[113] Miasto Gejsz

[百十三] 113 (hyaku jū san)
Ten wpis będzie o popołudniu spędzonym w przepięknym Kioto (później wrócimy do poranka). Nie jest to zgodne z chronologią wydarzeń ale tak nam pasują okładki na bloga. Sorry, nasz blog i możemy robić co chcemy.

Kioto

Czyli Miasto Stołeczne 京都市 Kyōto-shi zostało założone w 794 roku, gdy ówczesny cesarz, który miał dość rozprzestrzeniającego się i wpychającego się do polityki buddyzmu, przeniósł swoją siedzibę z Nagaoki. Od tego czasu, przez ponad 1000 lat miasto było siedzibą cesarskiego dworu. 

Bo klimat nie potrzebuje użycia AI.

Miasto szybko stało się głównym ośrodkiem kulturowym, biznesowym i politycznym. Zbudowana na wzór chińskiej stolicy Chang’an w postaci prostokąta 4x5km z regularną siatką ulic. Stolica zaczęła rozrastać się w ciekawy sposób, ponieważ wschodnia część się powiększała (lewy brzeg rzeki Kamo), zaś zachodnia się cofała, ponieważ teren okazał się podmokły i podatny na powodzie (a do tego regularnie niszczony przez trzęsienia ziemi i pożary). Wychodzi zatem na to, że Kioto jest ze swojej natury lewicowe. Miasto się rozbudowało, ale zostało doszczętnie zniszczone podczas wojny Ōnin w 1467 roku. Dopiero wiele lat po wojnie (i kilka siogunów później) Hideyoshi Toyotomi podszedł poważnie do sprawy odbudowy, czym zasłużył sobie na miano “Drugiego Założyciela Kioto”, dzięki niemu stolica znów nabrało blasku. Co więcej – Hideyoshi objął miasto artystycznym mecenatem. Miasto zostało ufortyfikowane, dzielnice wyznaczone, mosty pobudowane, pałac odnowiony – ogólnie pełna renowacja, Taki trochę Kazimierus Wielki-San tylko, że stolica pozostała drewniana. 

I tak dotarliśmy do rodzinnej tragedii – separacji. Okres Edo rozpoczyna mianowaniem się siogunem w 1603 roku przez Ieyasu Tokugawę. Machnął on ufortyfikowaną rezydencję w Kioto, chociaż zaangażował się bardziej w przenoszenie stolicy do Edo. W 1634 roku pojawił się on w Kioto ostatni raz. To był dziwny układ – sioguni (siogunowie?sioguńczycy?) sprawowali faktyczną władzę, ale potrzebowali cesarza – formalnie najwyższego władcy Japonii – by ją legitymizować. I to cesarz zatwierdzał pozycję nowego sioguna który to finansował część wydatków cesarskich, organizował nawet mu imprezy – nie żałował miodu.

I tak sobie układ trwał 220 lat.W tym czasie miasto rzucało w kulturę i sztukę złotem. Stało się ważnym ośrodkiem sztuki, rzemiosła artystycznego i kultury dworskiej. Jeśli “Secesja” wam coś mówi (nie ta wojna w Stanach), to wiedźcie, że doszukuje się w jej inspiracjach dzieła artystów Szkoły Rinpa, którzy malowali bogatości na wachlarzach, parawanach i kartach albumów i to w złocie…

Ogólnie to było takie miejsce, które cieszyło się najlepszą reputacją w kraju jeśli chodzi o sztukę. Tip-Top. “Po prostu, nie ma nic, o czym by się pomyślało, czego nie dało się znaleźć w Miyako”. Brzmi jak sklepy typu “chińczyk” w Radomyślu Wielkim, ale jednak high-class” bo to w końcu “japończyk”. 

To było miejsce, gdzie powstał teatr kabuki, oraz miejsce, gdzie narodziła się kultura gejsz. Czy trzeba coś dodawać?

Potem nastąpiła restauracja Meiji i zlikwidowano siogunat, a cesarz i rząd przenieśli się do Edo – które przemianowali na Tokio.

I historię zakończmy na tym, że Kioto znajdowało się na liście miejsc, na które Stany chciały zrzucić bombę nuklearną, ale zostało z niego skreślone, ponieważ to by była zbyt duża tragedia kulturowa (a przynajmniej tak mówią). Jest to miasto które ma aż 17 obiektów (38 budowli łącznie) wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO! Jest to chyba rekord ale sztuczna inteligencja sama ze soba nie chce się zgodzić w tym temacie. Aż się prosi by powiedzieć “złap je wszystkie” (w końcu Japonia to ojczyzna Pokemonów!).

Świątynia Tō-ji

Czyli Wschodnia Świątynia 東寺 to zbudowana w 796 roku jedna z trzech świątyń buddyjskich, na których budowę wydał pozwolenie ówczesny cesarz. Świątynia dotrwała do naszych czasów, chociaż jej wygląd przez ten czas uległ zmianie. Główna, pięciopiętrowa pagoda została wielokrotnie zniszczona, nim została przebudowana zgodnie z najnowszymi, ówczesnymi rozwiązaniami technologicznymi – w tym zabezpieczenie przeciw trzęsieniom ziemi. Jednym z ciekawych elementów architektonicznych w pagodzie jest tak zwany ukryty dach. Budowla ma więcej niż jeden dach, przy czym ten pierwszy pełni funkcję zadaszenia, zaś pozostałe mają bardziej wymiar estetyczny. Pagoda ma niemal 55 metrów wysokości i jest najwyższą drewnianą wieżą w Japonii.

Świątynia miała swoją siostrę bliźniaczkę – Świątynię Zachodnią Sai-ji, która nie przetrwała do dnia dzisiejszego. Istnieje legenda, mówiąca o tym, że w czasie długotrwałej suszy kapłani ze wschodniej i zachodniej świątyni modlili się o deszcz – i to temu z To-ji udało się osiągnąć sukces (jak to stwierdzili – nie wspomniano). Zazdrosny kapłan strzelił z łuku do kolegi po fachu, ale strzałę wziął na siebie Jizō – bodhisattwa (w buddyzmie osoba aspirująca do osiągnięcia „przebudzenia”), który zstąpił na ziemię. 

Kompleks mieści również inne budowle, ale co warto wspomnieć, że przechowuje ona skarby i dokumenty buddyjskie z okresu VII-XII wieku. W 1994 roku wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Wybraliśmy się tam stawiając przed sobą kolejne wyzwania – tym razem było to skorzystanie z komunikacji autobusowej! Mimo braku informacji na przystankach, dowiedzieliśmy się jak wygląda procedura od napotkanych tubylców:

#TravelTip: Do autobusu wchodzi się tylnymi drzwiami i płaci podczas wychodzenia przednimi poprzez wrzucenie pieniędzy do automatu przy kierowcy. Warto mieć przy sobie drobne, bo banknoty 5000 ¥ i 10000 ¥ mogą nie zostać przyjęte.

Pewnym wyzwaniem było też umieszczenie w nim wózka ponieważ kierowca nie mówił po angielsku (nie żeby to było niespodzianką) a manewr wsiadania i wysiadania była dość dynamicznym procesem. 

#TravelTip: W kiotyjskich (poprawne słowo) autobusach znajdują się specjalne miejsca dla wózka pośrodku ale są one zamaskowane fotelami. Trzeba ponaciskać kilka dźwigni aby złożyć siedzenia robiąc przestrzeń dla wózków. (jest załączona instrukcja po japońsku).

Kompleks jest obiektem zamkniętym, można go zatem podziwiać jedynie w godzinach otwarcia. Uzmysłowiliśmy to sobie dość późno, po drodze się rozpraszaliśmy poszukiwaniem keszy, podziwianiem ludzi i dostrzeganiem detali architektury miejskiej a potem – jakżeby inaczej – biegliśmy na złamanie karku by zdążyć przed zamknięciem. Dwoje dzieci wsadziliśmy na wózek, dwoje pod pachy i udało się dotrzeć na czas!

I znów podziwialiśmy Sakurę, więc świątynia robiła bajkowe wrażenie. Ciemne, opalane drewno świątyń w zestawieniu z bielą i różem kwiatów wiśni, do tego małe oczka wodne z karpiami koi i kamiennymi ścieżkami między nimi – czy ten obrazek nie woła “Japonia!”? Również możliwość spokojnego przespacerowania się po jej terenie i porozmawiania ze swoim, zachwyconym wewnętrznym “ja” warte było przejazdu w to miejsce.

Ogromne wrażenie robią wnętrza budowli które dla polskiego chłopa z czasów sarmackich zapewne przypominałyby ogromne stodoły. Budowle wysokie na kilka kondygnacji w środku są jednym, niczym nie przedzielonym, bardzo wysokim pomieszczeniem. Jedynym źródłem światła były nieliczne otwory okienne i kilka świeczek. Trochę ryzykownie biorąc pod uwagę wszechobecne drewno. Dotarliśmy tam późnym popołudniem i podzieliliśmy się na grupy zwiedzające. Kompleks jest płatny i niestety zamykamy wczesnym wieczorem. Dzieciaki tym razem były już zmęczone wcześniejszą świątynią i wolały bawić się kamykami i patykami (niesamowite jest, że wcale nie potrzeba całego pokoju zabawek, czekamy na etap kiedy odkryją, że pokrzywa stanowi najlepszą broń).

Dzielnica gejsz

Słowo Gejsza 芸者 składa się z dwóch części: gei (sztuka) i sha (osoba). Wywodzą się z męskiego zawodu, do którego dołączyły później kobiety – od mężczyzn-błaznów (taiko-mochi). Pierwszą, która się tak nazwała była prostytutka z Fukagawa około 1750 roku, ale to nie są panny lekkich obyczajów – one są specjalistkami od muzyki, tańca, śpiewu, gry na instrumentach i sztuki konwersacji. Błędny obraz profesji wynika z faktu, że okupujący po II Wojnie Światowej Japonię amerykanie korzystali z usług tzw. Geisha girls, które się stylizowany na japońskie artystki. W okresie Meji mówiło się, że ambitny urzędnik winien mieć dwa cele w życiu – zostać ministrem i wziąć sobie gejszę za żonę. Zatem ich wpływy również roztaczały się na politykę (wszak to szyja rusza głową).

Maiko, Geiko, UNAGI!1

W Kioto funkcjonuje kilka dzielnic gejsz, ale najsłynniejsza z nich to Gion 祇園. Gejsze tu się określa geiko 芸子 (kobieta sztuki), które dzielą się na dwa typy: Maiko (padawan) i Geiko (mistrz). 

Zanim w ogóle tam dotarliśmy to musieliśmy się ponownie mierzyć z komunikacją miejską oraz z… polską wycieczką! Grupa seniorów w pięknych kimonach zajęła całą przestrzeń chodnika (była to jedyna droga). Kiedy Niebieska popędzała dzieci i starała się przecisnąć przez tłum (a robiła to w języku francuskim) to sympatyczni rodacy zaczęli dogadywać między sobą, że za wolno to robi a przecież “oni czekajom!”. Miny im zrzedły gdy odpowiedziała w rodzimym języku, i puff! – tłum się magicznie rozstąpił. Chociaż nie doczekaliśmy się przeprosin. 

Niektóre z tych dzielnic są niedostępne dla turystów, ponieważ zbyt dużo oni robili zdjęcia gejszom bez ich zgody. Brawo. 

Ale można zobaczyć o co chodzi, ponieważ w kwietniu odbywa się  festiwal Miyako Odori (“Tańce Stolicy”), gdzie można zobaczyć występy maiko i geiko na jednej scenie. Myśmy takiego pokazu niestety nie widzieli, ale do dzielnicy Gion dotarliśmy, tym samym realizując jednodniowy plan minimalny na to miasto.

Jak w wielu miejscach na świecie – podatek od nieruchomości zależał od szerokości frontu przy ulicy – z tego powodu ulice są obstawione tradycyjnymi domami kupieckimi machiya, które mają 5-6 metrów frontowej fasady, ale sięgają nawet 20 metrów w głąb. Obecnie więcej tych miejsc funkcjonuje jako restauracje, sklepy z wyrobami rzemieślniczymi albo herbaciarnie. Te ostatnie są tu bardzo istotne, bo to właśnie Gejsze są mistrzyniami rytuału parzenia herbaty – zatem jest to biznes wielce popularny. My mając już pewne doświadczenie w temacie (certyfikowna herbaciara) skupiliśmy się na spacerze i chłonięciu atmosfery. Te niskie zabudowy w połączeniu z wzgórzystym terenem dawało wspaniałą perspektywę na dzielnicę! 

Bardzo zmęczone dzieci magicznie odżyły przywiedzione obietnicą lodów (Baltazar nagle przestał być chory) i ku naszemu zdziwieniu wszyscy wybrali smak matchy! Była to dla nas swego rodzaju klamra z podróży po Azji, dwie pory roku wcześniej, kiedy przypadkiem kupiliśmy takie lody w Pekinie nikomu poza Rodzicami nie przeszły przez gardło. 

#TravelTip: U podnóża wzgórz znajduje się mapa potencjalnych szlaków po dzielnicy. Najbardziej optymalnym jest przejście pętlą dookoła najciekawszych budowli. 

Nie spotkaliśmy żadnej gejszy przechadzającej się po okolicy, ale też się temu nie dziwimy. Jak wspomnieliśmy, przez turystów-papparazi część ulic jest zamkniętych dla turystów i obowiązuje tam kategoryczny zakaz robienia zdjęć. Generalnie w Kioto turysta powinien zachowywać się jak ninja (no, może poza rzucaniem shurikenami)!

Trafiliśmy tam już na koniec dnia, więc mogliśmy doświadczyć etapu przejścia z dnia w wieczór, kiedy to zapalają się latarnie i okolica przybiera całkowicie nowe szaty. Światło padające z witryn, okien i latarni odbija się od bruku, zaś przerzedzające się chodniki dają wrażenie intymności – mimo iż zwiedzających tam nigdy nie brakuje. 

Jeśli kiedyś znów wylądujemy w Japonii – to na pewno tam wrócimy.

  1. Oczko do fanów Przyjaciół. ↩︎

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *