Wyruszając do Azji wiedzieliśmy, że będziemy jeść coś innego niż zazwyczaj. I owszem, brakuje nam już żurku, ale wciąż z przyjemnością ryzykujemy kolejne potrawy i smakołyki. I dzisiaj będzie o tym na co natrafiliśmy.
Śniadanie
Mówi się, że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Mówi się tak samo i o obiedzie i kolacji, ale nie bądźmy czepialscy.
Jakie tu zorganizować śniadanie? Wymaganiem jest, by dzieci zjadły, dało energię na początek dnia i nie trwało zbyt długo.

Poszukiwania chleba od początku były skazane na porażkę. Jedyne, co nie było słodkie i przypominało chleb, był chleb tostowy. To może płatki na śniadanie? Owszem – zdarzały się, ale kukurydzianych nie uświadczyliśmy, a wszystkie inne są słodzone. Ciekawym jest, że jest tu dużo dostępnych odmian płatków owsianych zmielonych na proszek, które z mlekiem lub wodą tworzą taki niezbyt apetyczny kleik. Do tego drugi rodzaj, już wspominany we wcześniejszych wpisach – mieszanka płatków owsianych z suszonymi owocami (rzecz jasna na słodko). To wszystko poprawić pomidorkami i jajecznicą i namiastka europejskiego śniadania za nami. Co do jajecznicy, to szybko zrezygnowaliśmy z dodawania mięsa – kiełbaski, które wyglądem przypominały polską kiełbasę zwyczajną były… słodkie. Uff. Ale za to była przyrządzana w woku, bo to jedyne wyposażenie, które się do tego nadawało. Tak średnio, ale dało rady.
Obiad
Z naszych obserwacji wynika, że obiady w Chinach je się przez cały dzień – od śniadania po kolację. Do wyboru mamy wszystko z sosem sojowym, noodle, ryż, dużo mięsa i jeszcze więcej mięsa. Wybór dań zazwyczaj opierał się na oglądaniu obrazka, używaniu tłumaczenia w telefonie, czy wykluczaniu wszystkiego co sugeruje pikantność (ze względu na dzieci).

Jakby to powiedzieć… Taka strategia skazana jest na potknięcia. Jednym z bardziej bolesnym był wybór miejsca, gdzie podają jedynie zupy. Tutaj zupa to wielka miska pełna makaronu (noodli) i dodatków – są to ilości wystarczające by się najeść. Problem z tym, że najwyraźniej w Chinach ludzie lubują się we flakach i podrobach. Ja (Adam) nie jestem fanem takich tworów, Blu z kolei lubi. Jednak nawet i dla niej, to co dostaliśmy przed siebie było zbyt intensywne. A zamówiliśmy sporo – 4 porcje – nawet sprzedający próbował nam wytłumaczyć, że to są spore porcje i że tego nie przejemy. No i nie przejedliśmy. Obecnie, gdy wyczujemy zapach flaków omijamy restaurację. Ot taka mała trauma.

Przejdźmy jednak do tytułowej Kaczki po Pekińsku. Być w Pekinie i nie spróbować kaczki po Pekińsku, to jakby być w Neapolu i nie zjeść pizzy neapolitana. I faktycznie, gdzie się człowiek nie obejrzy tam restauracje, sklepy i miejsca, które przyprawiłyby pracownika sanepidu o siwe włosy, mają wystawkę z gotowych korpusów kaczych, błyszczących się jak buty do kościoła w niedzielę i tak samo brązowych. Być może działa to na azjatyckiego turystę, ale dla mnie to czerwona flaga – jak „odpoczywające” ryby do góry brzuszkiem w niektórych akwariach w szemranych restauracjach.
No ale to moje uprzedzenia, a nie wyjechaliśmy na drugi koniec świata, by tkwić w swoich subiektywnych, ograniczonych wyobrażeniach o rzeczywistości. Innymi słowy – musieliśmy spróbować.
Nim jednak chwycimy w pałeczki tę sprawę porozmawiajmy o kaczkach.
Kaczki
Nie wiemy za bardzo z czego to wynika, ale mamy wrażenie, że Kaczka jest tutaj szczególnym zwierzęciem. Wystarczy przywołać figury odnalezione na stanowiskach archeologicznych obok Terakotowej Armii przedstawiające kaczkę, ale również fakt, że spotkaliśmy dziewczynkę, która wyprowadzała swoją kaczkę na spacer. Gdy zobaczyła, że bardzo intensywnie się jej przyglądamy, a dzieci wręcz na głos wyrażały swoją tęsknotę i pragnienie bliższego poznania z kwaczącą przyjaciółką, zawróciła do nas i pozwoliła na bliższe poznanie. Nie jesteśmy pewni, czy to inspiracja pewnym serialem telewizyjnym, ale to są Chiny, a dziewczynka miała z 8 lat, więc musimy założyć, że motywy posiadania kaczki nie wynikały z uwielbienia Joego i Chandlera.

No dobra, wiemy z czego wynika popularność – kaczka była niegdyś królewskim daniem, więc prestiż ma znaczenie.

Obiadu ciąg dalszy
To zjedliście w końcu tę kaczkę po pekińsku? Tak zjedliśmy. Ale było to smutne doświadczenie. Najprawdopodobniej (aczkolwiek są to jedynie nasze domysły) dostaliśmy kawałek kaczki, która czekała na swój los w końcowej formie zbyt długo. Mięsa było mało (europejskie GMO, gdzie jesteś?), więcej było kości, wysuszone i skórka – zamiast chrupiącej, niczym panierka w KFC – twarda i gumiasta. Tu się przypomina historia z Peru, gdzie chcieliśmy spróbować tradycyjnej potrawy ze świnki morskiej, więc całą grupą zamówiliśmy jedną i dostaliśmy… suche, twarde i niezjadliwe – możliwe, że to był szczur, bo w tym stanie trudno było poznać.

Do kaczki był przynajmniej sos śliwkowy, choć w śmiesznie małych ilościach.
Ogólne doświadczenie – zawód na całej linii. Było to nasze drugie podejście, bo pierwsze, w miejscu szczycącym się, że podają kaczkę od 30 lat, dało nam to samo tylko bez sosu. Być może trzeba było próbować w kilku miejscach, ale na to nie starczyło nam czasu, chęci i odwagi. No i omijaliśmy miejsca typowo pod turystów, gdzie cena była tak wywindowana, że nawet Baltazar się łapał za głowę (300 zł za porcję!).
Trochę wstyd się przyznać, ale czasami lądujemy z fast foodach z literką z alfabetu pomiędzy L a N w logo, ale to nawet nie zasługuje na nazwę Fast Food – najwyżej na Food. Wszędzie dostajemy jedzenie szybciej niż w miejscach, które szybko to jedzenie powinny podawać. To jakaś wrodzona niechęć do Amerykanizacji społeczeństwa?


Co by nie było, że tylko narzekamy na jedzenie. Trafiliśmy raz do pewnej restauracji, która szczyci się grillowanymi rybami. Wybór był podyktowany głodem i desperacją, ale cytując sławnego biegacza-pingpongistę-poławiacza krewetek-współwłaściciela Apple: „życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz na co trafisz”. A trafiliśmy na złoto. Rybę, którą dostaliśmy, dopiero co widzieliśmy gdy pływała sobie spokojnie w akwarium, ale podana z papryczką i zielonym pieprzem i kiełkami sojowymi całkowicie zwolniła nas z obciążeń moralnych z bycia nie-weganinem. Innymi słowy – boska.
Przy okazji ciekawa obserwacja – w restauracjach można palić papierosy. Rzuciło nam się to w oczy (albo nozdrza) właśnie w tej restauracji (notabene – jedna z dwóch restauracji, w której widzieliśmy toaletę dla klientów) i przypomniało nam, dlaczego niektóre regulacje to zmiana na lepsze.
Restauracja jest TUTAJ

Ogólnie spostrzeżenia
Brakuje nam warzyw i owoców, które nie były smażone, albo polane sosem sojowym. I nie, ryż w tym wypadku to nie warzywo, tak jak frytki z ketchupem to nie sałatka ziemniaczano-pomidorowa.
Zjada się tu bardzo dużo mięsa, ale jeśli chodzi o rodzaj, czy części ciała zwierzaka, to jest o wiele bardziej różnorodnie niż w Polsce.
Wszystko jest słodzone, być może o tym gdzieś kiedyś wspominaliśmy. Nawet zupa na ciepło z jajkiem była słodka.
Poziomy pikantności są przesunięte – gdy prosisz o danie niepikantne, to dostaniesz coś co w Polsce uchodziłoby za lekko pikantne (dzieciom na szczęście już przesuwa się tolerancja, więc mogą próbować coś więcej), zaś gdy weźmiesz coś, co ma oznaczenie pikantności – lepiej miej na podorędziu jakiś nabiał do przepicia.
Nie spotkaliśmy się z możliwością zjedzenia psa ani kota – również nietoperze chyba wyszły z mody po 2020.
Ale za to była możliwość spróbowania dania z aligatora – chociaż było to miejsce pierwszej kaczej porażki, więc nie daliśmy sobie szansy spróbowania.
Jeśli ktoś jest kulinarnie wybredny i zamknięty na eksperymenty, lepiej by wybrał opcję pięciogwiazdkowego hotelu z europejską kuchnią, bo na ulicy nie znajdzie znajomych smaków.
Nawet zupki chińskie tutaj mają z flakami. I tak, przez przypadek takie kupiliśmy.








Obecnie ulubiona piosenka dzieci, totalny przypadek, czy inspiracja?


Dodaj komentarz