Woda jest warunkiem istnienia życia. Dwa atomy wodoru połączone z atomem tlenu w rozstawie 120 stopni, występuje w przeróżnych stanach. Od zamarzniętej poniżej 0 stopni Celsjusza, po parę wodną uwalniającej się z wrzącej w 100 stopniach Celsjusza wody (albo 32 i 212 stopni Fahrenheita, dla ułatwienia) i to wszystko by ostatecznie spadać z krawędzi naszej płaskiej ziemi wprost na grzbiety słoni podtrzymujących ten dysk, stojących na grzbiecie wielkiego żółwia A’Tuina… (zaznaczmy, że to żart żeby Kopernik – kobieta – nie przewracała się w grobie). Ale my popatrzymy dzisiaj na wodę przez pryzmat jej wietnamskiego występowania. I nie będą to tylko łzy dzieci, którym odmówiliśmy ciasteczka. A to wszystko w samym środku obszaru historyczno-krajobrazowego Trang An (3. spośród 7 miejsc UNESCO, które było nam dane podziwiać w Wietnamie).

Hoa Lư – stare
Dobrze, przepraszam. Nie stare a ANTYCZNE1. W końcu, zapowiedziane we wcześniejszym wpisie Hoa Lư – to oryginalne – trafiło na nasz celownik. Jednak w pierwszej kolejności musimy zmierzyć się z klasycznym dylematem człowieka leżącego w ciepłym łóżeczku, gdy za oknem siąpi deszcz – czy warto wstać i zwiedzać? Rzecz jasna, w naszym przypadku jest to pytanie retoryczne – jesteśmy na miejscu, to nie ma przebacz – ruszamy! Zresztą w naszej kwaterze było dość wilgotno przez wszechobecne pola ryżowe, więc nie było AŻ tak przyjemnie.
Uzbrojeni w folie przeciwdeszczowe wkroczyliśmy do taksówki (takiej zabudowanej, nie tuk-tukiem, którymi to woziliśmy się w poprzednich krajach) i ruszyliśmy na miejsce.
Hoa Lư było stolicą Wietnamu (albo Đại Cồ Việt, jak to się wtedy zwało) w latach 968 – 1009 i za taką uznawano za rządów dwóch dynastii: Đinh założonej przez Đinh Tiên Hoànga oraz wczesnej Lê założonej przez Lê Đại Hànha. W 1010 roku założyciel dynastii Lý, następującej po dynastii Lê (co za oszczędność w nazwach) przeniósł stolicę do dzisiejszego Hanoi.



Dojechaliśmy na miejsce i ubraliśmy się w nasze nieprzemakalne worki (tutaj miała miejsce klasyczna dysputa o to kto jaki kolor wybierze). Tamara skazana była na nosidło i zdecydowanie nie spodobało jej się być zapakowaną ze mną w plastik – kiedyś nam się to udało, rękaw służył za kaptur – ale tym razem bunt był zbyt gwałtowny. Zakupiłem więc parasol od sprzedającej na parkingu kobiety (była mocno zawiedziona, że wziąłem tylko jeden) i tak uzbrojeni ruszyliśmy w stronę kompleksu.
Nim jednak dotarliśmy do pierwszego obiektu, minęliśmy stado kóz (nie tak majestatycznych jak ta z Mua Cave) a zaraz potem niewielką, azjatycką imprezę szkolną zorganizowaną na wielkim placu w kompleksie. Około 6-7 autobusów znudzonych dzieciaków trzeba było rozruszać, a na ten czas, najbardziej porywającą tłumy muzyką było ROSÉ & Bruno Mars – APT (https://www.youtube.com/watch?v=8Ebqe2DbzlS), albo jak to nasze dzieciaki śpiewają – Apaczy, apaczy (…) – co również porwało i nasze stworki. Nie jest to może idealna otoczka, by się zanurzyć w atmosferę wiekowej świątyni, ale jednocześnie się cieszyliśmy, że trafiliśmy na ten moment ich wycieczki, więc nie musieliśmy przedzierać się przez tłumy nastolatków.
To znaczy trafiliśmy na moment, gdy się zbierali na placu, więc w najbliższej świątyni było jeszcze ich sporo (mieli takie same czapeczki), więc zdecydowaliśmy się na pierwszy rzut złapać pobliskiego kesza.
Znajdował się on na szczycie małego wzgórza na terenie kompleksu, więc ruszyliśmy zaatakować 437 stopni prowadzących do małego ołtarza. Właśnie wchodząc do góry usłyszeliśmy pierwsze dźwięki rozgrywającej się poniżej imprezy.




Wchodząc Aurora po raz kolejny wykazała, że ma w sobie ducha kozicy górskiej (po mamusi), więc nie było problemu by się wspiąć na szczyt. Szybko też udało się znaleźć kesza i nawet obyło się bez wywrotki na śliskich kamieniach.
Zeszliśmy i tym razem odwiedziliśmy Świątynię Króla Đinh oraz króla Lê (zgaduję, że nazwa była inna za czasów ich panowania).
Szczerze mówiąc, świątynia nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, być może fakt odwiedzania majestatycznych punktów przez ostatnie pół roku mnie znieczulił, albo właśnie tłumy i stres próby upilnowania dzieciaków nie pozwolił mi wczuć się w klimat. Mimo to, fakt oglądania tysiącletniego kompleksu wdzierał się gdzieś do głowy i nadawał podniosłości tej świątyni. Dzieciom (klasycznie) najbardziej podobały się gigantyczne karpie koi w tamtejszym stawie.
Po wyjściu próbowaliśmy rozszyfrować mapę z zaznaczonymi obiektami, ale nawet teraz, patrząc na jej zdjęcie, nie jestem w stanie ulokować obiektów w przestrzeni. Dlatego ruszyliśmy do najbliższych budowli. Raczej przez nie przeszliśmy bez dłuższego zatrzymywania – zbliżała się pora jedzenia.
#TravelTip: Kompleks ma 150 hektarów, część obiektów jest od siebie oddalona o kilkanaście kilometrów i jeśli ktoś się tam wybiera, to może wypożyczyć sobie rowery do zwiedzania. Na miejscu jest sporo wypożyczalni.
My takiej opcji nie rozważaliśmy, bo mieliśmy jeszcze coś innego zaplanowanego (no i deszcz), dlatego nasza wycieczka po średniowiecznej stolicy skończyła się relatywnie szybko.
Zaszliśmy na obiad do restauracji zaraz obok parkingu przy kompleksowego i nie zawiedliśmy się w wyborze (w swoim menu mieli – a jakże by inaczej – koźlinę). Dość powiedzieć, że właścicielka była tak zaangażowana w obsługę tych nielicznych gości (czyli nas), że nawet przejęła śpiącą Tamarę, by rodzice mogli w spokoju zjeść ciepły posiłek. Zdziwienie na twarzy malutkiej po obudzeniu było widoczne (i słyszalne) z daleka.
Po obiedzie przyszła pora na kolejny punkt programu.
- żona mówi, że nie antyczne bo przecież to każdy historyk sztuki wie, że jest to czas kiedy średniowiecze rozgościło się już wygodnie na świecie. ↩︎







Głowy w dół!
Tego dnia nie braliśmy ze sobą wózka z prostego powodu – chcieliśmy się przepłynąć łódką. Ogólnie to wzbraniamy się przed wyruszaniem na wodę z dzieciakami na małe obiekty wodnego transportu – jest to środowisko wymagające absolutnie dyscypliny, a ryzyko jest bardzo wysokie. Ale chyba udało nam się już na tyle dobrze znaleźć rytm podróżniczy, bo zdecydowaliśmy się wybrać na wycieczkę wodną po Trang An. Znając też nasze dzieci całe życie, wiemy kiedy przypada czas na drzemkę Tamary i byliśmy pewni, że prześpi całą trasę – więc oczywiście nie zmrużyła ani oka.



Pod hasłem Trang An lokalni oferują wyprawę wodą pomiędzy formacjami skalnymi, które śmiało można nazwać górami, zaś pod tymi formacjami jest ponad 48 jaskiń (przez które można przepłynąć) i kilkadziesiąt wysepek z przeróżnymi świątyniami i interesującymi punktami.
Przyjeżdżając do punktu startowego, usta otwierają się z wrażenia nad ilością dostępnych łodzi – widać to przez jaskrawą masę pomarańczowych kapoków. I chociaż byliśmy „poza sezonem”, to mnogość ludzi świadczyła o popularności tej atrakcji. Szczęśliwie infrastruktura już jest przygotowana na taki ich nawał, więc zakup biletów i organizowanie łódki wygląda jak kupno biletu na autobus (i nie jest to walka jak w Tajlandii – Majestatyczni Trzej Bracia). Przechodzi się następnie tunelem pod ulicą i wychodzi do strefy portowej. Tam po przejściu przez bramki ktoś zagania ludzi w grupki i przypisuje do łodzi. Do jednej łodzi może wejść naraz maksymalnie 4 dorosłych (dzieci są liczone jak 0,5 człowieka).
Tutaj ciekawostka, bo podobnie jak w Kambodży (Dryfująca wioska), zarówno siłą napędową jak i sternikiem jest kobieta. I chociaż były dostępne wiosła, to pracę chętnych do pomocy dzieciaków raczej ograniczaliśmy – wiecie jak to jest, czasem taka pomoc tylko dokłada pracy…




Wyprawa trwała około 4 godzin, w trakcie której co jakiś czas przybijaliśmy do brzegu wysepki, na której zwiedzanie mieliśmy kilka-kilkanaście minut – sprytnie pomyślane, bo człowiek ma możliwość wyciągnięcia nóg, zaś pani Kapitan (kapitanka?) ma chwilę wytchnienia. Czasem czasu wystarczało tylko na zrobienie kilku zdjęć, czasem mogliśmy wyciągnąć prowiant (obrane pomelo, och jak tęsknimy!) i coś przekąsić. Co ważne – na trasie znajdują się toalety.
Najbardziej ekscytujące było przepływanie jaskiniami – każda miała oznaczenie długości, więc wiemy, że niektóre dochodziły prawie do kilometra! Rzecz jasna wśród dzieci najważniejszym był wyznacznik, kto więcej razy dotknie sufitu, dla nas z kolei było, by nikt przy tych próbach nie wpadł do wody. A bywały takie momenty, że wszyscy musieliśmy się niemal położyć, by nie oberwać w potylicę, a czasem pieczary przybierały rozmiary ogromnych hangarów.




Wykupując bilet można było wybrać sobie trasę – my wybraliśmy drugą najkrótszą, bo wiedzieliśmy, że Tamara w nosidle ma swoją datę przydatności do noszenia, więc gdy tylko były przerwy, to ją wypuszczaliśmy z okowów, ale trudno było ją zapakować ponownie.
#TravelTip: Wybierz trasę zawczasu robiąc research w Internecie. Na miejscu jest mapka która nie jest zbyt czytelna. Poza wypłowiałom tablicą brak jakichkolwiek oznaczeń różnic pomiędzy trasami czy angielskich objaśnień.

Jaskinie robiły wrażenie, a szczególnie fakt możliwości dotknięcia formacji skalnych. Ale po wypłynięciu z takiej jaskini bardziej zapadały w pamięć niesamowite widoki tych ogromnych, stromych wzgórz, spowitych w kołdrę mgły, która z jednej strony ograniczała widoczność, ale z drugiej strony dawała to wrażenie tajemniczości, dzikości i niekiedy grozy, a jednocześnie pokazywała, że nawet mając małą rozpiętość zakresu dynamicznego barw, natura potrafi tworzyć niesamowite obrazy.











Być może to był jednym z powodów, dla którego właśnie Trang An został wybrany jako miejsce nagrywania filmu „King-Kongu i wyspa czaszki”. W tym celu też na jednej z wysepek została zbudowana scenografia niby to dzikich plemion. Po kręceniu filmu ta scenografia została i stanowi jedną z atrakcji turystycznych. Myśmy jedynie obok przepłynęli, wszak zbliżanie się do dzikich plemion może być niebezpieczne, nie?
Mała pagoda na środku jeziora – jeden z najbardziej malowniczych widoków w Wietnamie został niestety wskazany palcem, mimo prośby (naszym łamanym angielsko-wietnamskim) nie opłynęliśmy tego obiektu (chociaż inne łódeczki to robiły) więc możemy potwierdzić, że wybór trasy robi różnicę.
Rejs robi ogromne wrażenie i nie jest zaskakujące, że przyciąga tylu turystów (przypominamy, że stolica jest jakieś 2 godziny drogi stąd). I jak widać, jest to wykonalne z czwórką małych dzieci i nawet podczas deszczu/mżawki/mgły/wody ściekającej ze stalaktytów).












Windą do nieba
Ostatnim obiektem, jaki odwiedziliśmy w Ninh Binh był kompleks Bai Dinh. To ogromny obszar, zajmujący ponad 700 ha – jeden z największych w Wietnamie – jest współczesną konstrukcją, ukończoną w 2010 roku, ale zbudowana wokół starszej świątyni. I mówimy, że jest to kompleks świątyni, bo tu chyba ktoś miał kompleksy i chciał by wszystko było jak największe. Mamy więc ponad 100 metrową stupę z 13 piętrami symbolizującymi 13 etapów do oświecenia (stupa, to taki budynek, który wygląda jak słup, jasne?). Do tego największy w Wietnamie dzwon z brązu – 5.5 m wysokości, 3.5 m średnicy, ważący 36 ton (gdyby kogoś interesowało, bo sprawdzaliśmy na życzenie dzieciaków – największy dzwon na świecie znaleźć można w Moskwie, zwany jest Dzwonem Cara – 6.14m wysoki, 6.6m średnicy – ale stojący na ziemi, więc raczej już nie zagra). Jakby tego było mało, mamy korytarze wiodące dookoła świątyni po prostokącie 40×60 m wypełnione ponad 500 rzeźbami Arhat – każda z unikalnym wyrazem twarzy i pozy symbolizującymi różne etapy i ścieżki do osiągnięcia oświecenia i do tego setki małych, złotych rzeźb buddy w gablotkach na ścianach. Dorzućmy jeszcze ogromnego buddę z brązu (ponad 100 ton) i kilka takich smaczków i mamy ogólny obraz całego tego przedsięwzięcia.

Wstęp do kompleksu jest darmowy, ale droga od parkingu do wejścia to ponad 2 km, więc za opłatą można skorzystać z przejazdu elektrycznym autkiem, które zawozi przed samo wejście. To już takie podsumowanie zakupu biletów natomiast samo w sobie jest to bardzo skomplikowane. Zanim w ogóle się człowiek dostanie do bram wejściowych trzeba wybrać którą z opcji biletowych się wybiera. Jest to na tyle frustrujące i niezrozumiałe, że zatrudniono tam specjalną angielskojęzyczną pracownicę aby objaśniała o co chodzi. Zakupiliśmy w końcu bilety trochę na chybił-trafił (prawie celnie jak się potem okazało), które objęły prawie wszystko co nas interesowało.
My wybraliśmy się do Bai Dinh tego samego dnia, co mieliśmy powrotny pociąg do Hanoi, więc wykoncypowaliśmy, że złapiemy sobie taksówkarza i wrzucimy mu do bagażnika nasz bagaż, on zaś po zwiedzaniu zawiezie nas na dworzec. Trochę ryzykowaliśmy, ale laptop mieliśmy w plecaku ze sobą, a stratę ubrań jakoś byśmy przeboleli. Alternatywą było noszenie ze sobą średniego bagażu pełnego brudnych tekstyliów lub zostawienia bagażu w hotelu i nadrabianiu dwukrotności trasy więc postanowiliśmy hazardować.
Dlatego też z elektrycznej podwózki na terenie kompleksu chętnie skorzystaliśmy i już teraz musimy ostrzec – wózki powrotne jeżdżą z wybranych miejsc, ale są też wózki, które wiozą turystów w inne, oddalone od głównego kompleksu budynki, więc trzeba dobrze się wczytać w mapę i poszukać przystanku startowego na drogę powrotną. Nas to złapało i trochę w pośpiechu musieliśmy gonić, by ze wszystkim się wyrobić.



Zwiedzanie postanowiliśmy poświęcić również poszukiwaniu skarbów. Tak, znów mówimy o geocachingu. I o ile klasyczne szukanie skarbów polega na znalezieniu fizycznej skrytki, czasem jest to tak zwany kesz wirtualny (inaczej zwany duch). Polega to na znalezieniu się w danym miejscu i zrobienie sobie zdjęcia z danym elementem, lub w danej lokalizacji. I o ile zazwyczaj ograniczamy się do jednoetapowych – tj. „idź w to miejsce i zrób sobie zdjęcie”, to tym razem pokusiliśmy się na taki, w którym trzeba było wykonać kilka zdjęć – między innymi ze złotymi buddami, z figurą żółwia przed starą świątynią i tak dalej – taka gra w podchody. Wielokrotnie to powtarzamy, ale szczerze polecamy wszystkim taką zabawę – jednocześnie jest to urozmaicenie spacerów, motywacja dla młodszych jak i możliwość doedukowania się. Zwłaszcza Baltazar zawsze wszystkich zachęca do dalszego marszu jeśli wie, że gdzieś będzie skrytka. Z ciekawostek – na miejscu znajduje się zaszczepka od najstarszego drzewa na świecie które znajduje się na Sri Lance.
Udało nam się odszukać wszystkie wymagane punkty i zdecydowanie na dzieciach największe wrażenie zrobił ten ogromny dzwon, chociaż najwięcej frajdy miały, gdy odwiedzaliśmy stupę (do której wstęp jest płatny). Wynikało to z faktu (radość), że wymagane było nałożenie na buty nakładek z materiału, więc automatycznie podłoga stała się lodowiskiem. Było to jednocześnie zabawne, jak i niebezpieczne, bo należało w tych nakładkach również wejść po schodach do windy – a schody były równie marmurowe jak i posadzka. Nie umniejszył to frajdy i chociaż z obiciami, ale przynajmniej bez złamań dotarliśmy na szczyt. I tak – dobrze wyczytaliście – tamtejsza stupa ma windę, jest najwyższym tego typu budynkiem na świecie i jednym z nielicznych, do których faktycznie można wejść (dziwne to było, to tak jakby wieża kościelna takową posiadała). Widok z góry zapewne zapierałby dech w piersiach, gdyby nie chmury i mgły wyścielające okolicę. Mówiliśmy o różnych stanach skupienia wody? To dorzucimy jeszcze co jakiś czas siąpiący z nieba deszczyk.











Powrót, jak wspominaliśmy, był niejako wyścigiem z czasem – z kierowcą taksówki umówiliśmy się na „za 3 godziny”, więc by zdążyć na czas musieliśmy przemknąć przez korytarze pełne statui. Dzieci chętnie zbiegały ze schodów, ale mokrość posadzki od deszczu i butów powodowała, że musieliśmy jednak studzić ich wyścigowe zamiary. Makary zrobił sobie krzywdę już na końcu tej drogi, bo wyjście z tego korytarza odbywało się przez otwór okienny (ktoś czegoś tutaj nie przemyślał przy projektowaniu) – młody zahaczył o wystający gwóźdź. Ku naszemu zdziwieniu, płacz szybko ustał, ponieważ dzieciaki dostały łakocie pocieszenia od przechodzącej Wietnamskiej pani. Azjaci mają w swoich zasobach osobną kieszeń ze smakołykami, i chociaż nie jest to jak w Chinach Kiełbaska Pocieszenia, to cukierki też robią robotę.
Ledwie udało nam się wyjść z kompleksu bowiem na wyjściu czekają obrotowe bramki które otworzyć można poprzez okazanie biletu a te dawno oddaliśmy dzieciom. Jakimś tylko szczęśliwym trafem okazało się, że dzieci te bilety zachowały do przyszłej zabawy (chociaż niektóre już były w kawałkach).





Udało nam się złapać elektryczny wózek, który dowiózł nas na parking, a ta miejscu okazało się, że naszego kierowcy nie ma…
I nie omieszkał nam wcześniej wspomnieć, że złapał kurs i kogoś woził, więc przyjedzie po nas trochę później. Dopiero sami musieliśmy do niego ciągle dzwonić i przypominać o sobie ze zwiększającą się częstotliwością. Najwyraźniej umawianie się na konkretną godzinę jest tutaj traktowane z przymrużeniem oka, ale nam to bardzo nie pasowało. Gdyby nie zakładnik w postaci naszego bagażu, złapalibyśmy innego przewoźnika, ale sami się postawiliśmy w takiej sytuacji i z mocno niezadowolonymi minami (i pustymi brzuchami) przyszło nam czekać na niego blisko godzinę. Szczęście z nieszczęściu mieliśmy jeszcze dwie godziny do odjazdu pociągu bo – nauczeni doświadczeniem rodzicielskim – daliśmy sobie ekstra czas na dotarcie do dworca.
Gdy w końcu przyjechał na miejsce, naszego bagażu nie było w samochodzie! Zostawił go u swoich rodziców i mieliśmy go zgarnąć po drodze. Czy wspominaliśmy, że byliśmy już mocno niezadowoleni? O napiwku można było już zapomnieć.
Chyba zrobiło się mu głupio, bo sporo się naprzepraszał i faktycznie przycisnął by dojechać na dworzec o czasie. Zaliczył nawet małą stłuczkę ze skuterem czekając na światłach, ale tylko machnął ręką na zadrapanie na masce i ruszył dalej, byleby nas dowieźć na czas.
Dotarliśmy około 50 min przed odjazdem pociągu, więc na wystawny i wyszukany obiad nie było już mowy – zdecydowaliśmy się wziąć sobie zupę Phở (mniam, tęsknimy!), bo jest to szybkie i pożywne danie, które wszyscy zjedzą. Mieliśmy około 15 min na skonsumowanie zupy, by jeszcze zdążyć na pociąg, więc szybko napełniliśmy sobie brzuszki pysznym wywarem i ruszyliśmy na pociąg powrotny do Hanoi.
Koniec citybreaku od citybreaku!
#TravelTrip – Jest co robić w Ninh Bing i – o ile pogoda dopisze, to spokojnie można tam spędzić i tydzień. My daliśmy sobie na to 3 dni ale to już wystarczy by zobaczyć co najciekawsze.








Dodaj komentarz