Ten post jest dedykowany wielkim nieobecnym, dla których zaplanowaliśmy pobyt w tym miejscu, w tym czasie. Wyczekiwaliśmy i musieliśmy się minąć, wszak plaża w Da Nang jest tak długa…
Więc oto jesteśmy – Wietnam, plaża, luty – a Was nie widać. Podobno z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach więc to jedyne co nam pozostało.
Dziecko za okno
Đà Nẵng, to trzecie co do wielkości miasto w Wietnamie. Położone w środkowej części kraju (a kraj jest bardziej długi, niż szeroki, więc jest kawałek drogi) w dolinie rzeki Thu Bồn. Do XVIII wieku było mało znaczącym portem – z powodu sąsiadującego z nim Hội An (o którym jeszcze wspomnimy). Dopiero dla Francuzów port stał się głównym przyczółkiem, z którego plaga misjonarzy rozlewała się na kraj. Po II Wojnie Światowej Đà Nẵng przypadło południowi, więc wojska amerykańskie i południowowietnamskie wykorzystywały je jako miejsce stacjonowania wojsk i główny port (również lotniczy). W tym okresie nastąpił znaczny wzrost liczby ludności.
Miasto posiada jedną z ładniejszych linii plażowych w kraju, a amerykańscy żołnierze nazywali ją „plażą chińską” – chyba ku złości lokalnej ludności.

Obecnie jest to spory ośrodek gospodarczy, uniwersytecki i turystyczny. Ten ostatni widać szczególnie wzdłuż nabrzeża – ilość ogromnych hoteli robi wrażenie, a przybywa ich ciągle (a przynajmniej widać postępujące budowy). Generalnie jest to miejsce typowo pod wczasowiczów zazwyczaj z Wietnamu. Z ciekawostek wysoko-nowobogackiego budownictwa to zwróciliśmy uwagę, że kurierzy/dostawcy nie mają prawa wchodzić poza recepcję, więc wszelkie paczki zostawiane są przy drzwiach. Potem trzeba znaleźć swoją pośród kilkudziesięciu przesyłek leżących jedna na drugiej. Inne rozwiązanie, które zapamiętaliśmy, to obowiązkowe używania windy „plażowej” z poziomu minusowego. Jeśli wracało się znad morza, to dozwolone było tylko używanie tej jednej windy tak, by w całej reszcie panował porządek. Niby zrozumiałe, gorzej że dostęp do niej wiódł jedynie przez trasę samochodów wyjeżdzających z parkingu – innej drogi nie było.

Nasz pobyt umówiliśmy dwa miesiące wcześniej ale musieliśmy trochę poprzesuwać terminy w związku z naszym późniejszym przylotem do Wietnamu. Z tego też powodu zadekowani zostaliśmy w innym pokoju niż oryginalnie rezerwowaliśmy, ale z taką samą ilością łóżkową do spania, więc to nie był dla nas aż tak wielki problem. Problemem było jednak niedomykające się okno. Byliśmy na 23. piętrze i mieliśmy permanentnie otworzone okno w sypialni dzieci. Gdy na to zwróciliśmy uwagę, dostaliśmy odpowiedź, byśmy po prostu pilnowali dzieci. Rozumiecie? Mamy PILNOWAĆ DZIECI, by nie wypadły przez niezamykające się okno. O ile jesteśmy w stanie odpuścić wiele – są bitwy, których nawet nie warto rozpoczynać – to w tym przypadku było to przekroczeniem granicy. Zdecydowanie podnieśliśmy wrzawę i zaraz mąż wynajmującej, który to nas lokował w pokoju, zaczął się tłumaczyć, że mieli specjalistę od tego, ale ten stwierdził, że nie da się tego łatwo naprawić i tak dalej. Chciał jak najszybciej się uwolnić z tej sytuacji. Rzuciłem wtedy okiem raz jeszcze na okno i pomimo braku klamki znalazłem sposób by zablokować okno na stałe (poprzestawiałem odpowiednie bolce za pomocą klucza do drzwi). Udało się problem rozwiązać, ale długo jeszcze przeżywaliśmy radę, by po prostu „pilnować dzieci”. Ktoś tu chyba nie ma jeszcze swoich pociech.
#TravelTip: Zawsze należy sprawdzić mieszkanie celem znalezienia uszkodzeń. Jeśli się tego nie zaznaczy na początku wynajmu, to potem właściciel może nas obciążyć kosztami naprawy.





No to na plażę!
Nie ma co ukrywać – dzieci chciały plażować. My z resztą też – Hanoi było cudowne ale pogoda tam była raczej wczesnowiosenna, więc nie za ciepło. Wykorzystaliśmy ten okres na zwiedzanie, a teraz przyszedł czas na relaks. Może tamtejsze morze nie jest iście niebiańskie jak te na Karaibach, ale za to długa linia brzegowa, aleja palm i apartamentowce dookoła dawały nam poczucie jakbyśmy się znaleźli na Florydzie. Tylko takiej czystszej i wietnamskiej. Plaże zaopatrzone są w toalety oraz w… głośniki. Tak by umilać czas ludziom puszczając delikatne dźwięki i dawać ogłoszenia duszwietnamskie. Wyposażeni w plastikowe kubki po kawach, chochle i warzechy z kuchni (wszelkie zabawki plażowe porzuciliśmy jeszcze w Tajlandii i wówczas – 2 miesiące później – dzieci nagle sobie o nich przypomniały) ruszyliśmy na piasek. I piasek tam był – taki jak być powinien, żółty, mięciutki, dobrze lepiący się na babki… gorzej z wodą. Niestety trafiliśmy na okres wzburzonego morza (Południowochińskie), więc czerwone flagi ciągle wywiewały na mocnym wietrze i o pływaniu nie mogło być mowy. I niestety – było tak przez cały nasz pobyt w Da Nang.




Ale to nie znaczy, że plażę omijaliśmy – wręcz przeciwnie, mieliśmy do niej dosłownie rzut beretem. W ciągu dnia zabawa, zaś wieczorami wybierałem się na bieganie – bieganie po plaży jest zdecydowanie świetnym pomysłem, o ile nie jest to plaża kamienista lub z fragmentami rafy koralowej (Phuket ma coś do powiedzenia w tej kwestii). Tutaj też Baltazar zrobił swój rekord biegowy – przebiegł 14 km (chociaż na innym GPS pokazywało 15km). Jak na 6-latka to całkiem niezły wynik!




Ja z kolei najbardziej wspominam nocny bieg (było już po godzinie 22) – pobiegłem w stronę oddalającą się od centrum imprezowego. W pewnym momencie skończyło się światło miasta i jedynie blask księżyca oświecał mi drogę. Wtedy też poczułem, że ten przerażający żywioł wody ma też coś w sobie pociągającego, wzywającego i mistycznego. Fale wieczorem nie były mniejsze niż za dnia, więc jak zobaczyłem kilku ludzi wchodzących z latarkami w fale, byłem pewien, że to jest jakaś skazana na niepowodzenie akcja ratunkowa, ale szybko się zorientowałem, że była to jakaś forma połowu – być może na krewetki?
Jeden zaś bieg kierowałem w stronę północnego końca wyspy. Chciałem z bliska przyjrzeć się statui, która góruje na cyplu nad morzem.








Buddyńka
Ta 67-metrowa konstrukcja to tak zwana Lady Budda, tłumaczona jako Pani Budda, ale nasza wersja Buddyńki wydaje się bardziej trafna (a przynajmniej zapadająca w pamięć). Jest ona również świątynią, z 17 piętrami, na których są kolejne ołtarze z posągami Buddy. W głowie Buddyńki znajduje się 2-metrowa statua Buddy, więc często mówi się, że to Budda w Buddzie, albo Buddocepcja.



Ok, ale Pani Budda? Że mama Buddy? Czy żona? Buddowa, czy Buddonówna? A może Buddoniarka? Lady Budda, to Bogini Miłosierdzia. Słyszy ona każdy płacz i rozsyła ukojenie. Przedstawiana jest z dzbanem nektaru ukojenia w jednej ręce i witką wierzbową, której używa do skropienia wierzących tym nektarem. My się tam nie wybraliśmy, ale jeśli ktoś się tam kieruje, to lepiej bez słodkości i smakołyków, bo grasuje tam sporo małp, gotowych wyrwać z ręki przekąski i dorwać się do plecaków i toreb. Mieliśmy za to na nią piękny widok ponieważ stoi nad brzegiem morza więc jest widoczna z każdej odległości plaży. Obok niej znajduje się przystanek kolejowy więc można do niej dojechać pociągiem.
Urodzinowa
Mieszkając na 23. piętrze, można zobaczyć wiele przez okna. I jeśli popatrzy się w stronę miasta, dojrzeć można wielkie koło diabelskiego młyna. Dzieciaki za każdym razem chcą na taki wskoczyć (nie dziwota), ale tylko czasami na to się decydujemy (nazwijmy to warunkami ekonomiczno-czasowymi). Jednak w marcu wypadają urodziny Baltazara, więc plan spędzenia urodzin w wesołym miasteczku brzmi jak strzał w 10. I takim też był – centrum rozrywki o tej porze roku, jak i z resztą całe Da Nang, jest raczej opustoszałe. Obawialiśmy się, że oznaczać to będzie, że obiekt będzie zamknięty, ale nie – udały nam się na idealne warunki – prawie wszystko działa, a ludzi praktycznie nie ma. To co zazwyczaj jest koszmarem rodziców obawiających się zgubienia swoich pociech w tłumie tutaj było błogosławieństwem. Można było zatem podejść do każdej z atrakcji bez kolejki, nawet wielokrotnie (bo taki też bilet mieliśmy).




Jedynym ograniczeniem, na jaki natrafiliśmy, było ograniczenie wzrostowe. W zależności od atrakcji można było uczestniczyć dla dzieci albo samodzielnie, albo z towarzystwem dorosłego. Tak wypadło, że Baltazarowi brakowało 2-3 cm by być dopuszczonym do najbardziej ekstremalnych z kolejek i niestety nie szło przegadać obsługę. Co ciekawe w niektórych atrakcjach wymagane było posiadanie dwóch nóg, pełnej długości – to się nazywa dyskryminacja! W części wymagał towarzystwa dorosłego, więc jako ten z lepszą tolerancją na karuzelę, najczęściej to ja mu towarzyszyłem. Ale do części był dopuszczony samodzielnie, więc wtedy służyłem jako opiekun dla Aurory lub Makarego. Rzecz jasna ograniczenia wzrostowe powodowało wiele zawiedzonych min i wylanych łez przez tych najmniejszych (szczęśliwie Tamarę szło nam utrzymać na wózku), ale dostępność innych atrakcji pomagała załagodzić ból istnienia. Trzeba nam przyznać, że zarówno dzieci, jak i my bawiliśmy się bardzo dobrze. Przedostania atrakcja, czyli wspomniany diabelski młyn, przyprawił Niebieską o mały zawał serca (nie lubi wysokości), ale dzieci niewzruszone podziwiały widoki. Wieczór zamknął pobyt w Sali gier z konsolami, automatami i wielką salą z kolorowymi kulkami.
Urodziny pierwsza klasa.














MostoSmokoWąż
Co zrobić z dziećmi, gdy panuje niepogoda? Pójście na plażę odpada, placów zabaw nie ma (ale i tak by było zbyt mokro). Siedzieć w domu i oglądać telewizję? Nie z nami! My mamy tajemną broń – zbieranie skarbów. Tak, geocaching, o ile tylko są skrytki w okolicy, stanowi najlepsze rozwiązanie.

Wybraliśmy się zatem na spacer. Deszczu może nie było, ale wiatr zdecydowanie przekreślał plażowanie, więc ruszyliśmy w głąb lądu. Keszów może nie było ogromnych ilości, ale były w takich odległościach, że dziecięce nóżki mogły je dosięgnąć. Przez chwilę przedzieraliśmy się główną ulicą (do tej pory pamiętamy wietnamskie ciężarówki jeżdżącej na przyspieszeniu przez wietnamskie miasta – Niebieska ciągle tylko powtarzała, że to są „psychopaci”) aby potem odkryć bardzo urocze i zalesione tereny centrum.
Musieliśmy się przeprawić przez długaśną kładkę, następnie przeszliśmy deptakiem wzdłuż brzegu, gdzie po raz kolejny zawalczyliśmy ze zbyt wystawnymi wystawami, które bardzo mocno przyciągały uwagę i rączki naszych podopiecznych. Przedarliśmy się przez te pułapki i dotarliśmy do zakątka wystrojonego z okazji roku węża, zaraz obok głównej atrakcji programu – smoczego mostu.







To całkiem współczesna konstrukcja ze smoko-wężem po bokach. W piątki, soboty i niedziele wieczorami ten smok zieje ogniem i wodą! W inne wieczory po prostu ładnie świecą na różne kolorki.
Tak jak w Krakowie nie można przegapić zionięcia ogniem przez naszego rodzimego gada, to będąc w Da Nang należy się wybrać na świetlny pokaz smoka. My niestety przy całym swoim zaangażowaniu w tę sprawę pokaz przegapiliśmy.










Dodaj komentarz