Przyszedł czas by pożegnać się z Pekinem. Jak je będziemy wspominać? Zaskakująco mniej tłoczne niż w naszych wyobrażeniach. Pełna skuterów i rowerów jeżdżących gdzie się da. Ogromna metropolia z bardzo ładnymi, choć płatnymi parkami i znacznym niedoborem placów zabaw. Mieście, gdzie nie byłoby tak źle żyć, chociaż smog jest bardzo mocno odczuwalny. Trzy tygodnie to zdecydowanie za mało, by poznać jego tajemnice (no, może by było wystarczająco, gdybyśmy podróżowali bez dzieci), ale wystarczająco by zorientować się co się z czym je (zazwyczaj z flakami).
Pociąg pocisk
Bullet Train – jest to jednostka szybkiej kolei w Chinach, która łączy siatką większe metropolie. Jest to jednocześnie jeden z bardziej ekscytujących środków transportu, szczególnie dla miłośnika prędkości – Baltazara.

I to właśnie tym cudem techniki wybraliśmy się do naszego następnego celu – do miasta Xi’an (wymowa: „śją” – „ś” jest bliskie naszemu „sz”, więc brzmi jak pies po francusku – chien – „szję”).
Podróż z prędkością 350 km/h to fascynujące doświadczenie, początkowo powodowało lekkie zawroty głowy, ale z czasem, jak ze wszystkim, człowiek się przyzwyczaja. Miejsca na nogi jest jak dla typowego siatkarza, szerokość około 2/3 średniego Amerykanina. Jest czysto, komfortowo, pani z mopem kilkakrotnie przejechała korytarze, więc odstaje to od tego, co można spotkać na ulicach Pekinu.
Dotarliśmy do Xi’an w 4 godziny (to bagatela 1200 km) i złapaliśmy taksówkę, która zawiozła nas do naszego mieszkania. Okazało się, że będziemy mieszkać na 30. piętrze. Mieszkanie było w wyższym standardzie niż nasz Hutong, większa powierzchnia, więc przyjemniej, chociaż zdecydowanie brakowało mu klimatu Hutongów. No i lokalizacja nie tak atrakcyjna, aczkolwiek wystarczająco blisko stacji metra, że nam to nie przeszkadzało logistycznie, a jedynie estetycznie.


Mury miejskie
Xi’an 西安 to szczególne miasto – jedno z dawnych stolic Chin, miasto liczące ponad 3100 lat, było jednocześnie początkiem Jedwabnego Szlaku. Znane też jest z niemal doskonale zachowanych murów otaczających starówkę.

Mury mają długość 14km i można po nich zrobić sobie wycieczkę. Szerokość murów można porównać do dwupasmowej ulicy, więc możecie sobie wyobrazić, że to całkiem potężna konstrukcja (czy już mówiliśmy, że Chińczycy znają się na budowaniu murów?). A i można sobie wynająć rower, więc nie trzeba się ograniczać do swoich (i dziecięcych) nóżek. Wejście niestety jest trochę drogie – 50 yenów od osoby – więc wiedzieliśmy, że nasz wypad ich szczytem będzie jednorazową akcją. Po raz trzeci w Chinach skusiliśmy się na wypożyczenie audio przewodnika i, po raz kolejny, były to pieniądze wyrzucone w błoto – za 20 yenów dostaliśmy link do nagrań do odsłuchania na telefonie. Angielski był niczym z filmów kreujących przerysowany obraz Chińczyka próbującego nieudolnie mówić po angielsku. A i całość nagrań trwała mniej niż 10 minut.

Za to obszar wzdłuż murów, pomiędzy murem, a fosą jest bardzo ładnie zaadaptowany. Jest to niekończący się park z drzewami, ławkami, altanami i ogólnie miejscami by się pokręcić. Jest to, jak się okazało, miejsce gdzie ludzie uczą się grać na instrumentach – więc częstym obrazem była grupka 10-15 osób grających na tych samych instrumentach dokładnie to samo. Chociaż w niektórych przypadkach „grających” to za dużo powiedziane. Sądząc po wyglądzie, grupy gromadziły raczej osoby na emeryturze, które próbują znaleźć dla siebie nowe zajęcie.
A i pierwsze mury mury miejskie otaczały obszar, który przypominał księżyc, stąd też Moon City, czy Miasto Księżycowe.









Mała Pagoda
Jest to obiekt, którego nie widzieliśmy z bliska, ponieważ obszar, na którym się znajduje jest w remoncie. Widzieliśmy z daleka i szczerze nie rozumiemy dlaczego ten obiekt jest na liście UNESCO, zaś mury miejskie nie są.
Nazwijmy zatem ten fragment podbijaniem statystyk ilości odwiedzonych obiektów UNESCO:)
Park bez Dużej Pagody
Oprócz Małej Pagody jest Duża Pagoda (o niej będzie później). To nie jak z Radomyślem, który, jak wszyscy wiemy, jest Wielki, ale Radomyśla Małego już nie ma. I tam też ruszyliśmy – bez powodzenia. Trochę się zagapiłem i pojechaliśmy na inny przystanek metra – szczęśliwie z parkiem zaraz obok. Stwierdziliśmy, że dzień i tak się już kończy, to przejdźmy się po nowym parku.
Trafiliśmy w szczególne miejsce – park z PLACEM ZABAW! Dla nowych czytelników zapraszamy do wpisu „Placu zabaw, gdzie jesteś?!„, by uzyskać szerszy kontekst.

Xingqinggong Park 兴庆宫公园, bo tak się nazywał ten park ma plac zabaw, ale więcej czasu spędziliśmy w miedzianym kwiecie lotosu – takiej konstrukcji, około 5 metrów średnicy, gdzie nasze dzieciaki użyły tej swojej dziecięcej umiejętności wymyślania zabawy w każdej okoliczności. Rzecz jasna nie obyło się bez tłumu ciekawskich ludzi, powtarzających „suga?” (fonetyczne „czwórka?!” – nauczyliśmy się tego już wcześniej, więc ilekroć to słyszymy, jedynie powtarzamy, potwierdzając i najwyraźniej sugerując, że potrafimy pociągnąć rozmowę po Chińsku).
Gdy w końcu ruszyliśmy dalej, za zakrętem znaleźliśmy plac zabaw! Żeby było weselej, został on strategicznie ustawiony zaraz obok wesołego miasteczka, więc te słoniowe zjeżdżalnie bladły przy kolejce górskiej i innych świecących karuzelach. Koniec końców, zamówiliśmy jedzenie w pobliskim sklepiku (najgorsza pizza na świecie – okazała się, że była z durianem – najbardziej śmierdzącym owocem na świecie!), by zaraz po wyrzuceniu zamówienia do kosza pójść do restauracji obok na bardziej sensowny obiad. W trakcie przygotowywania, wyskoczyliśmy na szybką przejażdżkę samochodzikami, które się ze sobą zderzają (Baltazar i Aurora kontra Makary i Ja). Plac zabaw zatem się znalazł, ale nie posłużył zbyt długo.


Wielkiej Pagody nie ma, ale i tak jest za…bawnie!



Dodaj komentarz