Nie jest to coś, na co się uskarżaliśmy wcześniej. Chiny, Tajlandia, Signapur, Laos, Kambodża – kraje pełne niesamowitości kulinarnych (niekoniecznie smacznych dla naszych delikatnych kubków smakowych), ale dla kogoś przyzwyczajonego do boskiego wywaru włoskiego, czyli małej czarnej – są to miejsca bez perspektyw. Rzecz jasna dało się znaleźć kawiarnie z prawdziwego zdarzenia, wszak gdzie popyt, tam i podaż, aczkolwiek kto by poświęcał czas na szukanie dobrej kawy przed dobrą kawą? Był taki odcinek kreskówki Dexter, gdzie rodzice przypominali zombie, zanim nie napili się porannej kawusi – nie twierdzę, że z nami jest tak samo, ale jej brak wyszedł na jaw, gdy w końcu trafiliśmy na miejsce, gdzie dobra kawa jest powszechna.

No ale gdzie właściwie jesteście?
Hanoi, albo po wietnamsku Hà Nội jest stolicą Wietnamu, a także miastem wydzielonym (ktoś się zastanawiav, co to może oznaczać? To taka samodzielna jednostka admiracyjna, odrębna od jednostki administracyjnej, które je otacza – ot takie uproszczone Wolne Miasto Gdańsk). A do tego jest drugim najliczniejszym miastem Wietnamu (po Ho Chi Minh). Nazwa Hanoi tłumaczy się jako „wewnątrz rzeki”, wynika to z faktu, że miasto okalają rzeki Czarna oraz Czerwona), aczkolwiek kiedyś nosiło inne nazwy i to o wiele lepsze (w naszym mniemaniu), jak Long Biên (przeplatające się smoki), Tống Bình (pacyfikacja Song – takiej chińskiej dynastii) oraz Long Đỗ (brzuch smoka). Nosiło jeszcze wiele innych nazw, ale zostańmy przy tych fajniejszych.
Historię Hanoi przeplata przechodzenie z rąk do rąk, walki wewnątrz kraju jak i z ościennymi państwami, a także czasy kolonialne – kolonia Francuska wybrała to miejsce jako stolicę Indochin. Ślady tych działań są widoczne do tej pory, ale o tym jeszcze porozmawiamy przy innej okazji.




A kawa?
Jajo! W sensie kawa z jajkiem. Albo z solą. Albo z mlekiem kondensowanym. A to nie wszystko – rodzajów pitych kaw jest spora. Czy spróbowaliśmy? Żałuje się rzeczy, których się nie spróbowało, nie? W Republice mała czarna (albo raczej mała brązowa), to naprawdę dobro narodowe, większość mieszkańców traktuje ją jak swoje drugie, ważniejsze śniadanie. Ma na to wpływ czynnik społeczny i cała kultura picia kawy: na tych maluteńkich krzesełkach wraz z przyjaciółmi, w jednej z setek – jeśli nie tysięcy – kawiarni, które nie mają ścian ale mimo to nie narzekają na brak klientów w żadnych warunkach.





Najpopularniejsze rodzaje kaw pitych w Wietnamie:
- Egg Coffe, Cà Phê Trứng – czyli Kawa jajeczna/kawa z jajkiem. Jest to najsłynniejszy napój w tym kraju, chociaż brzmi co najmniej dziwnie. Już lata temu (kiedy jeszcze byłem niesamowicie wybiórczy w moich pitnych wyborach i bardzo grymaśny gdy ten napój nie spełniał moich oczekiwań) Niebieska mi wspomniała o takiej opcji. Powiedziałem wtedy kategoryczne „nie ma mowy bym czegoś takiego spróbował”. Ale w momencie jak się pojawiają pociechy, rodzi się również inny twór, tak zwany Ojciec-zsyp, który służy swoim żołądkiem jako miejsce utylizacji niedojedzonych resztek po dzieciach. Wyrafinowanie żołądkowe bierze w diabły i pozostaje gotowy na spróbowanie wszystkiego, wygłodniały potwór. Z chęcią, przyjemnością i z powtarzalnością pijaliśmy Egg Coffe. Geneza takiej kombinacji ma związek z kryzysem żywnościowym w 1946 roku, kiedy to barman z hotelu Sofitel Legen Metropol szukał sposobu by uzyskać smak kawy z mlekiem, tylko bez mleka. Białko jajka ubite ze skondensowanym mlekiem świetnie się dopasowało swoją kremowatością i białością. Dodam tylko, że moja wizja „kawy z jajkiem” bliższa była wizji potrawy Sylwestra Stallone z Rocky’iego, który konsumował surowe jajko i to takie espresso z wbitym jajkiem widziałem oczyma wyobraźni.
- Kawa z mlekiem skondensowanym, Cà phê sữa – to klasyk, który reszta świata nazywa po prostu kawa po Wietnamsku. Należy wręcz wspomnieć o tym, że przyrządzana jest w dosyć charakterystyczny sposób – z wykorzystaniem urządzenia do parzenia kawy Phin. Jest to taka nastawka na kubek, w której znajduje się grubo zmielona kawa, zaś na dnie kubeczka czeka już mleko skondensowane. Zalewa się urządzenie, z którego sączy się mocna kawa, z którą kontrastuje i uzupełnia ją mleko skondensowane. Wyborne!


- Salted Coffe, Cà Phê Muối – Solona kawa. Wywodzi się ona z Hue (miasto w centrum Wietnamu), gdzie stanowi ona swojego rodzaju poranny rytuał. Legenda głosi, że kiedy rybak pojął sobie młodą wietnamkę za żonę, chciała mu sprawić przyjemność i po ciężkim dniu podała mu kawy. Pomyliła niestety sól z cukrem, ale nie chciał powiedzieć, że „kawa była za słona” by nie sprawić jej przykrości. Polubił z czasem ten smak ponieważ przypominał mu morze. Faktycznie jest to kawa z posoloną śmietanką, więc kremowość i lekkość kawy latte towarzyszy ten morski aromat.
- Silver Coffe, Bạc Xỉu – to taka kawa latte z jeszcze większą ilością mleka, w tym tego skondensowanego. Bardzo słodka, mało kawy – nie spróbowaliśmy (chociaż poszukiwaliśmy), ale znając czym jest – raczej nie była to wielka strata.
- Coconut Coffe – kawa z mlekiem kokosowym. Pierwszą próbę smakowania tego wynalazku mieliśmy na Tahiti 8 lat temu. Wizja mleko ze świeżo zerwanego orzecha bardzo kusiła ale okazało się bardzo niesmaczną wersją, całość smakowała fermentacją. W Azji z kolei mieliśmy kilka podejść i doświadczenia mieliśmy zarówno pozytywne, jak i negatywne. W jednym przypadku zastanawialiśmy się nawet, czy przypadkiem nie dostaliśmy zwarzonego mleka kokosowego (czy to mleko może się w ogóle zepsuć w taki sposób?). Nie jest na czele naszej stawki, ale to wciąż ciekawa wariacja.
- Cocoa Coffe – kawa z kakałem. Zaskakujące połączenie, które w chłodniejsze dni otula cieplutkim kocem, jak to kakao ma w zwyczaju. Tylko to taka wersja kakao dla dorosłych, więc kocyk ma podgrzewanie elektryczne.
- Yogurt Coffe, Cà Phê Sữa Chua – kawa z jogurtem tangy. Połączenie trochę dziwne w smaku, jogurt był ciągle wyczuwalny i kompozycja – chociaż do wypicia – przegrała z innymi propozycjami. Ale może w innym miejscu lub pewnymi dodatkami byłaby hitem?
- Whiskey Coffe – tak, wiemy, u nas to się nazywa kawa po Irlandzku i podobnie jak rzeczona zawiera w sobie porcję whiskey. Nie dla dzieci. Zdaniem Niebieskiej to była najlepsza kawa jaką piła w Wietnamie.
- Orange Coffe – kawa z sokiem z pomarańczy. Jest to, najbardziej egzotyczne połączenie (a to zestawienie stanowi esencję dziwnych kaw). Próbowaliśmy raz i mocno się na tym przejechaliśmy – była zasadniczo obrzydliwa. Kwaśność pomarańczy jedynie podkreśliła cierpkość kawy i było to nie do wypicia. Drugiej próby już nie było.







Wsiąść do pociągu…
Jednym z miejsc, gdzie siedliśmy sobie na kawę, była kawiarnia z miejscami siedzącymi jakiś metr od przejeżdżającego pociągu. Tak, już widzimy przerażenie na twarzach, ale nie martwcie się – to było tylko trochę niebezpieczne o ile nie jesteś pozbawionym wyobraźni idiotą.

W Hanoi znajdują się tory wiodące przez centrum miasta, między zabudową. Bardzo ciasno między budynkami. Ale człowiek nie byłby człowiekiem, gdyby nie spróbował na tym zarobić. Train Street znajduje się zawsze w czołówce Top atrakcji w tym mieście. Mamy więc kilkaset metrów kawiarni, sklepików z pamiątkami, barów, restauracji, z czego każdy z przybytków ma kilka krzeseł, stolików, ławę przy samych torach. Budynki są kolorowe, udekorowane plakatami, tabliczkami z rysunkami pociągu i flagami (na zmianę socjalistyczny młot z sierpem i wietnamska gwiazda). Do tego dochodzą owocowe drzewka, kwiaty na stolikach, kolorowe lampki, mieszkańcy niosący swoje bagaże – wszystko to sprawia, że jest to zdecydowanie najbardziej malownicza ulica w stolicy.
Jeszcze kilka lat temu to miejsce było pełne ulicznych sprzedawców warzyw/owoców/kwiatów (w miejsce dzisiejszych kawiarni), można jeszcze znaleźć zapewne nagrania w Internecie jak przed samym nosem pociągu zaczynają pakować swoje dobra.




Tory i grunt nie są przystosowane do jeżdżenia tam wózkiem, więc oczywiście wjechaliśmy tam wózkiem i wchodziliśmy w kadr ludziom robiącym sobie zdjęcia na torowisku. Zasadniczo byliśmy tam dwa razy – za pierwszym razem trochę przypadkowo, gdy chodziliśmy szlakiem geocachingu, natrafiliśmy akurat na przejazd pociągu i staliśmy przed rogatkami, by później wejść na torowisko. Za drugim razem ruszyliśmy już mając to miejsce jako nasz cel. Nasza organizatorka, Niebieska, dobrze się zorientowała w rozkładzie jazdy pociągów (5 dziennie) i odpowiednio wcześnie dotarliśmy na miejsce, by znaleźć bezpieczną, a jednocześnie bliską miejscówkę, porobić sobie zdjęcia i być świadkiem, jak to pociąg przejeżdża na wyciągnięcie ręki. Proces przygotowania przed przejazdem jest też fascynujący – każdy z siedzących na parterze (bo my siedzieliśmy na balkonie, na piętrze) został wycofany ze swoim stolikiem i krzesłem przed wyznaczoną linię – i nie ma przebacz, nie może wystawać noga, plecak, pół krzesła – było to bardzo stanowczo egzekwowane.
Przejazd jest ekscytujący, a decyzja wybrania miejsca na balkonie zdecydowanie słuszna – gdybyśmy się usadowili na ławeczce na parterze, to z niepokoju, że któreś dziecko wyciągnie kończynę, nie bylibyśmy w stanie siedzieć spokojnie, nie mówiąc już o cieszeniu się tym, co oglądamy. A wrażenia są całkiem spore – bliskość mijanej maszyny przypomina jak kruchą mamy powłokę cielesną i jak bardzo byłaby bez szans w przypadku bezpośredniego kontaktu z tym potworem. A trzeba dodać, że to nie jest powoli sunąca lokomotywa, maszynista jedzie z maksymalną dozwoloną prędkością (+ 10 km/h, tak dla kurażu).





Niestety, ta atrakcja już jest zamknięta dla turystów, chociaż wciąż można znaleźć osoby oferujące prywatne wycieczki, więc się tego wystrzegajcie. Jak można się domyślać taka decyzja miasta została podyktowana dużą ilością incydentów z udziałem turystów, którzy nie przestrzegają reguł. Sami widzieliśmy też śmiałków którzy kładli swój telefon na torach by nagrać go od spodu (ale po co?). Podobno też „da się” obejść zabezpieczenia by znaleźć się na Train Street, kiedy pociąg przejeżdża, w końcu kolejowe rogatki nie są idiotoodporne.
Ale wracając do tego magicznego momentu, kiedy my tam byliśmy, to musimy przyznać, że cała ta otoczka sprawiała, że doświadczenie było czarujące, a dzieci do tej pory wspominają ten przejazd jako jedną z najfajniejszych rzeczy które widzieliśmy podczas tego wyjazdu.
Jedynym minusem była kawa – bardzo niesmaczna (Orange Coffe) i zdecydowanie za droga.
Dlaczego akurat Wietnam i kawa?
Tu mamy taką ciekawostkę. Jak zapewne niektórzy pamiętają (my nie, bo jesteśmy zbyt młodzi) w 1977 roku NRD (dla jeszcze młodszych czytelników Wschodnie Niemcy pod okupacją sowiecką) mierzyło się z kryzysem kawowym. Zbiory w Brazylii były bardzo słabe i o ile cały świat został tym uderzony, to cudowny sowiecki ustrój przeciągnął ten kryzys dłuższy czas. Mimo zastosowania genialnych rozwiązań, jak blokujący filtry w ekspresach miks 50/50 kawy i kawy zbożowej, populacja pozostawała niedokawiona. Dlatego NRD poluzowało pewne przepisy o wymianie handlowej z krajami trzeciego świata i postanowiło zainwestować w hodowlę Robusty w Wietnamie. Kawa w Wietnamie przyszła wraz z kolonizatorami, ale właśnie NRD inwestując w republikę zwiększył obszar z 600 do 8600 hektarów, dostarczył ciężarówki, zainwestował 20 mln dolarów w energię wodną, zbudował szpitale dla 10 tyś wysiedlonych ludzi. W zamian mieli przez 20 lat otrzymywać połowę zbiorów. Mały szkopuł, że pierwsze zbiory miały nastąpić po 8 latach, czyli około 1990 roku, a tak się złożyło, że wtedy również NRD został zlikwidowany. Zatem Wietnam pozostał z całą tą kawą i stał się drugą potęgą kawową na świecie. Dzięki Sowieci!












Dodaj komentarz