Czy my, jako rodzice robimy dobrą robotę, skoro nasze dzieci wiedzą, czym jest Panna Cotta, zaś nie wiedzą o istnieniu słowa Terakota? Czy chowamy sobie francuskie pieski? Już mówią po francusku, więc musicie nam pomóc z oceną… W każdym razie, gdy zaanonsowaliśmy, gdzie tym razem się wybieramy, były zbyt szczęśliwe i radosne, więc musieliśmy dopytać, czy na pewno dobrze usłyszały.
Terakotowa Armia
Ponad 40 km od centrum Xi’an, pewien rolnik postanowił wykopać sobie studnię. Nie czekając na pozwolenie z urzędu, gdyż nikt się takimi sprawami nie przejmuje, zaczął kopać w dół (przecież nie w górę). Gdy z kolejnym uderzeniem szpadla usłyszał głuchy dźwięk tłuczonego naczynia, skulił się instynktownie, gdyż wyrósł w domu, gdzie tłuczeniem naczyń wyrażano emocje (głównie te negatywne), zaś naczynia częściej leciały w jego kierunku niż odwrotnym. Zorientowawszy się jednak, że jego cudnej żony, matki jego dzieci, karmicielki rodziny i opiekunki domowego ogniska nie ma obok, zreflektował się, że dźwięk pochodził spod jego nóg. Chwycił w rękę kawałek glinianej skorupy i wypuścił, jak gdyby była jeszcze gorąca, gdyż przedstawiała ona twarz wściekłego, gotowego bronić cesarza wojownika. I właśnie wtedy, w 1974 roku, w marcu, Yang Xinman, Yang Peiman i Yang Peiyan odkryli zakopaną od ponad 2 tysięcy lat armię, mającą pomóc w utrzymaniu władzy cesarzowi w zaświatach.

Czy dokładnie taki był przebieg tej historii? Nie wiem, nie było mnie tam i nie mówię po chińsku, a to było tak dawno temu (pół wieku!). Ale jakaś jej wersja się wydarzyła, a echa tej historii możemy podziwiać po dziś dzień.
Zatem Terakotowa Armia, albo prościej: 兵馬俑 „Figury grobowe żołnierzy i koni”, to ogromny zbiór figur wykonanych z terakoty (wypalana glina) przedstawiających armię składających się z piechurów, łuczników, generałów, powozów konnych, akrobatów, medyków, urzędników czy muzyków i tancerzy. Znajdzie się również miejsce dla zwierząt – w tym wspominana we wpisie Kaczka po Pekińsku – kaczka.
Armia w 210 r. p. n. e. została umieszczona w podziemnym grobowcu cesarza, który był zwieńczony drewnianym dachem, który po jakimś czasie się zawalił – a terakotowa armia została ukryta do końca 20. wieku.
Dobrze, spakowani, wyspani (huehue), czas ruszyć o świcie w drogę! Ale jak się tam dostać? Opcji jest kilka i wszystkie można znaleźć opisane w angielskojęzycznym Internecie, ale dla nas opcje sprowadzały się do dwóch dróg: taksówką lub autobusem.

Pierwsza opcja pojawiła się już w momencie, gdy przyjechaliśmy do Xi’an – taksówkarz, który wiózł nas do naszego mieszkania zaoferował swoje usługi, a z racji, że nam się tak miło rozmawiało jest gotowy zejść z ceny 800 yenów do jedynie 600. Gdy nie wyraziliśmy zainteresowania, oferta poszła jeszcze niżej aż do 400 yenów. Taka oferta, szkoda nie skorzystać, nie?
Druga opcja – odjazd autobusem publicznym. Czas przejazdu – niecałe 1.5 godziny plus czas dojazdu na stację początkową (dla nas to około 30 minut). Koszt – 10 yenów za całą rodzinę. Dodatkowe plusy – przejazd dwupiętrowym autobusem!
Jest jeszcze trzecia opcja, której nie braliśmy pod uwagę – metro. Okazuje się, że jest poprowadzona nitka metra, która w prawdzie nie prowadzi bezpośrednio pod stanowisko archeologiczne, ale jest stacja niecałe 7 km od stanowiska, więc dorzucić do tego taksówkę, lub autobus komunikacji publicznej i wyjdzie (tak przynajmniej to wygląda) najlepsza kombinacja cenowo-czasowa z trzech wymienionych.
#TravelTip Osoby korzystające z travelchinaguide.com w sprawie wyboru sposobu dojazdu znają tam całkiem trafny opis, aczkolwiek przystanek początkowy nie jest dokładnie wskazany, dlatego przychodzimy z pomocą:
Autobus (5)306.

Po dotarciu na miejsce spotkacie takie chińskie Krupówki – uliczka za uliczką zapchane sklepami, straganami, babciami z oscypkami (albo innymi owocami) i od groma osób oferujących swoje usługi przewodnickie.
Gdy uda się ominąć wszelkie przeszkody przychodzi czas na kontrolę bezpieczeństwa – my już nauczeni nie braliśmy żadnych flamastrów, chociaż przyszło nam przenosić wózek nad wąskimi bramkami.
Czy wspominaliśmy, że było raczej chłodno (na szczęście nie padało)? Pierwsze, co próbowaliśmy, to upolować coś ciepłego do picia. Herbaty nie było (kraj herbaty, co?), kawy też nie. Jedynie do wyboru było ciepłe mleko, oraz jakiś sok. Poszła opcja numer 2 i wiecie co złapaliśmy? Przesłodzony kompot z suszu! Taki jak na wigilię się pija! Ale przesłodzona…
Ruszyliśmy w stronę drugich bramek (dlaczego? Nie wiadomo, ale było to jedno z pierwszych miejsc, gdzie sprawdzano naszą wizę) i trafiliśmy w końcu na kompleks z armią.

Ekspozycja odbywa się w 4 budynkach – trzech halach z figurami oraz muzeum.
I teraz jaką kolejność zwiedzania możemy zaproponować?
Muzeum opisuje historię odkrycia oraz samej armii, prezentując jednocześnie pojedyncze egzemplarze z różnych formacji – świetnie zachowane i wyeksponowane. Hala numer 1 ma największą liczbę egzemplarzy – jeśli widzieliście zdjęcia tej masy rzeźb – to właśnie jest tam. Hala numer 2 oraz 3 mają to samo, tylko w mniejszych ilościach. W hali 2 można zobaczyć dodatkowo stanowiska archeologiczne, zaś w hali 3 można zobaczyć rydwany z większą dokładnością.
My zdecydowaliśmy się na kolejność 3, 2, 1 i muzeum, ale jeśli ktoś planuje spędzić cały dzień (albo wybrać się z dziećmi – na jedno wychodzi), to proponujemy zacząć od muzeum – zdecydowanie pod koniec dnia tłok w hali numer 1 będzie mniejszy niż na początku – jest to punkt do którego w pierwszej kolejności wybierają się turyści jak i grupy z przewodnikami.

Teraz porozmawiajmy o odczuciach. Czy warto? Na pewno tak – jest to w końcu coś niespotykanego. Czy zaspokoiło to nasze oczekiwania? Nie. Być może były zbyt wysokie, ale mamy zarzuty co do ekspozycji. Porozmawiajmy o tej głównej hali – wszak to ta ilość i niepowtarzalność rzeźb stanowi o wyjątkowości tej armii. Niestety zwiedzanie w hali odbywa wzdłuż ścian hali – zaś najbliższe rzeźby są kilka metrów od obserwatorów a te najdalsze są tak daleko, że zlewają się z otoczeniem (na około 50-70 m). Problemem też jest oświetlenie – albo jego niedostatek.
#TravelTip Weźcie ze sobą lornetkę lub aparat z naprawdę sporym przybliżeniem.
Odległość i światło nie dało możliwości odczucia tej masowości rzeźb, nie dało się przyglądnąć detalom, twarzom, które każda ma być różna. W idealnym świecie byłaby droga poprowadzona gdzieś przez środek tego tłumu, by móc poczuć się jak część tej armii. W muzeum można było się zatrzymać dłużej przy pojedynczych egzemplarzach, ale to niestety nie jest to samo.
No i kiedyś była opcja zrobienia sobie zdjęcia z figurami (replikami), a teraz już takiej opcji nie znaleźliśmy.
Nie zmienia to wszystko faktu, że wybrać się tam trzeba – jest to coś wyjątkowego (i kolejny obiekt z listy UNESCO), a my z tego wszystkiego nawet zapomnieliśmy złapać kesza.
















Dodaj komentarz