Nie bylibyśmy sobą, gdyby w naszym rozkładzie nie pojawiły się jakieś zabytki. Jak to stwierdził Śniochu „A czy są tam jakieś świątynie? Bo to podobno ich przycignie”. A Luang Prabang nam to zdecydowanie ułatwia – świątyń tutaj jak Żabek w Polsce – człowiek wyjdzie z jednej i znajdzie się przed drugą (nie metaforycznie, a dosłownie).

Dlatego zapraszamy do spaceru z nami – bo jest na co patrzeć.
Ale najpierw legenda…
Góra i małpa
Opowieść o tym, skąd góra Phousi (ພູສີ) wzięła swoją nazwę.
Była sobie księżniczka Si, którą naszła ochota na grzyby. Ale nie chciało jej się wychodzić z zamku, więc wezwała boga-małpę do siebie i poprosiła o kosz grzybów do zjedzenia.

– Ależ nie ma problemu! Dookoła pałacu rośnie ogrom grzybów!
– Ale ja chcę takie, które rosą na Sri Lance!
Bóg-małpa pokręcił głową, bo to bardzo daleko, ale skoro księżniczka chce, no to się wybierze. Wybrał się zatem do Sri Lanki i znalazł tam pełno grzybów. Zebrał cały kosz i wrócił do księżniczki. Jednak, to nie na te grzyby księżna miała ochotę i wysłała go ponownie do Sri Lanki. Bóg-małpa wybrał się i przywiózł kolejny kosz, tym razem innych grzybów. Jednak to wciąż nie były te, które księżniczka miała na myśli.
Takich wypraw było wiele, ale księżna nie chciała zdradzić nazwy grzybów, ponieważ powszechnie mówiło się na nie „małpie uszy” i nie chciała, by bóg-małpa się obraził.
Po kolejnej takiej eskapadzie, bogowi-małpie zaczęła się kończyć cierpliwość. Dlatego też, gdy ponownie powrócił ze Sri-Lanki, nie przywiózł ze sobą kosza grzybów. Wziął całą górę i rzucił przed pałacem i zaproponował, by sobie księżniczka sama zebrała co tam się jej uwidziało.
I to ta góra (Phou) została nazwana po wybrednej księżnej Si.

Wzgórze Phousi
To nie jest jedyna legenda, która krąży i opisuje to wzgórze. Przygotowując ten wpis, napotkałem jeszcze dwie historie. Ale nie jesteśmy na legendoznastwie, by się bardzo rozpraszać (Niebieska jak przeczytała słowo „legendoznastwo” od razu pomyślała, ze z chęcią by coś takiego postudiowała). Rzućmy więc okiem, o czym my w ogóle mówimy.

Jeśli ktoś spojrzy na mapę Luang Prabang, to zorientuje się, że wspomniane wzgórze (albo góra – definicje tutaj stosowane są swobodnie) leży w samym centrum miasta. Trudno je przegapić. Od razu nasunęła nam skojarzenie z praskim Žižkovem, przy którym mieszaliśmy – góra w środku miasta, otoczona budynkami i drogami z obu stron, z pięknym widokiem na całe królestwo (czy to praskie czy laotańskie).
Wzgórze ma 100 m wysokości i na szczyt prowadzi około 350 stopni (w zależności od drogi wejścia). Cała trasa obsadzona jest budowlami religijnymi – nazwa Phou Si, czyli Święte Wzgórze – nie bierze się z niczego. Na samym szycie znajduje się pagoda zbudowana w 1804 roku za panowania króla Anourata. Jest też cudny widok na całą okolicę – praktycznie 360 stopni (nie Celsjusza). Wzgórze jest szczególnie obsadzone podczas zachodu słońca – my nie próbowaliśmy, więc znamy to z opowieści, ale jesteśmy gotowi w to uwierzyć.

Myśmy się wybrali niedługo po przyjeździe. Zasadniczo zaczęliśmy od przystanku u samego podnóża – dolna partia oferuje w miarę ogrodzoną przestrzeń z ławeczkami i miejscem, gdzie dziecięca wyobraźnia znów miała użycie (zebrane liście, ziemia, kamyczki i jest danie z restauracji).
Podzieliliśmy się i Niebieska z Aurorą wybrały się na masaż stóp (z dawna obiecany), a reszta pozostała by poodpoczywać w cieniu. Po ich powrocie ruszyliśmy na schody.
Pierwszy przystanek mieliśmy przy śladzie stopy Buddy. Wszak wszyscy wiedzą, że budda miał ponad 5 metrów wzrostu i postępujące płaskostopie (wszystkie podolożki na ten widok osiągają od razu Nirwanę i odradzają się by zająć się stopami autorytetów religijnych).
Ruszyliśmy dalej i naliczywszy tak ze 50 stopni więcej, niż oficjalnie podawanych – znaleźliśmy się na szczycie (no dobra, to Baltazar liczył, jest cyferkowym maniakiem, więc liczył każdy próg i nierówność).
Tutaj musimy zaznaczyć, że to był pierwszy raz, gdy zwróciliśmy uwagę na dostępne ptaszki życzeniowe. A dokładniej można sobie zakupić azjatyckie wróble w klatce, które należy następnie wypuścić, by mieć powodzenie.





Tak, tak – wykorzystywanie zwierząt i wspieranie amoralnego procederu – już to przerabialiśmy przy słoniach, więc ten wątek przeskoczymy.
No i zdecydowaliśmy się zakupić taką parkę. Była to okazja dla dzieci by przyglądnąć się ptaszkom z bliska i – w przypadku Aurory – totalnie się w nich zakochać. Nazwane zostały Koko i Fleur i powiedzieć, że wypuszczanie było problematyczne, to jakby nic nie powiedzieć. Trudne to było właśnie dla Aurory, która ma tendencje do zakochiwania się w małych ptaszkach, robaczkach, kotkach, słodziutkich szczurach i tak dalej a przy całej swej sile charakteru jest niezwykle wrażliwym dzieckiem.
No ale, zabrać ich ze sobą nie można było, więc po długich, rzewnych pożegnaniach Koko i Fleur zostały wypuszczone na wolność. Tu zaczęliśmy się zastanawiać, czy może są jakoś sprytnie tresowane, by wrócić? Jak się łapie takie wróbelki bez robienia im krzywdy? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi…
Na pocieszenie zostały nam całe sterty plecionych klatek, w których niegdyś były uwięzione ptaszki. Dzieciaki zebrały ich sporo, bo każdy kto uwolnił ptaka, zostawiał je na szczycie. Nie ma to jak zbieranie śmieci – dziewczyny w tym przodują.
Po tej akcji zostaliśmy jeszcze chwilkę na szczycie, by się napawać widokami, a następnie ruszyliśmy w dół także rozdzielając się na dwie grupy ponieważ każdy chciał iść inną drogą (a jest ich przynajmniej 3).




Świątynia spokoju
Innym razem wybraliśmy się do Wat Phon Phao (ວັດປ່າໂພນເພົາ) to położona na wzgórzu świątynia – stupa, o ośmiokątnej podstawie i złotym stożku na górze. Jest położona trochę dalej od centrum, ale również dostarcza widoków na miasto. Pierwszy raz zobaczyliśmy ją właśnie z góry Phousi i zdecydowaliśmy, że wygląda jak dobra spacerowa destynacja. Ciekawość spowodowana nietypowym wyglądem przesądziła sprawę.

Co roku, w grudniu odbywa się tu festiwal Khao Kam, kiedy to mnisi wyznają swoje grzechy przed innymi mnichami, następnie medytują przez kilka dni, by po medytacji powrócić z mocnym postanowieniem poprawy. Coś jak w religii katolickiej, z tą różnicą, że nie ma tu czegoś takiego jak „odpuszczenie grzechów”. No i nieświadomie trafiliśmy właśnie na jakiś festiwal. Czy to był ten sam? Trudno stwierdzić. Ale byliśmy świadkami właśnie ciekawych rytuałów – szczególnej procesji dookoła monastyru.
Zaczyna się od mnichów bijących w wielkie bębny na balkonach świątyni. Następnie z budynku wychodzi procesja. Za grupą mnichów chodzą zwykli ludzie – noszą specjalnie przygotowane konstrukcje – coś pomiędzy koszami z darami, a mobilnymi ołtarzami – podobnie jak w katolickich procesjach, z tą różnicą, że niektóre z tych ozdób zrobione były z fikuśnie poskładanych i poukładanych banknotów. W procesji też uczestniczą ludzie, którzy rzucają cukierkami i … pieniędzmi. Tutaj warto wspomnieć, że w Laosie nie ma monet, więc by uniknąć porwania przez wiatr, banknoty składa się w takie przemyślane trójkąty. Dzieci nasze dostały szału, gdy to zobaczyły. Zaczęły zbierać cukierki i pieniądze – ale nie były odosobnione – najwyraźniej jest to część rytuału, ponieważ inne osoby z procesji robiły to samo. A jeśli ktoś chciałby nam zarzucać, że bogaci Europejczycy jeszcze biorą pieniądze biednych Laotańczyków, to dodam, że osoba darująca rzuciła niemal w twarz naszym dzieciakom te fanty, nie ma tu pola na nadinterpretację. Zatem po pierwszym okrążeniu Baltazar wpadł na pomysł „ukryjmy nasze hajsy, wtedy dadzą nam więcej” – i tu jesteśmy rozdarci – wszak pomysł niezły, ale trochę pachnie cebulą…





Wracając do samej świątyni spokoju – swoją nazwę dostała nie bez kozery – tu jest naprawdę spokojnie. W oddaleniu od zgiełku miasta (chociaż, by się do niej dostać, trzeba przejść ulicą bez chodników), w otoczeniu drzew z wywieszonymi cytatami motywacyjnymi (głównie związanymi z roślinnością), faktycznie daje wrażenia oazy spokoju.
Dodatkowo styczeń to absolutnie cudowny czas by się znaleźć w Luang Prabang. Ciężko zdecydować czy to bardziej klimat polskiej, złotej jesieni czy bardzo wczesnej, ciepłej wiosny. Powietrze jest rześkie, słońce przyjemnie grzeje, liście są złote i zielone jednocześnie, soczyste i pastelowe. Brakowało tylko babiego lata by poczuć klimat słowiańskiego poranka na wsi. Po prostu sielanka, niby azjatycka, a swojska.















Monastyr radosnych dźwięków
Położona w samym centrum Luang Prabang świątynia Wat Xieng Mouane (ວັດຊຽງມ່ວນ) jest koronnym przykładem świątyni laotańskiej. I zwracamy tu uwagę na różnice w porównaniu do świątyń tajskich. Niby jak człowiek ogląda te nasze zdjęcia to myśli sobie – to wszystko to samo ale po bliższym przyjrzeniu się można je bez problemu odróżnić.

Przede wszystkim wnętrza świątyń laotańskich są drewniano – bambusowe. Również same świątynie są w dużej mierze z drewna. Są mniej zdobne – przynajmniej na pierwszy rzut oka, ponieważ główny ciężar zdobienia znajduje się przy wejściu. Nie oznacza to, że reszta ścian jest pusta – na to żaden szanujący się buddysta nie może pozwolić.



Należy również zwrócić uwagę na dachy świątyń, są one wielowarstwowe, co odpowiada buddyjskim warstwom oświecenia, a interpretując to bardziej przyziemnie ma to związek z naprzemiennym nagrzewaniem się dachu i dużymi opadami. Mają także charakterystyczne zdobienie w połowie grzbietu zwane Dok So Fa (nie ma tajskiego odpowiednika), który jest w formie quasi-korony. Do tego Laotańskie sprawiają wrażenie bardziej eleganckich – mniej kiczowatych i bardziej wyważonych.



Do Wat Xieng Mouane wybraliśmy się też z dodatkowego powodu – kupiliśmy wcześniej pocztówki, na których znalazło się pewne, szczególne drzewo z mozaiki. Kiedy dzieciom nóżki znowu odmawiały posłuszeństwa – postawiliśmy na rywalizacje i zamieniliśmy to w konkurs pod tytułem „Kto pierwszy znajdzie to co za obrazku”. Jak można się domyślać najszybszy był Baltazar, ale inni przyjęli to tym razem bez dramatu. Jest to chyba największy kompleks świątynny, który stoi przy (dosłownie) 3 innych przybytkach buddyjskich. Wejście do niego jest płatne ale teren jest bardzo uroczy.

Równie sympatyczne było obserwować grupę mnichów którzy najwyraźniej przybyli z daleka i olśnieni kompleksem cykali sobie fotki. Niebieska próbowała się życzliwie uśmiechnąć do nich ale okazało się, że tym samym ich obraziła. Kobiety bowiem nie powinny patrzeć im w oczy. No ale żeby było sprawiedliwie – Oni też nie powinni błądzić wzrokiem po twarzach niewiast więc chyba wyrównali poziom naindyczenia się (prawdziwe słowo!).
Z informacji totalnie nieważnych: Przed wejściem znajdują się kupieckie stoiska, na których można kupić między innymi dzwoneczki w kształcie kurczaków – planowaliśmy nabycie ich ale po zwiedzaniu kompletnie wypadło nam to w głowy.








Wieczorne mnichów śpiewanie

Co wieczór, pomiędzy 17:00 a 17:30, rozpoczyna się wieczorne śpiewanie mnichów, podczas którego wejście do świątyni jest zamknięte dla turystów (ale lokalsi mogą uczestniczyć w ceremonii). Prowadzone jest przez mnicha albo nowicjusza, który jest już długi czas w danym przybytku i trwa od 20 do 60 minut. Co prawda bramki (o zawrotnej wysokości 30 cm) są zamknięte, ale nagłośnienie mają mocne (niekoniecznie dobre). Można zatem pomedytować na polu, wsłuchując się w zsynchronizowane głosy mnichów. Kiedy zatem Niebieska miała ochotę na chwilę samotności, wziąłem gawiedź, która starała się przekrzyczeć śpiewających i oddaliłem się ku zachodowi słońca, pozostawiając żonę w tye.



Świątynia-Arbuz
Pewnie część czytelników zastanawia się, co to za słowotwórstwo znowu uprawiamy z tym „arbuzem” w nazwie? Otóż tym razem to nie my! Ta świątynia (Wat Wisunalat) potocznie zwana jest właśnie w ten sposób w związku z charakterystyczną stupą w stylu sri lańskim (pamiętacie jeszcze legendę o górze z Cejlonu?) bo najwyraźniej istnieje mocne połączenie tradycji architektonicznych tych dwóch państw mimo ich dzieli ich morze.

Powyżej opisaliśmy bardzo subiektywny wybór świątyń Luango-Prabańskich (niech żyje słowotwórstwo), wybierając te, które naszym zdaniem wyróżniają się z jakiś względów. Ale uwierzcie – tam świątyń na mieszkańca jest więcej niż pubów na praskim Žižkovie.





















Dodaj komentarz