Trzeci wpis z Wietnamu, a słowo „świątynia” nie pojawiła się ani razu? Toż to oburzające! Świętokradztwo! Bezbożnictwo? Pustoreligie!
By nie trwać w tym niebożym stanie, wpis poświęcimy świątyniom i religiom. Ale nie będzie nudno, bo mamy też garść wskazówek jak dobrze żyć!

Mononoga?
Gdy ruszyliśmy na opisywane zwiedzanie, trafiliśmy na dziecięcy nastrój sceptyczny – niechęć do ruszenia się z mieszkania przeważała nad chęcią przygody. Ale gdy zareklamowaliśmy wyjście jako wypad do świątyni wyglądającej jak domek wiedźmy, dzieci zgodnie stwierdziły, że oferta brzmi na tyle atrakcyjnie, że warto jednak się ruszyć z miejsca.
Jak się okazało aby móc zwiedzać sanktuarium należy przejść przez bramki bezpieczeństwa i sprawdzanie bagażu. Serca nam zadrżały czy czasem nie zarekwirują nam ponownie dziecięcych pisaków (jak w Zakazanym Mieście w Pekinie) ale na szczęście tutejsza ochrona szukała chyba jakiś bardziej niebezpiecznych przedmiotów.




Chùa Một Cột, tłumaczy się na „pagoda rozprzestrzeniającego się szczęścia”, znana jest również jako jednopilarowa pagoda (pilar to taki filar tylko przez „p”). Jest to znacznie mniej chwytna nazwa, niż nadana przez nas, a wspomniana w tytule.
Lý Thái Tông, tamtejszy władca, kazał wybudować ten przybytek w podzięce za syna. Przyśnił mu się bowiem sen, w którym Bodhisattva Avalokiteśvara wręcza mu syna w kwiecie lotosu. Władca wziął sobie za żonę wieśniaczkę, która wkrótce dała mu syna. Dlatego też pagoda stanęła po środku stawu pełnego kwiatu lotosu.
Dotarliśmy na miejsce i zgodnie stwierdziliśmy, że jest bardzo malownicza – zarówno przybytek, jak i ogród w którym się znajduje. Trafiliśmy w dobre okno czasowe – pomiędzy jedną wycieczką, a drugą. Mogliśmy zatem pozwiedzać spokojnie, bez bycia pokazywanymi palcami ze słowem „syyga”, tj. czwórka – że dzieci – po chińsku (wycieczki Chińczyków są wszędzie i zawsze).





Mononoga sprawia wrażenie dobrze wpasowanej w otoczenie, zdecydowanie nie sprawia wyobrażenia domku pośrodku lasu, zamieszkałą przez pokrytą brodawkami, przerażającą kobietę o podnoszących-włosy-na-karku śmiechu z zestawem urządzeń sprzątająco-latających i nietuzinkowych zamiłowaniach kulinarnych (ale dlaczego właśnie dzieci?). Raczej wygląda jak dom trochę oderwanego od rzeczywistości mnicha, który mimo nietuzinkowej osobowości ma sporo mądrego do powiedzenia.
I chyba faktycznie tak musiało być, bo ktoś zostawił kilka malowideł reprezentujących działanie karmy i karmicznych zachowań.
Tutaj się na chwilę zatrzymamy i Wam to polecamy, ponieważ warto sobie dobrze przeglądnąć te plansze. Zamieścimy wersje z automatycznym tłumaczeniem na język polski, a także oryginalną – wietnamską i angielską.
Nasz wybór możecie podziwiać poniżej. Czy ktoś może potwierdzić faktyczną relację czyn-skutek? Dziękujemy bardzo.


Co ciekawe, mimo bardzo dobrej widoczności tych instrukcji, które wisiały praktycznie zaraz obok stanowiska z pamiątkami do kupienia, to obsługująca tam pani nie poświęciła chwili by je przestudiować. Wnioskuję to po fakcie, że zareagowała agresywnie na nasze dzieci, które nie mogąc się oprzeć zaczęły buszować przy rozstawionych zabawkach. Rzecz jasna mogła się obawiać o uszkodzenie mienia, ale wraz z podniesieniem głosu straciła potencjalnego klienta – ot taka karma ekspresowa. Podobna sytuacja zdarzyła nam się kilkakrotnie, spośród poznanych nacji Wietnamczycy niestety wypadli najmniej korzystnie, przynajmniej jeśli chodzi o słynne „azjaci kochają dzieci” (z dopiskiem, że rzecz jasna mieliśmy też miłe doświadczenia – panie sprzedające warzywa niedaleko naszego mieszkania zawsze się rozczulały nad dzieciakami).



Cytrusowy aromat świątyń
Đền Quán Thánh, to świątynia położna nad jeziorem Ho Tay, której zadaniem było chronienie miasta od strony północnej. Zasadniczo to nie świątynia miała chronić miasto, ale Xuan Wu, jeden z ważniejszych ziomków w Teoizmie. Jego podobizna wykonana z brązu (druga największa statua z brązu w Wietnamie) podarowana w 1677 roku przez artystów z pobliskiej wioski, urzęduje w świątyni do tej pory. Nazwę można tłumaczyć jako Miejsce/Sklep/Restaurację Bogów. Zważywszy na to, co tam znaleźliśmy, nazwa faktycznie może mieć usprawiedliwienie.



Wybraliśmy się tam zaraz po świątyni Mononogiej – znajdują się w odległości spacerowej od siebie, aczkolwiek położenie samej świątyni jest niezbyt przyjemne – jest przy skrzyżowaniu dosyć ruchliwych dróg.
Po przejściu przez całkiem okazałą bramę, trafiliśmy na mały plac przyświątynny, gdzie można było się zanurzyć w taoiskich (tak się to odmienia?) rozmyślaniach nad życiem, śmiercią i pomelami. To ostatnie wynikało z faktu, że było tam kilka doniczek z drzewkami obciążonymi przerośniętymi pomarańczami (tudzież innymi cytrusami). Patrząc na te biedne gałązki w głowie pojawiło się porównanie do kobiet z piersiami, które są rozmiarów arbuzowatych, gdzie człowiek myśli prędzej o bolącym kręgosłupie, aniżeli o wizualnych uciechach.


Dzieci rozbiegły się po terenie (absolutny miały w nosie świątynny rys historyczny) i szybko znalazły sobie zajęcie, po raz kolejny udowadniając, że wcale nie potrzeba nadmiaru zabawek – najwyraźniej wystarczą grudki ziemi, patyki i kamyczki, by stworzyć całą narrację zajmującą trójkę rodzeństwa przez dłuższy czas. Nam, w przypadku takiego braku zainteresowania, zostaje podział na dwie monogrupy: ogarniacza dzieci i świątyniozwiedzacza. Wietnamskie świątynie miejskie są raczej formatu kieszonkowego, więc nasze stworki nie mają na szczęście wystarczająco dużo czasu by narobić bałaganu.
Do tej pory buddyjskie sanktuaria jednoznacznie kojarzyły nam się z kadzidłami. Zwłaszcza Chińczycy kopcą na potęgę (można by pomyśleć, że chcą puścić świątynie z dymem) ale Hanoi zaskoczyło nas pięknym zapachem cytrusów. Drzewka pomelowe są oczywiście głównym czynnikiem aromatyzującym ale poza tym w darach składane są limonki, pomarańcze, grejpfruty, mandarynki i (dużo rzadziej) cytryny. Nam się w głowie od razu pojawiło pytanie – no i co się z tym dzieje jak zaczyna gnić? A może jednak buddyjscy mnisi podjadają sobie owoce w przerwach pomiędzy wysłuchiwaniem modłów? Faktem jest, że owocowe sterty zawsze były pierwszej świeżości. Zakładam, że po kilku dniach limonki kończą w zupie ale co z resztą?





Jeśli jesteśmy przy puszczaniu z dymem, to Wietnamczycy rozwinęli małą formę architektury sakralnej. Zamiast kadzić we wnętrzach, swoje spisane na papierach prośby spalają w wolnostojącym kominku na tyłach świątyń – ot taki trochę płomień olimpijski – gorzeje nieprzerwanie zasilany pragnieniami buddystów.
Dla tych, którzy mogą zgodnie z prawem głosować i pić alkohol (sugerujemy w tej kolejności), ciekawsze było jednak wnętrze. Początkowo naszą uwagę przyciągnęła architektura i zdobienia świątyni i zdecydowanie warto się zanurzyć w eksploracje kunsztu artystów świątynnych. Jednak szybko poświęciliśmy się analizy darów, które w lokalnej kulturze składa się przed obliczem tworów niebieskich (lub obliczami w przypadku niektórych). Nie jest to pierwszy raz, jak widzieliśmy jedzenie, prezenty, nawet gotówkę składane na ołtarzu, ale po praz pierwszy zobaczyliśmy… alkohol. Tak, całe małe piramidy uformowane z puszek piwa, małpek i połówek czegoś mocniejszego, ale dopiero gdy zobaczyliśmy ŻOŁĄDKOWĄ GORZKĄ pośród darów, utwierdziliśmy się w twierdzeniu, że należy oczekiwać nieoczekiwanego, a także Polaków za granicą. Nie udało nam się dojść do źródeł wyboru tegoż trunku, ale smak musiał zrobić odpowiednie wrażenie na jakimś przypadkowym Wietnamczyku, który zdecydował się złożyć na ołtarzu tak egzotyczny trunek.





I tak, po raz kolejny, możemy powiedzieć z dumą (i zdumieniem), że nasi tu byli.
Đình Ngọc Hà
Jak zmotywować grupę dzieci lat poniżej 7, by przeszły kolejny kilometr? Albo dwa? Albo trzy? Wydaje nam się, że wykorzystaliśmy już wszystkie sztuczki w podręczniku, jednak oczywistym jest, że każdy ma swoje sposoby. I naszymi motywatorami najczęściej są place zabaw i geocaching. O tej drugiej pozycji już wspominaliśmy wielokrotnie, ale dla nowych czytelników szybkie tłumaczenie – to takie poszukiwanie skarbów z wykorzystaniem GPS, które pomaga odkryć ciekawe miejsca, a do tego dostarcza tego dreszczyku emocji ze znalezienia skrytki. I po raz kolejny mieliśmy potwierdzenie tych założeń, gdy trafiliśmy do świątyni Đình Ngọc Hà.

Jeśli ktoś spróbuje poszukać na ten temat informacji, to znajdzie zaledwie zdanie po angielsku na Wikipedii, a wyszukiwarka obrazów z Googla kończy się na 7 zdjęciach.
Trafiliśmy zatem na ukryty skarb – małą świątynię (a zasadniczo bliżej to był do świątynnego ogrodu), ukrytą pomiędzy budynkami mieszkalnymi, zdecydowanie nie na ścieżce typowego turysty-spacerowicza.
Teren z miejsca skradł nasze serca – położenie na uboczu otoczone wodą, zbiornik wodny na tyłach świątyń, motywy rzeźbione w kamieniu, czy nawet figury słoni skierowane ku sobie sprawiły, że się tu zatrzymaliśmy na dłużej.












Patrząc na fotografie, to miejsce nie wyróżnia się specjalnie – jest dużo więcej bardziej okazałych miejsc na mapie Hanoi, ale właśnie ta intymność, fakt, że to jest odwiedzane tylko przez okolicznych mieszkańców (plac przed świątynią pełni rolę podwórka dla rodzin z dziećmi), lokalizacja – wciśnięcie się pomiędzy budynki mieszkalne – trąciły jakąś strunę w naszej duszy i pozwoliły nam musnąć boskości.
A i był sprytnie ukryty kesz, więc radość po wielokroć.
PS. Obiecany plac zabaw okazał się dwoma kamiennymi zjeżdżalniami, w całkiem fajnym i ładnym parku. A dzieciom i to wystarczyło… Jak niewiele potrzeba…







































Dodaj komentarz