„Ludzie tu się rodzą, pracują, żyją na polach ryżowych. Kambodżanie jedzą ryż rano, w ciągu dnia i wieczorem. Nie da się powiedzieć słowa pożywienie, bez użycia słowa ryż. Ryż symbolizuje bogactwo, ale również jest symbolem wykorzystania Kambodżan przez świat zewnętrzny”
Cyrk
Wybraliśmy się do jedynego kambodżańskiego cyrku, Phare Circus. Zaznaczyć należy, że to taki akrobatyczny cyrk, bez zwierząt (coś w stylu Crique de Solei). Jest to cyrk stacjonarny – pokazy są każdego wieczoru, zaś lokacja całkiem blisko centrum.

Idea tego cyrku była taka, by dać możliwość dzieciom z najbiedniejszych rejonów na wyrwanie się z niedostatku. Dla nich fundowane są swego rodzaju „stypendia” i możliwość szkolenia cyrkowego w ichniejszej Akademii. Każdy jeden pracownik cyrku pochodzi z takiego środowiska, każdy pracuje najwięcej jak może, bo wiadomo – kariera cyrkowca nie trwa wiecznie.
Z ciekawostek – ten cyrk dzierży także tytuł Guinnesa za najdłuższy nieprzerwany spektakl – 24h 30m 10s. Jest on wszędzie polecany, ale z naszym doświadczeniem azjatycko-wschodniej interpretacji słowa „szoł” (patrz Laotański balet Mnichom darowanie), żywe były obawy, że będzie to coś zbyt neurotycznego dla naszych dzikich dzieci. Na szczęście nie mogliśmy się bardziej pomylić.
Bilety zabukowaliśmy przez naszej hotel, praktykujemy to bardzo rzadko, bowiem wiemy, że każdy pośrednik musi dołożyć swoją marżę, ale w tym przypadku mieliśmy jeszcze dodatkową zniżkę. Dojechaliśmy na miejsce, gdzie przed pokazem cyrkowym jest występ dziecięcy, pokazujący taniec Apsara (patrz Dwa wesela i pogrzeb). I wiecie co? Był super! Dzieciaki zdecydowanie z większym animuszem wykonywały te tańce niż ich dorośli odpowiednicy, szczególnie fajne były kambodżańskie dodatki obrazujące pracę w polu ryżowym i przyjazne droczenie się tam pracujących. Była więc to dobra wróżba. Dzieciom też się bardzo spodobało i tańczyły sobie po cichutku na boku.

Później zaczęło się wchodzenie na arenę. Miejsca są podzielone na 3 strefy i jedynie pierwsza ma numerowane miejscówki. My się zdecydowaliśmy na średnią stawkę, taka która nie ma elementów zasłaniających i były od frontu areny. Miejsca zależały od kolejności wejścia. Z naszym rozpędem znaleźliśmy się przy końcu stawki (wszak trzeba odwiedzić toaletę przed wejściem i zagonić wszystkich w jedno miejsce), co zaowocowało miejscówką na samym szczycie. Wiadomo – im dalej, tym gorzej widać, ale dla nas była to bardzo dobra sytuacja. Siedzenia były ławami bez oparcia, więc ograniczenie ruchów Browna naszych dzieci pozwoliło trzymać je w ryzach przez czas występu i to bez nadmiernego przeszkadzania innym. Oczywiście to wszystko jest na wyrost, bo pokaz bardzo zaangażował nasze dzieci (w tym Tamarę, która swoim palcem-odkrywaczem ciągle pokazywała scenę i robiła „uuk” jak mała małpka), ale od czasu do czasu ponosiły ich emocje i mogły wstać na ławie nie przeszkadzając nikomu. Co do widoczności, to również nie było problemu – widownia jest na tyle mała że można dostrzec detale wydarzeń na scenie, chociaż nasze urządzenia fotografujące radziły sobie z tym… różnie.



Pokaz za motyw przewodni miał ryż i nazywa się „Białe Złoto”, bo tak Khmerowie nazywają potocznie to zboże. Zaczęło się od artysty, który namalował za pomocą ryżu mandalę na arenie. Wtedy wkracza na scenę bohater, którego losy śledzimy w dalszych etapach. Nasz bohater swoim beztroskim tańcem zniszczył mandalę, za co został wygnany z domu. Wtedy zaczyna dopiero naprawdę rozumieć wartości ryżu w świecie – gdy go brakuje i gdy stanowi walutę, oraz obiekt pożądania i walk.
I ryż faktycznie był cały czas obecny – w pewnym momencie nawet pojawił się prysznic z ryżu, w którym to jeden z bohaterów tańczył (na koniec dowiedzieliśmy się, że ten ryż jest potem zbierany i ponownie wykorzystywany w kolejnym spektaklu). W całości przedstawienia było może 12 osób, łącznie z orkiestrą, która grała nieprzerwanie na żywo, tancerką, malarzem i klaunami. Taki naprawdę rzemieślniczy spektakl.





Zarówno dzieciom, jak i nam bardzo się to podobało (i nie miał z tym nic wspólnego popcorn, który to bohatersko zdobyłem przed samym początkiem show, przedzierając się z 4 opakowaniami i Tamarą na rękach przez pełne trybuny). Najmłodsi z zapałem śledzili historię i za każdym wyskokiem, czy przewrotem wyrywało im się z gardeł głośne „łał!”. Mnie osobiście dało bardzo do myślenia – jak to ważnym towarem jest ryż. I to współcześnie – gdzie indziej najistotniejszym jest pieniądz – można za niego kupić wszystko. Tutaj dolar może bardzo wiele, ale w odległych, rzadziej zamieszkanych rejonach bez ryżu nie ma życia. Kropka.
Więc jeśli ktoś się zastanawia, co zrobić wieczorkiem, po zwiedzaniu Angkor – to jest dobry pomysł!






Muzeum Narodowe
Muzeum Narodowe tam istnieje, może nie ma tam malowideł na skalę Matejki ale to za to jest sporo kamienia. Niebieska się wybrała w trakcie „samotnego” wypadu na miasto. Miała tylko Tamarę ze sobą, a ta była w wózku, więc nie miała żadnej władzy decyzyjnej. Wszędzie polecają to miejsce i na pewno warto się tam wybrać przed odwiedzeniem Angkor Wat. Znajdzie się tam dużo informacji o samej budowli, o historii, władcach, apsarze i jeszcze więcej o buddyzmie. Budynek jest do zwiedzania z wózkiem, ale nie ma wind i jest tylko taka rampa do wysokości 2. piętra. Więc dla osób niepełnosprawnych to przypomina raczej hardcorowy rollercoster. Ogólnie, to muzeum jest raczej mniejsze niż się spodziewała, nie można robić zdjęć, trochę za bardzo jest skupione na buddyzmie. Ale jest świetnym wstępem i kosztuje niewiele, więc można tam spędzić wolne 2-3 godziny.


Kambodżański teatr cieni Sbek Thom
Pokaz teatru cieni znajduje się na liście niematerialnego dziedzictwa UNESCO. I jest je bardzo trudno zobaczyć! Największy i najbardziej uznany teatr został zamknięty jakiś czas temu.
#TravelTrip: Uwaga na internetowych pośredników ponieważ dalej sprzedają bilety na show, którego już nie grają.
W samym Siem Reap pokazy daje jedynie jedna szkoła i nazywa się to Bamboo Stage! Co oznacza, że bilety należy zdobywać z odpowiednio dużym wyprzedzeniem (około miesiąca). Czy zatem zabraliśmy się za to z odpowiednio wcześnie? Chyba możecie odpowiedzieć sobie sami na to pytanie, skoro tu ta kwestia została poruszona.



Ale! Jak nie drzwiami to oknem. Najpierw próbowaliśmy przez Haka, naszego nieocenionego khmerskiego gospodarza. Podzwonił w kilka miejsc, ale niestety nic nie wskórał. Dlatego Niebieska użyła swojej super mocy i skontaktowała się ze szkołą, która organizowała próby pomiędzy występami, ale nie dawała żadnych przedstawień w samym Siem Reap. I w ten sposób dołączyliśmy do nich podczas ich prób!
Kambodżański pokaz cieni charakteryzuje się tym, że makiety, których cień rzucany jest na ekran, zrobione są z krowiej skóry i w przypadku Sbek Thom są to wielkie płachty – zawierające nie tylko same postaci, jak i również często tło (pomieszczenia, lektyki czy inne otoczenie tejże postaci). Figury nie mają ruchomych kończyn, więc poruszanie całością stelaża sugeruje aktywność danej postaci.




Pokazom towarzyszy muzyka na żywo – dosyć podobna do tej z laotańskiego baletu, bo z obecnością piszczałek, cymbałków i bębnów (przepraszam wszystkich muzycznych purytanów, za tak ogólne określenia), a także śpiewu i recytacji jednego lektora. Co ciekawe rozróżnia się dwa rodzaje mowy – wysoka i niska. Jak się pewnie domyślacie, wysoka była zarezerwowana dla wysoko urodzonych, dworu, ichniejszej arystokracji, zaś niska – dla pozostałych. Osoba, która nas wprowadzała i opowiadała o tym pokazie przyznała, że sama nie rozumie tej wysokiej mowy.
Gdy przybyliśmy na miejsce, cała ekipa jeszcze nie rozpoczęła próby i grała sobie w kole w zośkę (z tym, że ta zośka to taki krążek ze sprężyną i przyczepionymi piórami). Dołączyliśmy do gry, a później, wraz z rozpoczęciem próby weszliśmy do sali. Tam przywitała nas pani, która zajmowała się wycinaniem plansz, pokazała nam swoją pracownię, zaś dzieci dostały do dyspozycji kartki papieru, kredki i mazaki oraz kilka szablonów używanych w zajęciach prowadzonych przez tę kobietę.

Grupa daje spektakle w szkołach i wśród młodzieży aby podtrzymywać tradycyjne wartości kulturalne Kambodży. I taki jeden występ za czasów Imperium Khmerów trwał około 4 godzin. Dyrektor artystyczny (nasza robocza nazwa na europejskie stanowisko jakie dzierży osoba, która się nami zajęła) trwał przy nas i tłumaczył co jakiś czas historię, która się rozgrywała przed naszymi oczami.
Niedługo później zaczęła się próba i pomimo naszej fascynacji, brak możliwości zrozumienia akcji oraz dosyć intensywna, niemal nierytmiczna muzyka szybko powodowało zmęczenie. Może więc wyszło na dobre, że nie wybraliśmy się na taki cały pokaz z dziećmi?
Ale jeśli chcecie zobaczyć coś nietypowego i zdecydowanie niespotykanego w europejskich okolicach – to jest to jakaś opcja. Nam się nie udało zdobyć biletów na Bamboo Stage, która jest dedykowana pod turystów. By wspierać twórców zakupiliśmy jakąś drobnostkę z warsztatu aby wspomóc lokalną kulturę (wróciliśmy bogatsi o kurczaka wykrojonego w skórze).






Angkor Artisans
Po wojnie domowej i rzezi na ludziach, tradycjach i zwyczajach przez Czerwonych Khmerów (patrz Czas Apokalipsy), Kambodżanie próbują odbudować swoją tożsamość. A esencję tożsamości niesie sztuka. Czy to jest śpiew, taniec, czy rękodzieło – mieszkańcy kraju próbują odkopać zapomnianą wiedzę i oddać ludziom, by mogli nawiązać nić porozumienia ze swoimi przodkami.
Angkor Artisans, to przestrzeń, gdzie takie odbudowywanie tożsamości ma miejsce – ze szczególnym naciskiem na rękodzieło.

Poszukiwaliśmy miejsca, które przybliżyłoby nam produkcję ceramiki, która jest dość znaną gałęzią sztuk w Siem Reap, ale wszystkie warsztaty – organizowane dla turystów – kosztowały w naszym mniemaniu za dużo. Szczególnie, gdyby przyszło nam płacić $25 od każdej osoby (lub więcej). Dlatego zdecydowaliśmy się skupić raczej na podziwianiu, aniżeli na tworzeniu i Internet podpowiedział nam właśnie to miejsce.
Gdy weszliśmy w niepozorną uliczkę w centrum, nie spodziewaliśmy się całej przestrzeni – nowoczesnej, świetnie zorganizowanej i otwartej na zwiedzanie (za darmo).



Angkor Artisans, to zespół budynków, gdzie można zobaczyć jak się tradycyjnie tka materiały z lotosu, gdzie można zobaczyć proces rzeźbienia w drewnie, w kamieniu, a nawet malowanie i glazurnictwo.
Zwiedza się wędrując od jednej pracowni do drugiej. Rzecz jasna pojawiło się wyzwanie pt.: „Niczego nie dotykamy!”. Jest to szalenie trudne dla 1,3,5 i 6 latków, więc z miejsca musimy pochwalić – bardzo ładnie się zachowywały. I do tego bardzo uważnie słuchały, gdy pokazywaliśmy np. kolejne etapy rzeźbiarskie (w przestrzeni też były przygotowane tablice informacyjne z przykładowymi eksponatami), czy pracującą panią przy krośnie. Rzecz jasna całkowicie nie udało się ich powstrzymać, ale Kambodżanie to cudowni ludzie i z uśmiechem przerywali pracę, by pokazać dzieciom to co ich akurat zafascynowało.
Spędziliśmy tam sporo czasu, ale jeśli ktoś nie ma czwórki maluchów, to może szybko przejść przez sale. Zdecydowanie polecamy! Potem postanowiliśmy jeszcze chwilę posiedzieć na dziedzińcu bo zapadał piękny zachód słońca, temperatura była przyjemna, a miejsce jest naprawdę urocze. I tak się zasiedzieliśmy, że nie zorientowaliśmy się nawet, że dawno już powinni zamknąć to miejsce, a jednak załoga czekała aż wyjdziemy (to już któryś raz jak Khmerowie na nasz czekali, nikt nie pomyśli nawet by wygonić odwiedzających).















Pub Street
I na koniec coś by zgrzeszyć – ulica pubów i tak „Pub Street” to jej oficjalna nazwa. Rzecz jasna to nie tylko puby, ale i restauracje, dyskoteki, salony masażu i inne przybytki uciech (o których nic nie wiemy!). Wracając z całodniowego zwiedzania zaglądaliśmy tam co jakiś czas – na piwko, partyjkę w bilard, czy też oczyszczanie stóp z naskórka za pomocą stada malutkich rybek. Miejsce mające przyciągnąć klientów – ale przynajmniej zamknięte dla ruchu samochodowego, i co ważniejsze, dla ruchu skuterowego, więc można bez oglądania się przez ramię przejść spokojnie (na ile to możliwe z czwórką małych dzieci). Płynne złoto leje się tam litrami 😉







Dodaj komentarz