To jest wpis, gdy sejsmografy należy wyłączyć, lub przynajmniej zignorować. To właśnie tutaj będziemy wspominać o jedzeniu, więc burczenie w brzuchu może naruszać fundamenty niektórych budynków. Podobnie jak z zakupami – zalecamy nie ruszać dalej z pustym brzuchem.
A jedziemy autobusem!

Wietnamski autobus po ulicach hanoiskiego miasta mknie
Ruch uliczny w Azji charakteryzuje się odpowiednią dozą chaosu. Zasadniczo to można stopniować entropię w zależności od kraju, zaś Wietnam ma ten wskaźnik na wysokim poziomie.
Gdy więc przyszło nam przemieszczać się na odległości większe niż 3 km, zaczęliśmy rozważać komunikację publiczną. W Hanoi metro niestety nie jest zbyt rozbudowane – przegrywa z Warszawą o pół linii, zatem musieliśmy się zdecydować na inne formy transportu. Zaskakująco nie uświadczysz tu tuk-tuków, pozostało nam więc skorzystać z jeżdżących tam autobusów.

W przypadku miasta, gdzie więcej jest skuterów niż aut, regularność nie jest słowem mogącym je charakteryzować. Dlatego rozkłady jazdy autobusów w Hanoi zawierają informację o częstotliwości przejazdu, nie zaś o konkretnych godzinach. Zatem jedna linia może kursować co 10 minut, inna co 30 minut, zaś inna co godzinę. I chociaż jest to trochę bardziej problematyczne przy planowaniu podróży, to jest to wykonalne. A przynajmniej by było, gdyby kursujące co 20 minut autobusy nie przyjeżdżały po 40 minutach w ilości trzy – w tym samym momencie. Jak się domyślacie – mówimy to z doświadczenia.
Nie zmienia to faktu, że autobusy były wciąż jedyną, najsensowniejszą opcją (stosunek kosztów i zysku czasowego nie stawiał taksówek w spektrum usprawiedliwionego wydatku).
Do autobusu wchodzi się jednym (środkowo-przednim), zaś wychodzi drugim (tylnym) wejściem. No chyba, że ma się ze sobą wózek – wtedy rytm zostaje zaburzony i grupa białych Europejczyków nagle próbuje przebić się przez napierającą masę zdezorientowanych Wietnamczyków. Co zdarzało nam się stosunkowo często. Ale niejednokrotnie mieliśmy za pomoc autobusowego konduktora (?) – to taka osoba, zazwyczaj wyglądającą na dorabiającego studenta (koniecznie w klapkach) – której zadaniem jest zebranie pieniędzy za przejazd i wydanie biletów. Cena biletów jest zależna od nie-wiadomo-czego, ale bardziej enigmatyczne są zasady przyznawanie ulg dziecięcych – zdarzały nam się kursy, gdy nie płaciliśmy za żadne dziecko, ale były i takie, że miałem wrażenie, że płacę od koła wózka. Suma summarum było to około 7 – 10 tysięcy VND od osoby za kurs (niezależnie od długości).



Nim jednak zapłacimy za bilet należy do takiego pojazdu wejść. Oczywiście o niskopodłogowych pojazdach można zapomnieć, trzeba forsować strome schodki. A są czasem i z tym kłopoty – a to autobus ma zbyt wąskie wejście i trzeba ściągać koła z wózka, a to kierowcy nie chce się czekać aż cała nasza szóstka się wgramoli, więc zacznie ruszać. A o podjeżdżaniu blisko krawężnika, by móc w miarę komfortowo wprowadzić wózek nie ma mowy – chyba już wspominaliśmy, że nie ma tu zbyt dużo dziecięcych powozów?
Ale trzeba też zaznaczyć, że pomimo absolutnego braku dostosowania dla najmłodszych, to cały inwentarz pasażerski był pod nich dostosowany. Innymi słowy, gdy weszliśmy do zatłoczonego autobusu to Wietnamczycy od razu ustępowali miejsca dzieciom (nawet starsze panie), a jeśli tak się nie stało od razu, to konduktor poganiał maruderów by szybciej udostępnili siedzenie. Raz nawet Baltazar dostał miejsce przy kierowcy – to, które zazwyczaj zajmuje konduktor i radośnie komentował jazdę.




Na koniec wisienka – przejazd niektórymi z tych Rydwanów Ognia przypominał sceny z Mad Maxa – tylko tutaj narzędziem robiącym przestrzeń do przejazdu przed autobusem był niemalże okrętowy klakson, nie zaś chałupniczo dosztukowany Pług Na Zbyt Wolne Pojazdy (chociaż wcale by mnie taki widok nie zdziwił). Szczególnie zapadł w pamięć nam ten wspomniany wcześniej spóźniony autobus (jeden z trzech), który gonił w stronę stacji kolejowej – jego klakson grozy podnosił włosy na głowach nie tylko mijanym uczestnikom ruchu drogowego, lecz również jego pasażerom. Słychać było te autobusy z odległości co najmniej dwóch przecznic, ot taki wczesny system ostrzegania. Przez chwilę miałem wrażenie, jakoby kierowca był tylko marionetką, zaś autobus – całkiem autonomicznie i po części demonicznie – samotrzeć bawił się w drogowego Mojżesza. Na koniec, potwór ten chciał pobrać opłatę w postaci dziecka – padło na Makarego – ale udało nam się – niczym w kiepskiej powieści – w ostatniej sekundzie wyciągnąć go przed żarłocznymi drzwiami dwuskrzydłowymi (wietnamscy pasażerowie zaczęli już exodus podczas procesu zatrzymywania – drzwi w tym momencie już były otwarte, więc z kinowym przewrotem starsze panie z torbami pełnymi zakupów wyskakiwały jedna po drugiej. Ot takie codzienne ćwiczenia na refleks).


Phosmakuje Ci ta zupa!
Spacerując ulicami Hanoi nie sposób nie zwrócić uwagi na rozstawione na chodnikach „ogródki” restauracyjne. Czasem są to niewielkie stanowiska – w sensie rozmiarowym i przestrzennym – składające się z malutkiego stoliczka i kilku plastikowych taboretów (które z litości nie nazwiemy podnóżkami). Czasem są to rozbudowane, mogące pomieścić kilkadziesiąt osób, układy składające się z… małych stolików i malutkich krzeseł! Typowy europejski turysta, przyzwyczajony do pełnowymiarowych mebli ogrodowych (ogródkowych?) przeżywa tutaj ciężki szok siedzeniowy. Ale tak tutaj się stołuje – bo są to stanowiska przyrestauracyjne – chociaż uczciwej by można to było nazwać po prostu jadłodajniami.





Ale co za jadło one dają! Pho, pho i jeszcze raz pho! Wspominaliśmy w międzyczasie, że do Hanoi trafiliśmy, gdy temperatury były „średnie”, zaś nieboskłon siąpił raz po raz, niczym nos uparcie nieprzyznającego się do przeziębienia mężczyzny. Innymi słowy bywało chłodno. A co jest najlepsze na zziębnięte kości? Ciepły rosołek! I oto jesteśmy – Niebieska się trochę przeziębiła i potrzebowała odleżeć, zatem niczym wiejski szeptun (męski odpowiednik słowiańskiej szeptuchy) i aspirujący do miana lokalnego czarownika-zielarza, dostarczałem na śniadania, obiady i niekiedy kolacje (chociaż tutaj przodowały lokalne pieczywa – patrz: Trochę Francji, Trochę Ameryki) zupę Pho. I tu musimy zrobić pauzę i głęboko zanurzyć się (tzn. pałeczki bo to nimi się je zupę) w ten boski wywar.
Przychodząc do przybytku serwującego Pho, za kontuarem można zobaczyć kilka rzeczy – górę makaronu, górę mięsa i wielki kocioł (no dobra wielki gar, ale kocioł brzmi bardziej poetycko) wrzącego wywaru. Zamawiając porcję, jesteśmy światkami symfonii przyrządzania tego dania. Zaczyna się od mocnej nuty, gdy to sprzedająca oddziela porcję makaronu i wrzuca go do specjalnego sitka-chochli, która od razu idzie do gotującego się wywaru – tak w niektórych miejscach makaron przyrządza się w tym samym płynie, co końcowa zupa. Doprowadzenie makaronu (albo nudli – wszak jesteśmy w Azji) zajmuje kilka sekund. W międzyczasie precyzyjnie odmierzona garść mięsa przez powtarzającą tę czynność od kilkudziesięciu lat dłoń, ląduje w tym samym wywarze. Tam – po kilkunastu sekundach – zostaje wyławiane pałeczkami (ponieważ są to cienko pocięte płaty wołowiny) i wrzucone do misy. W tej samej misie ląduje wspomniany wcześniej makaron (Nudle! Nudle!) a także potężna chochla wywaru.



Doprawiamy podług własnych upodobań – do dyspozycji dostajemy pierścienie ostrej papryczki, 1/16 limonki (czyli ósemka połówki, dla tych mniej matematycznych), kilka plasterków czosnku w zalewie octowej, kolendrę oraz cały półmisek ziół. Te ostatnie zasługują na szczególną uwagę, ponieważ można pośród nich znaleźć pokrzywy – szczególnie takie o fioletowych listkach – których posmak nie można zignorować. Na deser (chociaż wcale nie słodki) do dyspozycji mamy coś w rodzaju paluszków o przekroju gwiazdki z lekkiej masy smażonej na głębokim oleju – dodatek nie zmieniający smaku, ale dodający tekstury. Niebieska nie szczególnie za tym przepadała, ale wciąż jest to istotny aspekt takiego dania.
Zatem codziennie rano ruszałem na polowanie z Tamarą w nosidle. Chyba dosyć szybko staliśmy się stałymi bywalcami w jednym przybytku, ponieważ w pewnym momencie wystarczyło bym podniósł palec i dostawałem „to co zawsze” zapakowane na wynos. Wietnam, co prawda zupą stoi ale zdarzyło nam się go kiedyś nie dostać, bo się zwyczajnie skończyła. By móc go znieść na śniadanie (a gotowanie zajmuje kilkanaście godzin) gotowanie zaczyna się pod wieczór dnia poprzedniego, potem z rana zabierają się za gotowanie na popołudniową/wieczorną partię.
Pho jest na tyle powszechne i obecne w życiu Wietnamczyków, że do kupienia są specjalne termosiki, idealnej objętości jednej miski pho, w którą wyposażają się ludzie spieszący do pracy, kierowcy, kurierzy, sprzedawcy, a nawet pracownicy biurowi.
My z kolei od Chin wozimy zawsze ze sobą zestaw sztućców, ze szczególnym naciskiem na obecność widelców. Zawartość miski wyjada się pałeczkami, zaś płyn ze smakiem wysiorbuje – niestety obsługa pałeczek jeszcze przysparzała zbyt wielkich problemów małoletnim, więc widelce wchodziły na pierwszy plan (oraz nożyczki, by skrócić nudle do długości niezlatującej z niechwytnych sztućców).





Czy wspominaliśmy, że zupa Pho Bo (dodatek „Bo” oznacza wołowinę, trochę mniej popularne jest Pho Ga – czyli bulion z kurczakiem) stała się również głównym posiłkiem Tamary? Cierpiała ona na niedostatek dań, na które miała ochotę (najwybredniejsze ze wszystkich dzieci – nie ma co do tego wątpliwości) – i to właśnie nudle wraz z zupą Pho stały się jej ulubionym posiłkiem – reagowała niemalże tanecznie na widok dostarczanych dóbr każdego poranka. Jej rodzeństwo było zadowolone z płatków kukurydzianych, ale dla niej nie było śniadania bez zupki.
A zupka ta przegrała w przebiegach w „międzynarodowym zestawieniu najlepszych zup na bazie bulionu mięsnego” z naszym klasycznym rosołkiem. I chociaż kochamy nasz rosołek, to w tamtym momencie nie byliśmy pewni słuszności końcowego wyniku.





Ściana murali
Ciekawych miejsc w Hanoi nie brakuje. A jeśli nie są one na zestawieniach „10 miejsc, które musisz odwiedzić będąc w Hanoi”, to znajdziemy je za pomocą geocachingu lub po prostu spacerując.

Jeden z keszy był sprytnie ukryty w ścianie, na której został zamontowany (namalowany? Wyrzeźbiony?) relief przedstawiający tradycję tańczącego smoka – pochodu ze muzyką, tańcami, latarniami i smoczych konstrukcjach – ale z uczestnikami przywdziewającymi ubrania wskazującymi na produkcję przez współczesne marki odzieżowe. Zgodnie z opisem autora jest to odzwierciedlenie przenikania przeszłości ze współczesnością, gdzie ciepła strawa i dach nad głową nie są szczytem marzeń i możliwości, zaś dostęp do dóbr luksusowych jest zdecydowanie bardziej powszechny. Dla mnie, jak na to dzieło patrzę, to nie w sposób nie pomyśleć o „chińskich podróbkach”, aczkolwiek jesteśmy w Wietnamie, więc spuśćmy na to zasłonę milczenia.
Murale umieszczone są na ścianie konstrukcji na której znajdują się tory (wiodące z Train Street opisane w Pociąg do kawusi) przy ulicy P. Phùng Hưng. W naszej galerii znajdziecie jedynie kilka zdjęć różnych dzieł, ale jest tego całkiem spora ilość. Oprócz malunków znaleźć można kilka instalacji, w tym – zdecydowany faworyt dzieciaków – pomalowany na złoto motocykl, a także makiety kobiet z charakterystycznym stożkowatym nakryciem głowy oraz towarem na đòn gánh (to narzędzie do transportu towaru wyglądający jak waga szalkowa). Widok takich kobiet jest powszechny w Wietnamie, w Hanoi również, więc widok takiej makiety i zaraz prawdziwej kobiety zmierzajcej na targ z takim zestawem zakrawa o pewnego rodzaju surrealizm.
Z takich zapadających w pamięć, były jeszcze miniaturowe malunki postaci na poszczególnych kamieniach wspomnianej konstrukcji.
Warto się tam wybrać i warto zatrzymać. A, i jest tam mnóstwo miejsc gdzie można zakupić Pho (a my znowu o jedzeniu!).











Turkusowe pojazdy
Jeśli ktoś powie, by nie myśleć o różowych słoniach, pierwsze co sobie wyobrazimy, to właśnie różowe słonie, o których nie sposób zapomnieć. Gdy zatem zwróciliśmy uwagę na turkusowy autobus – okazało się, że tych turkusowych pojazdów jest więcej. Jest to zdecydowanie najpopularniejszy kolor samochodów w stolicy. Kiedy w jednej linii wzroku trafiliśmy na autobus, auto i skuter, uznaliśmy, że matrix tutaj działa na mniejszych rozdzielczościach. Nie udało się nam niestety dowiedzieć skąd wynika taka zależność. Może komuś w fabryce ktoś pomylił zero i zamiast 50 sztuk wyprodukowany ich 50 000?



Skoro już mówimy o ruchu ulicznym, to z perspektywy pieszego jest… mniej ciekawie. W naszych dotychczasowych wojażach Wietnam poziom chaotyczności określić możemy 3/5 zaś pozycję pieszego na 2/5 – pieszy ustępuje wszystkim. Nie ma przebacz – trzeba przechodzić, pieszy zaś stanowi obiekt do objechania. Jak to teściowa wspomina ruch ulicy w Wietnamie, to zawsze opowiada, że tam to się „przenika” i zdecydowanie tak to wygląda. Rzecz jasna wózek działa nieco hamująco, ale człowiek tak średnio chce ryzykować życiem swojej, wychowywanej w pocie czoła pociechy, by udowodnić swoją rację. Było to zatem doświadczenie stresujące i w dużej mierze polegaliśmy na obecności świateł drogowych.

Sytuacja taka podnosiła poziom stresu podczas spacerów, ale zdecydowanie nie odbierała przyjemności płynącej z przechadzek po Hanoi. Chociaż Niebieska ciągle podkreślała, że nie jest to normalne jak oni jeżdżą, a z czasem zaczęła używać słowa „psychopaci”. Poprzednio odwiedzone kraje nas niby przygotowały do alternatywny pierwszeństwa ruchu drogowego, więc szok nie był aż taki duży. Ale widać, że i sami kierowcy mają problem z kulturą jazdy i wpuszczaniem siebie „na zasuwkę”. Dość dodać, że tylko w Wietnamie (spośród całej Azji Południowo-Wschodniej) zdarzyło nam się widzieć wypadki drogowe (3 wypadki, w których uczestniczyły skutery i samochody).
Wspominaliśmy we wpisie (Trochę Francji, trochę Ameryki) jakie niesamowite wrażenie robią hanoiskie kamienice – ich różnorodność, a jednocześnie spójność z całym konceptem. Ale warto wspomnieć o tym, że jest to miasto zielone. Uliczki mają drzewa wzdłuż chodników, parki są również bardzo zielone – z dużą ilością zakamarków, gdzie można na przykład trenować koguty do walki ze sobą (mamy zdjęcia! Mamy zdjęcia!), placyków do grupowych ćwiczeń i tańców, czy choćby sobie poleżeć na kocyku.














Dodaj komentarz