Ale jak to sanktuarium? Którego syna – starszego, czy młodszego? Ale dlaczego sanktuarium? I kto za to wszystko zapłaci? Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi!
Czampowie i ziemia Króla-Boga
Sanktuarium Mỹ Sơn, albo jakże kreatywnie, przewrotnie lingwistycznie nazywane przez nas Sanktuarium Mojego Syna (jestem pewien, że nikt do tej pory nie zauważył tej przypadkowej zależności językowej z angielskim My Son). Jest to nasz 4. spośród 7 obiektów wpisanych na listę UNESCO, które odwiedziliśmy w Wietnamie.

Nazywane Wietnamskim Angkor Wat, położone 69 km (hue hue) od Da Nang, zostało zamówione przez króla Czampów Bhadrawarmana I (panującego na przełomie IV i V wieku naszej ery) poświęcone Shiwie nazywanemu tutaj Bhadreśwara (czy to tylko ja, ale brzmi to jak jakaś bawarska dresiara).
Czampowie (albo Chamowie – serio), była to grupa etniczna zamieszkujących wschodnie wybrzeże centralnego Wietnamu. Od VII do XV wieku n.e. ich królestwo stanowiło bardzo istotny punkt na trasie szlaków morskich między Chinami, Indonezją, Indiami a Bliskim Wschodem. Mieli swój język, który w odróżnieniu od większości nacji tamtego rejonu należał do rodziny austronezyjskiej, a nie tai-kadai, czy austroazjatyckiej (istotne informacje!). Byli w konflikcie z sąsiadami (ale kto nie był?) – z zachodu z Królestwem Khmerów, zaś z północy z Wietnamczykami (Đại Việt).




Kompleks był sukcesywnie rozbudowywany aż do 1471 roku, kiedy to Wietnamczycy podbili Czampów, chociaż ostateczne podbicie miało miejsce dopiero w 1832 roku, kiedy to zostało zajęte księstwo Panduranga. Później teren świątyni stał nieużywany do roku 1898, kiedy to francuski urzędnik/archeolog Camille Paris natrafił na ruiny, które następnie pod swoje skrzydła wzięła Francuska Szkoła Dalekiego Wschodu (swoją drogą językowa ciekawostka – Daleki Wschód po francusku określa się jako Ekstremalny Orient – Extrême-Orient).
Odkryto wtedy około 70 budowli. Jednak przyszedł 1969 rok, a wraz z nim amerykańskie bombowce, które bombami dywanowymi zaatakowały stacjonujące na terenie kompleksu oddziały wietnamskiej partyzantki – wietkongu (na najwyższej świątyni zamontowali antenę do radiostacji). Z 70 budowli pozostało kilka. Oburzenie opinii publicznej wymusiło na wyłączenie tego obszaru z działań wojennych, ale szkoda już się stała.
Po wojnie Wietnamski rząd postanowił odrestaurować sanktuarium – w pierwszej kolejności trzeba było usunąć niewybuchy i rozminować teren – podczas prac zginęło 9 pracowników, 11 zostało rannych – jak widać Shiwa łaknął ofiary z krwi…
„Stary Lud Cham tchnęli swego ducha w kamień i ziemię. Byli w stanie stworzyć wielkość i świętość Mỹ Sơn na bazie natury. Jest to bezcenne muzeum architektury i pomnik ludzkości którego pełne zrozumienie zajmie nam dużo czasu” / Kazimierz Kwiatkowski





Polacy są wszędzie
Kazimierz Kwiatkowski, zwany Kazikiem, Człowiekiem z dżungli i Znachorem. Był pierwszym zagranicznym konserwatorem zabytków w Wietnamie po wojnie. W 1981 roku pracował właśnie nad uratowaniem sanktuarium – wybrał się w te okolice w reakcji na wezwanie UNESCO, które zaapelowało o ratunek zabytków. Poszukiwano architekta i konserwatora zabytków, mówiącego po francusku i rosyjsku.





Kazik skupił się na ratowaniu dziedzictwa Czampów właśnie w tej okolicy – początkowo musieli teren odgruzować, rozminować i oczyścić, Kazik zatem zamieszkał w szałasie w dżungli (stąd przezwisko Człowieka z dżungli). Udało im się uratować 20 wież, odnaleźć wiele artefaktów (w tym rzeźby bez głów – głowy te wywieźli Francuzi do konserwacji, ale zapomnieli zwrócić – jak widać Luwr jest jak czarna dziura – jak coś doń wpadnie, to już nie da się tego odzyskać, nawet mimo wielokrotnych apeli rządu wietnamskiego), które można podziwiać w Muzeum Rzeźb Czampskich. Na terenie kompleksu znaleźliśmy także dziękczynną tablicę z jego nazwiskiem.
O Znachorze jeszcze więcej napiszemy przy okazji kolejnych wpisów.
Żywiczna zaprawa murarska
Początkiem miesiąca obraliśmy sobie Hanoi jako naszą bazę wypadową do zwiedzania północnego Wietnamu. Potem to Da Nang było naszą bramą to poznawania Centralnej części (południowy Wietnam od razu odrzuciliśmy, jest to bowiem tak ciekawy kraj, że w miesiąc nie sposób wszystkiego zobaczyć).





Do Mỹ Sơn dojechaliśmy zamówionym przejazdem (istnieją Shuttle busy z Da Nang, ale na miejscu dają zaledwie 4 godziny przed powrotnym autobusem), dzięki czemu mieliśmy czas na zwiedzanie we własnym tempie. Chociaż zanim w ogóle dojechaliśmy na miejsce, to utknęliśmy w wielgaśnym korku pełnym ciężarówek. Tym razem nie spakowaliśmy sterty zabawek ani książeczek bo przejazd miał być szybki – a wyszło niefortunnie. Dzieci zaczęły by chodzić po szybach, gdyby nie były przypięte. Naszym zbawieniem okazał się zabawa w liczenie ciężarówek, wszyscy się zaangażowali, a Baltazar wychodził z siebie by udało się nam doliczyć do 100 zanim znajdziemy się na parkingu. Powiedzmy, że zawierzyliśmy jego naciąganiu rzeczywistości i zaliczyliśmy przeróżne pojazdy w poczet samochodów ciężarowych.
Po przyjeździe i przejściu przez kasy biletowe zwiedzanie można zacząć od muzeum przedstawiające etapy renowacji terenów.
#TravelTip: Toalety znajdują się przy kasach biletowych, przy wejściu do kompleksu i przy scenie teatralnej przed wyjściem.









Świątynie podzielono na grupy oznaczone od A do L, więc jeśli gdzieś w necie znajdziecie oznaczenie A1, B3, to nie jest to gra w statki. Po gmachu wystawienniczym należy przejść przez mostek do parkingu wózków elektrycznych, które wiozą w głąb terenu ku pierwszym zabudowom. Rzecz jasna można przejść na piechotę (to raptem 2km), ale mając w perspektywie zwiedzanie terenu na nogach (tych krótkich, dziecięcych), to zdecydowaliśmy się skorzystać z opcji zmotoryzowanej, która zawiera się w cenie biletu.
Dojechaliśmy najdalej jak się dało. Niebieska już trochę przebierała nóżkami, bo wyruszyliśmy jak na nas dość późno. Nie wiedzieliśmy na ile realnie duży jest cały kompleks i ile nam to zajmie (wierzcie lub nie – informacje w internecie były najróżniejsze). A tutaj zanim w ogóle zaczeliśmy zwiedzanie – dzieci już zgłodniały. Siłą rzeczy trzeba było zrobić przerwę (jak nazwać przerwę w czymś co nawet się nie zaczeło? Pre-rwa?). Strategia dnia miała tytuł „cukier i czekolada” (dzieci) i pyszna kawusia (dorośli). Tam też Niebieska piła absolutnie najlepszą kawę w Wietnamie (ta akurat była z whiskey i jajkiem, niepodobna totalnie do Irish Whiskey). Po spożyciu słodyczy, bułek, kawy i matchy w przydrożnej restauracji ruszyliśmy na zwiedzanie.
#TravelTip: Obiekt częściowo położony jest w dżungli. Koniecznie należy się zaopatrzyć w repelent przeciw komarom, wystarczającą ilość wody, wygodne buty i płachtę przeciwdeszczową.
#TravelTip: Jest to kompleks religijny ale nie obowiązuje dresscode znane z całej Azji (czyli zasłonięte ramiona i kolana) aczkolwiek zaleca się relatywną wstrzemięźliwość w doborze ubrania i poszanowanie tradycji.









Zacząć należy od tego, że jest to teren przystosowany dla wózków. Owszem, same świątynie wymagają wniesienia na 2-3 stopnie, ale ścieżki są płaskie i wyrównane, więc było to dla nas dużym ułatwieniem.
Pierwszą budowlą był właściwie plac z cegieł. Niestety, są to pierwsze ślady zniszczeń amerykańskich i takich po drodze również nie zabraknie. Nie zbiło nas to jednak z tropu i ruszyliśmy dalej.
Gdy dotarliśmy do pierwszych „budowli”, szybko zrozumieliśmy, że określenie Wietnamski Angkor Wat nie jest przypadkowym. Świątynie zbudowane z cegieł charakteryzują się ogromną ilością szczegółów, mury mają rzeźbienia, stworzone tak by zachwycać. Podobno nie ma dwóch takich samych rzeźb kwiatów, które dekorowały budynki.
Sam fakt zabudowy z cegły nadaje wyjątkowości – czerwień wybija się na tle zieloności dżungli. Co ciekawe do tej chwili nie ma pewności jak były tworzone te cegły, ani tym bardziej co używano w ramach spoiwa (mówi się o żywicach lokalnych drzew).
Samej architektury pozostało niewiele, budowle mają grube mury i są raczej niewielkie – głównie z powodu zastosowania łęku pozornego (kolejne hasło do milionerów – to taki taki prawie łuk, stworzony na układaniu cegieł na płasko, które z każdą warstwą wystają coraz bardziej, aż do zejścia się na czubku). Widać to szczególnie w kilku sklepieniach wież, które jeszcze stoją.
Zniszczenia bombardowaniami są widoczne w postaci kilku fragmentów w miejscach, gdzie powinny stać świątynie, ale również w postaci pozostawionych lejów po bombach. Budowniczy swoimi tajemnicami upewnili się, że świątynie wytrzymają ataki pogody i roślinności, ale ataku z powietrza już nie mogli przewidzieć…








Taniec na koniec
Sanktuarium oferuje jeszcze jednen sposób na ucieszenie oka – jest to pokaz tańców folklorystycznych. Odbywają się one kilka razy w ciągu dnia o ustalonych godzinach, więc można zaplanować tak swoje zwiedzanie, by nie przegapić takiej okazji. Jeśli jest za mało ludzi to wówczas jest on anulowany.
#Travel Tip: Zaplanuj sobie zawczasu trasę tak by trafić na show. Zadaszony teren znajduje się przy ostatnich obiektach kompleksu.


A jest co oglądać – jest to chyba pierwszy pokaz taneczny na naszym wyjeździe, któremu nie przygrywała „tradycyjna” głośna, arytmiczna muzyka. Dodatkowo było to naprawdę dobre, szybkie zmiany pozycji, doprowadzenie ich do perfekcji – tancerki naprawdę się postarały, wyglądały jakby tańczyły przed władcami świata.





Jest to spektakl mający oddać ducha cywilizacji Czampów.
Taniec Apsary to zainspirowany płaskorzeźbami nimf ze ścian świątyń, pełen zmysłowości i niebiańskości. Tutaj miałem echa młodości, kiedy to się rodzinnie ogląda film i następuje w nim scena łóżkowa – tylko tym razem byłem rodzicem i moje dzieci oglądały zmysłowy taniec brzucha… Drugi układ, zwany Tradycyjnym, jest również pokazem tradycyjnych instrumentów i ich melodii, zaś trzeci określony został jako „znaczenie kulturowe”, który ma prezentować tradycje, zwyczaje, rytuały i mitologię kultury czampów.
Pokaz jest w cenie biletów i zdecydowanie szkoda by go było przegapić.



Mỹ Sơn dla rodzin
Podsumowując sanktuarium i naszą wizytę – jest to miejsce przystosowane pod zwiedzanie rodzin z dziećmi. A naprawdę o niewielu obiektach w Azji możemy to powiedzieć. Dostępność toalet, darmowe bilety dla dzieci, restauracje, gdzie można kupić coś innego niż słodycze ale przede wszystkim – trasa, po której można jeździć wózkiem – sprawia, ze możemy z czystym sercem polecić wszystkim, którzy się wahają. Niepotrzebnie też się stresowaliśmy tym czy uda nam się zobaczyć wszystko bo – koniec końców – obszar jest relatywnie niewielki. Nam to zajeło większośc dnia niespiesznym tempem (jeśli byśmy zdecydowali się przejść na piechotę pomiędzy kasami, a wejściem do kompleksu to byłyby dodatkowe 1,5-2 h).
Pozytywnym zaskoczeniem też była mała ilość zwiedzających, nie wiemy czy trafiliśmy w jakąś lukę czasową, czy mało atrakcyjny dzień (było podejrzenie deszczu ale skończyło się tylko na dużym zachmurzeniu). Podobno najlepszy czas na zwiedzanie kompleksu jest pomiędzy Kwietniem a Majem – czyli wówczas gdy my tam byliśmy – ponieważ jest to pora sucha. Dużym plusem jest także fakt, że dzieci mogą zwiedzać swobodnie. Obiekty są dostępne do zwiedzania, może przejść przez ruiny, dotknąć murów, pospacerować pomiędzy budynkami i przyjrzeć się z bliska rzeźbieniom. Tylko raz dzieci nam się wymknęły spod kontroli, ale szybko jest usunęliśmy z murku na prośbę strażnika. Żeby oddać sprawiedliwość – owczym pędem podążały za jakimś turystą, gdy my się oddawaliśmy sesji fotograficznej.











Dodaj komentarz