Każdy Europejczyk słyszał o Pompejach – taka zapuszczona miejscowość we Włoszech, której przez setki lat nikt nie zdecydował się posprzątać po wybuchu wulkanu. Z jakiegoś powodu nazywane były Ósmym Cudem Świata. Ale tak naprawdę, Pompeje jedynie trzymały miejsce dla kogoś innego: dla Angkor Wat.
Większość ludzi raczej nie wybiera Kambodży na pierwszą destynację podróżniczą, w statystykach wypada raczej blado z sąsiadującą Tajlandią. Ale trzeba to przyznać, że to państwo ma wiele to zaoferowania, dopiero się otwiera turystycznie na większą skalę. Nie oszukujmy się jednak – jeśli ktoś tutaj przylatuje, to robi to by zwiedzić Ten khmerski cud świata (i często na tym kończy)

Angkor
Angkor (អង្គរ), czyli Centralne Miasto, a wcześniej Yasodharapura (យសោធរបុរ), to stolica dawnego Królestwa Khmerów. Za jego początek uważa się rok 802 n.e. gdy Jayavarman II ogłosił się Uniwersalnym Władcą, zjednoczył okoliczne ludy, podbił mniejszych, lokalnych władców i zapoczątkował Epokę Angkorską (i to wszystko przed śniadaniem), która trwała do 1351 roku do najazdu Ayuttanyii (jak to się odmienia?).

Jest to miejsce wpisane na listę UNESCO, największe miasto ery przedindustrialnej na świecie – szacuje się jego powierzchnię na około 1000 km2 – jest rozmiaru współczesnego Paryża! Do budowy wszystkich świątyń i obiektów użyto więcej kamienia niż sumarycznie w całym starożytnym Egipcie. Nazywane niekiedy miastem hydraulicznym, ze względu na skomplikowany system zarządzania wodą, mogący stabilizować poziom, gromadzić i rozprowadzać wodę w zależności od potrzeb. Jest miejscem inspiracji twórców gier Tomb Rider – i tam mają miejsce niektóre przygody Lary Croft.



Kompleks jest zasadniczo w całości dostępny do zwiedzania. Dla Khmerów wstęp jest bezpłatny, natomiast turyści już muszą trochę zapłacić. Do wyboru są 1,3 lub 7 dniowe przepustki, każda jedna jest imienna, ze zdjęciem. Można ją sobie wyrobić na dwa sposoby. Metoda klasyczna jest najpopularniejsza, trzeba po prostu kupić bilet w kasie, ALE owa znajduje się 4 kilometry od wejścia do kompleksu i jest rozmiaru tarnowskiego Dworca Kolejowego, więc mogą się tam utworzyć też spore kolejki. Drugi sposób jest dopiero raczkujący – można zakupić wejściówkę przez Internet za pomocą dedykowanej aplikacji. Trochę czarów-marów i już mieliśmy ją na telefonie. Każdy musi mieć bilety przy sobie cały czas, kompleks jest tak duży, że człowiek z niego wychodzi/wyjeżdża nawet się nie orientując kiedy. A potem, jak się zbliża do którejś świątyni, to czekają już pracownicy sprawdzający bilety. Przepustki kosztują kolejno: 1 dzień $37, 3 dni $62, 7 dni $72, dzieci do lat 12 mając wstęp bezpłatny. Ważna informacja to taka, że tych wielodniowych nie trzeba używać dzień po dniu, ma się miesiąc na wykorzystanie dowolnie trzech lub siedmiu dni. Można też bez limitu wracać do świątyń w ciągu jednego dnia (częstą praktyką jest poranne zwiedzanie, późniejsze śniadanie w mieście i powrót
na popołudnie).







Angkor Wat
Angkor Wat, to największy i najlepiej zachowany byt świątynny wewnątrz Angkor. Co ciekawe, o ile reszta budowli popadała w w ruinę i nie była używana po upadu Królestwa Khmerów, to Angkor Wat było czynną świątynią buddyjską.

Wybraliśmy się tam w pierwszej kolejności – jest wszak najbardziej okazałym i najczęściej odwiedzanym obiektem w kompleksie.
Dojechaliśmy, rzecz jasna, tuk-tukiem – w końcu to najlepsza forma transportu w tych okolicach.
Angkor Wat otoczony jest fosą i murem o długości 5 kilometrów (sprawdzaliśmy z Baltazarem, gdy pobiegliśmy dookoła). Do centrum dostać się można przez oryginalny, kamienny most, lub też pływającą kładką – równoległą do mostu. Dlaczego są zasadniczo dwa mosty? Trudno stwierdzić – oryginalny most jest szeroki i wydaje się, że powinien w zupełności wystarczyć na potrzeby turystyczne, ale chyba jeden jest mostem wejściowym a drugi wyjściowym.

Po przejściu mostu dochodzi się od murów okalających całość. Po przejściu przez główną bramę trafiamy na wewnętrzny plac. Przez środek idzie kamienna, podwyższona ścieżka. Można tu znaleźć kilka budowli – niewiadomego (dla nas) przeznaczenia, ale przecież nie jesteśmy tu by oglądać jakieś małe domki! Nie – nasz cel jest jasno widoczny przed nami.
Tym celem jest główna budowla świątyni – określa się je w architekturze khmerskiej jako świątynie-wzgórza – mają symbolizować Górę Meru, która w hinduizmie jest domem bogów. I w sumie przypominają wzgórze – są wysokie, strome i… wzgórzyste, mówi się o nich nawet, że jest to typ górski, a drugi rodzaj budowli jest płaski. Można się dostać na szczyt specjalnie dobudowanymi schodami (oryginalne, kamienne schody już nie są dostępne po śmierci turystów, którzy robili sobie wyścigi na szczyt – historia podsłuchana jak się doczepiliśmy do jakieś wycieczki z przewodnikiem) – ale niestety dla nas były niedostępne, bo akurat było jakieś święto buddyjskie i dostęp był zamknięty.




Dzieci tego dnia były tak baaaardzo zmęczone tą połową dnia, którą spędziły na basenie, że jęczały już przy moście. Słoneczko pięknie grzało, malutka spała, więc zdecydowaliśmy się na rozdzielenie, zaś nieletni mogły odpocząć na trawie (w ich mniemaniu najlepszym odpoczynkiem jest zabawa w berka).
Angkor Wat – w odróżnieni od reszty świątyń – zwrócony jest na zachód. Nie ma zgodności, co do znaczenia takiego usytuowania, aczkolwiek wiodąca teoria wmówi, że była to świątynia pogrzebowa. Dodatkowym argumentem, popierającym tę tezę, jest fakt, że reliefy wyrzeźbione w otaczającej centrum galerii, które przedstawiają życie i podboje króla Suryavarmana II, są ustawione w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, czyli w odwrotnym do normalnego w hinduizmie. A właśnie podczas pogrzebów pewne rytuały wykonuje się w odwróconej kolejności.
Powiedzieć, że Angkor Wat robi wrażanie, to jakby nie powiedzieć niczego.














Niebieska odwiedziła go dwa razy – raz z całą rodziną, a raz z Bastkiem (pozdrawiamy) podczas wschodu słońca. Jest to jedna z tych rzeczy zdecydowanych do zrobienia jak się jest już w Siem Reap. Motorem napędowym był właśnie Bastek, który o 4:30 upewnił się, że Niebieska nie śpi (spała). W Internecie można znaleźć informację, że kompleks świątynny otwiera się o 6 (albo dowolne inne godziny), ale w praktyce oznacza to tyle, że można wejść do środka dopiero od tego czasu ale na tereny przedświątynne wpuszczają już od godziny 4. Na miejscu są już pracownicy parku, i dziesiątki przewodników oferujących swoje usługi (jak się to widzi naszym rodzinnym przewodnikom? Taka wycieczka do Pradze o wschodzie mogłaby się nieźle sprzedawać). Tak jak wcześniej mówiliśmy – nocki są w Kambodży chłodne, i Niebieska ubrała się zdecydowanie zbyt lekko. Jazda o godzinie 5 tuk tukiem kiedy do wschodu brakowało z godziny… no to było orzeźwiające doświadczenie. Zdecydowanie za wcześnie rano i zbyt zimno, ale na miejscu można było spotkać naprawdę spore tłumy. Z jakichś, najpewniej ważnych powodów, wszyscy byli trzymani przed główną bramą, więc nie było możliwości rozpierzchnięcia się i poszukania najlepszego punktu do fotografowania. Ale dla chcącego, nic trudnego, więc możecie teraz podziwiać galerię zdjęć, która nie ma tłumu innych osób w kadrze. Od tej 4:30 do 7 (ich powrotu) dzielnie sprawowałem pieczę nad Tamarą (czyli tym razem miałem więcej miejsca na łóżku skoro była nas tylko dwójka), potem jeszcze wszyscy pospaliśmy z 1,5 h i ponownie wróciliśmy do Angkor, ale tym razem bez dzieci (yay!!!).







Bayon i Wielki Kwadrat
Angkor Wat, to tak zwany Mały Kwadrat, zaś Wielki Kwadrat leży zaledwie 1.5km dalej, zaś jego centrum stanowi świątynia Bayon.

Po śmierci Suryavarmana w Angkor zaczęły się niepokoje, co spowodowało destabilizacje sytuację w mieście. Wykorzystał to sąsiedni kraj Czampa (obecnie Wietnam), który napadł i zajął Angkor. Sytuacja ta nie trwała zbyt długo – książę, który miał zostać królem – Jayavarmanem VII – zmotywował lud i pokonał Czamów, odzyskując Angkor i zyskując z czasem opinię najlepszego króla, który rządził krajem. Kazał on wybudować „wielki kwadrat” (obwód 12 km – wiem, bo biegałem), zaś w jego centrum stanął właśnie Bayon. Za czasów Jayavarmana nastąpiła konwersja świątyń z Hinduskich na Buddyjskie.
Tam się wybraliśmy za drugim razem, kiedy to zostawiliśmy starsze dzieci obcym osobom w kawiarnio-przedszkolu. Świetnie wydane pieniądze! Ponoć jest to całkiem popularna praktyka wśród rodzin z dziećmi, takie swoiste drop-off. Można tam „przechować” dzieci od 9 do 15 (wykorzystaliśmy absolutnie każdą z tych minut) i o ile początkowo nie były zachwycone informacją, że pójdą do przedszkola, tak potem błagały by tam wrócić. Miejsce nazywa się Kameng Leng.
Kiedy starszaki się bawiły w przedszkolu, razem z Bastkiem i Tamarą przemierzyliśmy ruiny we wszystkich kierunkach, mi się nawet udało znaleźć malowidło dzika! Pytanie, czy mieli takowe, czy to jeden z tych przypadków?










Co jednak najbardziej przyciągało wzrok to wszechobecność Twarzy (przez duże „T”). Rzeźbionych wizerunków na kolumnach jest około 200 i nie ma zgody, co do tego kogo mogą przedstawiać. Jedna teoria mówi o notablach, inna że to wizerunki Buddy. Nie zmienia to faktu, że te uśmiechnięte twarze są czymś wyjątkowym pośród buddyjskich świątyń. Miejsce jest absolutnie zniewalające, bardzo instagramowe i… pełne małp. W jakiegoś powodu, tę budowlę okupują zdecydowanie bardziej niż pozostałe. Pamiętajcie jeszcze jak w Tajlandii małpy zaatakowały nasz domek (wszystkie domy Tajlandii)? Wtedy odruchowo walczyliśmy o każdy zagarnięty przez nich worek i w sumie niepotrzebnie. Tym razem nie popełniliśmy tego błędu, jak tylko zobaczyłem, że zbliża się do nas wielki małpiszon to odpuściłem od razu wiedząc, że w środku był zapaskudzony pampers, który chwilę wcześniej zmieniłem… No cóż. Żałuję, że nie udało mi się zrobić zdjęcia wyrazu twarzy małpy, gdy ta wgryzła się w „aromatyczną” przekąskę.
Wewnątrz Wielkiego Kwadratu można znaleźć więcej obiektów do odwiedzenia. Nam się udało zobaczyć Taras Słoni – to taki podwyższony chodnik, wzdłuż którego są wyrzeźbione trąbowate. Służył ponoć do oglądania przejścia wojska, defilad i pokazów na cześć króla. Pomiędzy Bayton, a tym tarasem weszliśmy także do innej świątyni, która wygląda bardzo piramidalnie i jest na tyle stroma, że dzieci do lat 12 mają zakaz wejścia! Wymieniliśmy się i na tury, pojedynczo odwiedziliśmy budowlę, zaś Tamara hasała sobie w międzyczasie pomiędzy antycznymi kamieniami.








Wspominaliśmy o twarzach w Bayonie, ale wizerunki pojawiają się również w innych miejscach – najfajniejsze są te przy bramach, bo będąc na murach Wielkiego Kwadratu (najlepsza ścieżka do biegania w mojej karierze), można podejść pod nie bardzo blisko i przyjrzeć się ich majestatowi. Zdecydowanie polecamy spacer (lub przejazd rowerem) po murach.
#TravelTip: Przy wszystkich większych obiektach znajduje się całe zaplecze sanitarno-gastronomiczne więc można komfortowo zwiedzać.
Toalety znajdzie się w wielu miejscach, są darmowe dla turystów z biletami. Dla Kambodżan bez biletów są płatne (co to za pomysł?). Wszędzie znajdą się sklepy z pamiątkami i (najważniejsze) restauracje. Trzeba jednak mieć na uwadze, że przebitka cenowa będzie dwukrotna w stosunku do knajp na mieście. Standardowy za Lok Lak (mięsko w sosie) w centrum się zapłaci $4, a w kompleksie nawet $10! Ale warto się targować zwłaszcza tam gdzie jest dużo nagromadzonych lokali. Koniecznie trzeba też skorzystać z hamaków, które są nieodłącznym elementem khmerskiego stołowania: po posiłku trzeba dać sobie czas na odpoczynek. Niebieska podjęła kilka prób, ale Tamara ciągle jej zajmowała przestrzeń więc o sjeście można było zapomnieć.





Trochę dalej?
Trzeciego dnia wynajęliśmy opiekunkę… No dobra, mieliśmy opiekuna na podorędziu (dzięki Bastek!), który został ze starszakami. Ten kto miał naszą trójkę starszaków naraz wie, że nie jest to łatwa praca. My ze swojej strony wymagamy tego by wszystkie sztuki przetrwały, w miarę podobnym stanie jak ich zostawiliśmy. Od razu, uprzedzając – wszyscy byli zdrowi i zadowoleni z dnia spędzonego na wchodzeniu wujkowi na głowę. My zaś wypożyczyliśmy rowery (fotelik dla małej kosztował tyle samo co jednoślad) i wraz z Tamarą ruszyliśmy ponownie w teren. Wszak jest co zwiedzać (przypominam – 1000km2!).




#TravelTip: Zwiedzanie kompleksu można zrobić na kilka sposobów: piechotą; tuk tukiem, bądź wypożyczonym jednośladem. Wypożyczalnie otwierają się około godziny 5-6 i są czynne aż do samej nocy. Koszt wypożyczenia na dzień roweru to 5-10 $, skutera 10-20 $.
#TravelTip: Nie zostawiajcie nigdy swojego paszportu! Ze strony gov.pl wiedzieliśmy, że częstą praktyką naciągania turystów w Kambodży jest prośba o paszport. Potem podczas zwrotu często żądają dodatkowych pieniędzy za oddanie dokumentu. My pokazaliśmy po prostu zdjęcia.
Nasz kierunek został zainspirowany obecnością keszów. Złapaliśmy pierwszego przy Ta Nei (świątynia motyli). Małej, niewpisanej jeszcze na główny szlak turystów świątyni – a właściwie jej ruin. Malutka początkowo protestowała na siedzenie w foteliku, ale nie minęła chwila, a ona już smacznie sobie spała, rozkoszując się szumem wiatru we włosach.
Niedługo później odkryliśmy, że są nawet ścieżki rowerowe! Wiemy, że to może nie brzmi jak rewolucja, ale w krajach, gdzie chodniki przypominają planszę z gry Mario, albo ich po prostu nie ma, ścieżka rowerowa jest ewenentem! I to z zakazem poruszania się po nich skuterami (co, rzecz jasna niektórzy traktowali bardziej jako sugestię). Podróż stała się z miejsca o wiele mniej stresująca a widoki jeszcze piękniejsze. Kolejny punkt dla Kambodży!













Cudownie odkrytą ścieżką zajechaliśmy do Ta Prohm – świątyni celowo pozostawionej bez rekonstrukcji. I dobrze, ponieważ to, jak przyroda próbowała przejąć teren jest bardzo widoczne w postaci drzew, które obrastają, niemal przelewając się przez mury świątyni. Cytując Wikipedię:
„Inskrypcja na odnalezionej w Ta Prohm steli głosi, że w przeszłości zamieszkiwało tu 18 arcykapłanów, 2740 celebrujących kapłanów, ponad 2002 asystentów oraz 61 niebiańskich tancerek. W zamkniętym skarbcu świątyni przechowywano 5 ton srebra, 35 diamentów, 45 tysięcy pereł oraz 4500 drogocennych kamieni.” From <https://pl.wikipedia.org/wiki/Ta_Prohm>
Dodać należy również, że ta świątynia została zobrazowana w filmie Tomb Rider z Angeliną Jolie z 2001 roku i po Angkor Wat jest najbardziej rozpoznawalnym miejscem w Kambodży. Żadna wizyta w tym kraju nie będzie pełna bez selfiaka z drzewem porastającym budowle (Bastek też stwierdził, że to zdecydowanie najlepszy obiekt). Miejsce jest oblegane, więc często trzeba poczekać na swoją kolej aby cyknąć sobie zdjęcie przy licznych korzeniach oplatających mury. Udało nam się wmieszać w kolejki, bo Tamara robiła dywersję swoimi słodkimi oczyma. Nie spędziliśmy tam tyle czasu ile byśmy chcieli, bo czas powoli zaczął naglić, w planach mieliśmy jeszcze kilka obiektów, a musieliśmy wrócić przed zachodem słońca (kuzyn miał zaplanowane oglądanie zachodu nad Angkor Wat).



Dojechaliśmy aż/tylko do Wschodniego Mebonu – świątyni, która charakteryzuje się tym, że ma rzeźby słoni w skali 1:1 na narożnikach budowli – mające chronić osoby wewnątrz. Tamara znowu usnęła, więc gdy zajechaliśmy rowerami, sprzedająca w jednej z restauracji zaproponowała położenia jej w hamaku. Skorzystaliśmy z propozycji i rozdzieliliśmy się na dwie grupy, by móc pozwiedzać, a jednocześnie nie zostawiać tak cennego towaru przypadkowym osobom. Była to okazja do miłej rozmowy i napicia się szejka z marakui – którego to przygotowanie obudziło malutką (takie życie, trzeba było zamówić kawę).
Ani się obejrzeliśmy a się okazało, że przejechaliśmy zaledwie połowę zaplanowanej trasy! A tym razem nie trzeba było przecież nikogo popędzać… Z uczuciem niedosytu zaczęliśmy drogę powrotną, tym razem trochę inną trasą, objechaliśmy piękne jezioro, szosowaliśmy leśną ścieżką. Po prostu bajka! Udało się nam zdążyć na czas, zaś dzieciaki już na nas czekały aby opowiedzieć nam jak im dzień minął. Od czasu rozpoczęcia tej podróży w końcu to był zaledwie drugi dzień który spędziliśmy osobno, trzeba nadrobić.



Czy Warto?
To pytanie retoryczne, bo oczywiście, że tak! Póki co, z całej naszej wyprawy, najbardziej żałujemy, że nie wykupiliśmy 7 dniowej przepustki (zwłaszcza, ze różnica w cenie była bardzo mała). Nasze 3 dni dały nam możliwość zasmakowania tego niesamowitego tworu, ale jeszcze tak dużo zostało nieodwiedzonego! Ktoś może sobie pomyśleć: Kamienie, kamienie i więcej kamieni, ale za to jakie majestatyczne. I po prawdzie – są naprawdę różne, każdy jeden obiekt który odwiedziliśmy miał coś charakterystycznego. Na koniec nawet Baltazar żałował, że nie zobaczył więcej bo (jako miłośnik wszystkiego co „naj”) to przecież największy kompleks religijny na świecie! I zdecydowanie jedyny w swoim rodzaju.
#TravelTip – kup przepustkę na 7 dni! Zdecydowanie będziecie chcieli tam wracać, choćby na wschody czy zachody słońca!






















Dodaj komentarz