieprzerażające ale jednak to karaczany! Chwyciłam młodą pod boki i od razu pobiegłam do obsługi. Ich reakcja była natychmiastowa: wzięli sprej do zabijania insektów i zaczadzili ich kanciapę. Najwyraźniej była to częsta praktyka w tym miejscu. Sprej. Na insekty. W basenie dla dzieciaczków… Sanepid lubi to.









Całkiem inaczej jawiła nam się za to przestrzeń dla dzieci w Muzeum Kobiet Wietnamskich, bardzo spokojna, kilka zabawek, dużo książek i wygodnych miejsc do posiedzenia. Do samego muzeum wybraliśmy tam dwa razy, za pierwszym w ogóle go nie znaleźliśmy, a za drugim przyszliśmy godzinę przed zamknięciem. Jak się okazało w środku jest mała salka zabaw (dodatkowo płatna, bodaj 4 PLN od dziecka), gdzie dzieci mogą posiedzieć wraz z rodzicem. Podzieliliśmy się zatem, dzieci zostały ze mną a Niebieska poszła na zwiedzanie, potem nastąpiła zmiana. Bardzo polecamy, ciekawa wystawa, dobra merytoryka, to są aż 4 piętra ekspozycji więc jest co zwiedzać (yay dorośli!) i jest gdzie nie zwiedzać (yay dzieci!).
To jak to jest być tu dzieckiem
Wietnamczycy są bardziej powściągliwi w rozpływaniu się nad naszymi dziećmi. Zdarzały się wręcz sytuacje, gdy nasze dzieci podpadły, szczególnie lokalnym sprzedawcom zabawek, gdy zaczynały buszować w ekspozycji.

Były również te dobre interakcje. Wietnamczycy, podobnie jak Chińczycy, lubią dać drobną dzieciakom, chociaż tutaj są one typowymi słodyczami, nie zaś kiełbaskami (patrz Kiełbaska pocieczenia). Było ochow i achów nad Tamarą, ale blondynka z niebieskimi oczyma skazana jest na powodzenie.
Z takich ciekawostek zdarzało nam się dojrzeć małe wietnamskie bobasy z charakterystycznymi czapeczkami na głowach. Te, dziergane przez babcię lub mamę zawierają srebrne elementy, w celu odganiania złych duchów. W wielu miejscach praktykowane są zwyczaje zawieszania srebrnego łańcuszka na szyi noworodków właśnie w tym celu (chociaż dla nas to proszenie się o nieszczęście). Chociaż najbardziej osobliwym jest również trzymanie noża w okolicy kołyski, by odganiać obcych i złe duchy (gdy dziecko zacznie płakać bez powodu, matki biorą ten nóż i machają nim w okolicy dziecka w jego obronie – wspominaliśmy coś o proszeniu się o nieszczęście?). Żeby nie było – nie zaglądaliśmy do sypialni mieszkańców, te ciekawostki wynieśliśmy z Muzeum Kobiet Wietnamskich.
Nic więcej nie wynosiliśmy z tego muzeum (wszak jesteśmy uczciwi), ale trochę wiedzy zdobyliśmy po drodze – mnie zatrzymała informacja o przyciemnianiu zębów. Do połowy XX. wieku w Wietnamie utrzymywała się moda czarnych zębów. I nie chodzi o zepsute, ale o takie pokryte żywicą z odpowiedniego drzewa. Już 13 i 14 latki zaczynały ten proceder i polegał na nałożeniu przed snem 3-4 warstw żywicy na wyczyszczone wcześniej zęby. Im czarniejszy uśmiech, tym lepiej. Wygląda to… osobliwie – ciekawe czy funkcjonowało to również jako zabiegi ochronne?














Na ulicy nie dojrzysz wiele wózków – najpewniej zawalone chodniki przez skutery nie zachęcają do takiej formy odpoczynku. Czy było dużo dzieci w chustach zatem? Trudno stwierdzić, ale sporo dzieci widzieliśmy kręcących się wokół pracujących w jadłodajniach ulokowanych wzdłuż ulic.
A na koniec: zupa Pho jest najpewniej głównym posiłkiem dzieci w każdym wieku.
Hanoi z żabiej perspektywy
No dobrze to może ktoś powie o co chodzi w tytule. Ano, żona się uparła, że taki właśnie ma być bo bardzo się jej podobał. W historii sztuki istnieje określenie żabiej perspektywy i oznacza ono ujęcie kadru na którym perspektywa jest obniżona, sprawiająca wrażenie, że artysta tworzył go z poziomu parteru (ale „żabia” brzmi lepiej niż „parterowa” perspektywa). Dzieci wpasowują się w ten niski punkt widzenia. Dodatkowo żaba była jedną z ciekawszych marionetek podczas Watter Puppet Show, który tak nami zawładnął. Tytuł zatem miał być zawoluowaną sentencją, która inaczej mógłby brzmieć „Co dzieciom się podobało w Hanoi” ale gdzie w tym poezja?














Dodaj komentarz