Ktokolwiek współpracował z Hindusami na poziomie zawodowym ma pewnikiem wyrobione zdanie na ich temat. Różnice kulturowe powodują, że narasta frustracja i niezrozumienie. Dla nas współpraca z kimś, kto nie potrafi przyznać się, że zadanie nie jest jeszcze zakończone, albo że coś nie działa może człowieka doprowadzić do pasji (bez Mela Gibsona). A jak jest gdy jest się turystą? Co prawda, człowiek mimowolnie szkoli się całe życie by się tam komunikować, bowiem przypomina to życie z kobietami i ich „domyśl się”. Ale my po prostu nauczyliśmy się brać wszystko na klatę, a jednocześnie nie brać za pewnik żadnych wcześniejszych ustaleń.
Tak, nie, nie wiem, może
Nasze interakcje z lokalnymi możemy podzielić na dwie kategorie – prywatne i zadaniowe. Te pierwsze możemy określić jako bardzo dobre. I tak, kręciliśmy się po większych ośrodkach, więc może gdzieś na prowincji byłoby inaczej, ale w mieście, gdy przyszło nam porozmawiać z kimś, lub gdy zostaliśmy przez kogoś zatrzymani na ulicy – to były bardzo miłe spotkania, pełne ciekawości z obu stron, życzliwości i uśmiechów. Często proszono nas o wspólne zdjęcie, a należy zaznaczyć, że jeśli ktoś grzecznie zapyta o zdjęcie, to nie ma problemu. Mieliśmy trochę niesmak po Chinach, gdzie ludzie wręcz wciskali swoje telefony do wózka z młodą bez pytania. Często było tak, że rodzice brali swoje dzieci, by stanęły do zdjęcia z nami, samemu nie wchodząc w kadr – może to było jak jakaś dobra wróżba? Albo byliśmy takim pokemonem, z którym trzeba cyknąć fotki, by sąsiad był zazdrosny – trudno stwierdzić. Nie zmienia to faktu, że były to interakcje pełne życzliwości i pozytywnej energii.

Z punktu widzenia kobiety (żona się w tę rolę wciela, nie ja) także może potwierdzić, że nie takie Indie straszne. Oczywiście nie była samotną wędrowniczką, ale zdarzyło się jej oddalić i na taką wyglądać. Nikt nie przeszkadzał, nie osaczał, nie napastował. Jeden raz jakiś chłopak spytał czy może sobie ze mną zrobić zdjęcie i to by było na tyle.
Gorzej, gdy pieniądze wchodziły na scenę…
Niechaj za przykład posłuży jedna z sytuacji, gdy potrzebowaliśmy się dostać w jedno miejsce pociągiem. Biletów na pociąg nie udało się nam kupić. Musieliśmy się odwołać do pośredników. Poprosiliśmy w recepcji naszego hostelu o pomoc w załatwieniu biletów (a reklamowali się, że mogą załatwić bilety na pociągi, autobusy, zorganizować wycieczki i tak dalej). Okazało się, że coś, co powinno potrwać maksymalnie 10 minut komuś z komputerem w recepcji potrwało sumarycznie ponad 3 godziny… Zaczęło się od tego, że jednak w recepcji tego nie załatwiają, tylko mają zaprzyjaźnione biuro podróży – pierwsza flaga, czyli fałszywa reklama. Więc polecono mi poczekać, bo za 5 minut ktoś przyjdzie i z nim będę załatwiał sprawy. Okazało się, że przyszło mi czekać prawie pół godziny. Wtedy, zamiast załatwić sprawę na miejscu, miałem podążać za człowiekiem do ich biura. Już w tym momencie moja cierpliwość intensywnie uciekała, więc gdy chciał złapać tuk-tuka na mój koszt, powiedziałem, że się przejdziemy. No to się przeszliśmy, prawie 2 km dalej (dlatego tyle czekałem na recepcji najwyraźniej). Gdy dotarliśmy do biura, zostałem poproszony do innego człowieka, więc najwyraźniej ten, z którym sobie spacerowałem był zaledwie doręczycielem.





Nasza rozmowa, to było ciągłe odmawianie propozycji wynajęcia prywatnego kierowcy zamiast przejazdu pociągiem – będzie może dłużej i drożej, ale będziemy mieć człowieka, który przewiezie nas gdzie chcemy. Jak tu odmówić takiej propozycji? A jednak odmówiłem – chcieliśmy jechać pociągiem i już (ach te uparte Europejczyki). Zresztą po ostatniej przejażdżce z lotniska do hotelu z „dobrym kierowcą” powiedzieliśmy sobie, że nigdy więcej. Musiałem zapłacić z góry (do bankomatu odprowadził mnie ten sam hindus, który po mnie przyszedł do hotelu – chyba bał się, że zmienię zdanie i ucieknę), a jedyną gwarancją było słowo, że wszystko będzie załatwione jak trzeba. Bilety mieliśmy otrzymać dzień przed podróżą, bo najwyraźniej nie da się zakupić ich zawczasu.
No i dostaliśmy. Trzy bilety. A jest nas szóstka, z czego tylko 2 osoby kwalifikowały się do darmowego przejazdu. Dzwonię i pytam zatem, o co chodzi – a w odpowiedzi słyszę, żeby mówić, że Aurora ma 4 lata i się nie przejmować. A i okazało się, że bilety jednak są na klasę niżej niż prosiliśmy. Czyli zapłaciliśmy więcej niż w przypadku zakupu przez Internet (co nam uniemożliwiła strona), dostaliśmy przejazd w niższej klasie niż zamawialiśmy i o 3 bilety (no dobra, jeden) mniej – co się przekładało na mniej miejsc siedzących i to wszystko w 4 godziny!
Kołysanie głowy Indyjskiej
Niestety nie było to jedyne takie nasze doświadczenie, a najbardziej frustrującą z tego wszystkiego była hinduska maniera kiwania głową na boki (niczym wahadło w zegarze), które nie oznaczało ani „tak”, ani „nie”, zaś z twarzy nie szło odczytać w którą stronę kieruje się rozmówca. Ilekroć spotkaliśmy się z tym gibaniem głowy, tym mocniej dopytywaliśmy „TO TAK CZY NIE?!”




Owe kiwanie to takie połączenie potrząśnięcia i gibania głową, czasem są to mikro ruchy a czasem wygląda jakby się było prawie-bezgłowym. Jest to zadziwiające dla obcokrajowca ale jak się posiedzi chwilę w tym kraju to ten ruch staje się zaraźliwy (o czym Niebieska może poświadczyć). Wykorzystała ten oręż przeciwko sprzedawcy, kiedy nie chciała mu dać jednoznacznej odpowiedzi i o dziwo zakończyło to dyskusję.
To chybotanie to odpowiednik hindi słowa achha i może to oznaczać absolutnie wszystko, od „dobrego” do „rozumiem”. Chyba teraz każdy z rodaków pomyślał o takim jednym, na wskroś polskim słowie, które może świadczyć o rozpaczy, euforii, służy jako przerywnik, przecinek i koniec zdania.
Reasumując – takie kiwanie ma mieć wymiar ogólnie sympatyczny. Najczęściej ma stanowić potwierdzenie tego, że to co powiedziałeś zostało usłyszane i zrozumiałe. A że nie doczekasz się odpowiedzi na zadane pytanie – to już całkiem inna kwestia.
Malzoleum Mujahuja
No dobra, przepraszamy za niewyszukane żarty, ale jakoś tak nie mogliśmy spamiętać poprawnej nazwy więc taką między sobą operowaliśmy. Spróbujmy jeszcze raz.

Malzoleum Humajuna
Jesteśmy w Indiach już 3 dni i dalej nie odwiedziliśmy niczego co by było na liście UNESCO! NIEDOPATRZENIE! A jest co odwiedzać bowiem w całym państwie jest tych miejsc 43 (zajmują pod tym względem 6. miejsce spośród wszystkich krajów świata).
W pierwszej kolejności nasz wzrok skierował się właśnie na wspomniane w tytule mauzoleum. Po części dlatego, że przylegał doń teren zielony, a tych nam zaczęło brakować.
Grobowiec Humajuna हुमायूँ का मकबरा, czyli drugiego władcę dynastii Wielkich Mogołów (nie Mongołów!), syna jej protoplasty Brabura, ma w centralnej części cenotaf (zapamiętać do krzyżówki), czyli postument niezawierający ciała zmarłego.




Historia Wielkich Mogołów w pigułce
Państwo Wielkich Mogołów to rządzone przez turecko-mongolską dynastię zwaną Mogołami lub Wielkimi Mogołami. Istniało od XVI do XIX wieku, zapoczątkował ją Babur, który zmodernizował armię i pokonał w 1526 roku stutysięczną armię delhijskiego sułtana. Po jego śmierci władzę przejął Humajun, który przegrał w 1540 roku z możnymi afgańskimi, na czele których (i państwa przez nich założonego) stał Szer Szah Suri. Po śmierci wspomnianego w 1555 Humajun odbił kraj. Niestety zginął rok później – zabiła go nadgorliwość religijna, ponieważ spadł ze schodów, gdy zbyt gwałtownie ukląkł po usłyszeniu wezwania do modłów (ups!). Władzę po nim odziedziczył jego 13-letni syn Dżalal ad-Din Muhammad, zwany później Akbar, czyli wielki. Ale to historia na inny wpis…





Malzoleum Mu… Humajuna ciąg dalszy
Jak już wspomnieliśmy, Grobowiec (ten grobowiec będzie waszym grobowcem!) otoczony jest terenem zielonym. Najprawdopodobniej zarówno mauzoleum, jak i tereny zielone zaprojektowane były przez samego Humajuna i trwają do tej pory w prawie niezmienionym stanie – stanowi to zatem jeden z najstarszych ogrodów delhijskich.
I jest to całkiem spory teren, zdecydowanie spacer na cały dzień, a jest co robić. Dla lokalsów park jest bezpłatny i jest to cudowne miejsce na spędzenie czasu.





Na wstępie należało wybrać bilety, a nie jest to łatwe zadanie bowiem opcji jest co najmniej kilka, a żadna z nich nam nic nie mówiła. Ale wzięliśmy coś co wydawało nam się sensowe i wraz z biletami dzieciaki dostały takie broszury, które miały informacje m.in. o tym jakie gatunki ptaków można wypatrzeć w parku. Zmieniliśmy to w zabawę i pobawiliśmy się w ornitologów wypatrując okazów. To jak szukanie skarbów, więc dzieci ochoczo przystąpiły do poszukiwań, nie zauważając, że pokonują kolejne setki metrów. Ten teren, to nie tylko trawa – jest tam sporo towarzyszących budowli, pomniejszych ogrodów, akwenów wodnych i jeszcze więcej grobowców. Można powiedzieć, że to takie cmentarzysko sławnych w pięknej otoczce. A do tego teren jest zadbany (zamknięty dla przypadkowych ludzi), są miejsca, gdzie można sobie przysiąść, porobić zdjęcia czy nawet napić się kawy. No i są też place zabaw – a tu ciekawostka – na takie place zabaw nie ma wstępu bez dzieci! (jak w Singapurze) Jest strażnik, który pilnuje, by dorosłym towarzyszyły dzieci. Pomysł bardzo dobry i na pewno poprawiający bezpieczeństwo dzieciaków.
Przeszliśmy cały teren w kilku osiach i dotarło do nas, że wszystko ładnie ale chyba czegoś tu brakuje. Według mapy zwiedziliśmy połowę, a wciąż nie doszliśmy jeszcze do mauzoleum. Ale mimo wyraźnych znaków i dobrej orientacji na mapie nie mogliśmy go znaleźć. Okazało się, że reszta kompleksu znajduje się po drugiej stronie bardzo ruchliwej drogi wszelkiego ruchu, do tego odgrodzone wysokim murem. Aby dostać się do niego trzeba przejść pod ziemią. Ale to też nie jest takie proste, bo to przejście jest nieoznaczone, zamknięte przez bramki i pilnowane przez strażnika. Byliśmy już bardzo skołowani i z braku innych opcji zagadnęliśmy owego pracownika gdzie mamy dalej iść. Wówczas okazało się, że on jest też strażnikiem kluczy i otwiera owo przejście dla tych co mają bilety aby iść dalej. Zejście do przejścia swoją konstrukcją przywołało na myśl, spływaniem wody w kranie, co raz niżej i niżej i dookoła. Potem jeszcze podziemne przejście muzealne, kolejna kontrola i już byliśmy po drugiej, tej bardziej turystycznej stronie.









#TravelTip: Jeśli tylko masz dużo czasu to zwiedź cały kompleks ale zaczynając od ogrodów. Apetyt wraz z budowlami rośnie w miarę chodzenia.
I oto
jest, centralny punkt – Grobowiec Humajuna.
To taka wielka budowla wybudowana w stylu mogolskim – będący podstawą, na której opierał się projekt Taj Mahal (naprawdę jest to widoczne gołym okiem)! Budowla jest okazała i z wózkiem na poziom grobowców się nie wjedzie, więc podzieliliśmy się na dwa obozy zwiedzające (Tamara ucięła sobie drzemkę, a sami wiecie – nie drażni się śpiącego smoka). Dzieci słyszały, że jest to grób, ale bardziej ich bawiło ganianie od jaali do drugiego (ażurowe, kamienne okna) i przeganianie zagubionych w okolicy gołębi.
Niestety tak nam się podobało w ogrodach, że nie starczyło nam czasu by zwiedzić wszystkie budowle po tej stronie kompleksu ale za to zostawiliśmy na zachód słońca.
Na mnie budynek zrobił spore wrażenie – zbudowany z czerwonego piaskowca, wykończony białym marmurem jest jednocześnie surowy i „prosty”, „szczery”, a jednocześnie ma coś w sobie ze smukłości natury i jej delikatności, ulotności. Miejsce zdecydowanie warte odwiedzenia – być może i to też powodowało komisję, która wpisała w 1993 roku obiekt na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO? Nie wiem, ale zgaduję…








Woda
Co warto jeszcze wspomnieć, to mają tam czyste toalety (a w Indiach to temat przypadkowy) i wodę zdatną do picia. I nie chodzi nam o taką butelkowaną ale małe wodopoje, darmowe i dostępne dla wszystkich. Znaleźliśmy je w wielu miejscach ale to zawsze było terenie parków albo obiektów zabytkowych, wszędzie tam gdzie jest możliwość nadzorowania ich. Jest to przede wszystkim odpowiedź na zapotrzebowania najbiedniejszych, którzy zmagają się z jej brakiem.
My nie skorzystaliśmy (ostrożności nigdy za wiele), szczególnie, że podpisane było „Woda Destylowana”. Za pierwszym razem wydawało nam się, że to było jakieś przywidzenie ale potwierdziliśmy to przy innych okazjach. Pewnie niejeden biały się złapie za głowę ale po szybkim sprawdzeniu okazuje się, ze woda destylowana jak najbardziej jest wodą zdatną do picia. Nie należy jednak poić się tylko nią ponieważ proces destylacji wypłukuje wszelkie wartości i minerały z organizmu.

Woda w Indiach to temat rzeka. Mają dostęp to zaledwie 4 % zasobów pitnej wody świata a ich mieszkańcy stanowią 18 % populacji. Hinduski rząd opracował ogólnokrajowy plan zapewnienia każdemu wody pitnej w domach (więcej o Misji Jal Jeeval można przeczytać tutaj: https://jaljeevanmission.gov.in/) ale napotykają na wiele problemów, niemniej jednak sytuacja jest rozwojowa.
Wracając do bardziej przyziemnych spraw, mamy ważną wskazówkę dla podróżujących do Indii:
#TravelTip: Kupując wody wszędzie ZAWSZE należy sprawdzić czy zakrętka jest fabryczne zamknięta bowiem słyszeliśmy o sprzedawcach, który napełniają puste butelki zwykłą kranówą.
#TravelTip: Dla większych dzieci świetnie w upałach sprawdzają się butelki z paskiem, które mają przepasane przez ramię. W ten sposób piją częściej i więcej. W Azji jest ich duży wybór, zwłaszcza w sieciówce mojego ulubionego sklepu DIY (Ron Swanson lubi to).










Dodaj komentarz