Mówi się, że darujący zyskuje dwa razy. I być może jest w tym prawda. A może i nie, kto to wie – statystyk wszak nikt nie prowadzi. Ale Laotańczycy w to wierzą – a co więcej – praktykują. I to z samego rana, tak by darowanie było jeszcze większym poświęceniem.


By przedstawiona historia miała większy wydźwięk, posłuchamy sobie krótkiej opowieści o odbieraniu…
Druga rzeka
Przez Luang Prabang przepływają dwie rzeki, które się ze sobą też tu spotykają. O większej – Mekongu – słyszeliście już wcześniej. Mniejsza z nich również nazwana została jako wynikowa konfliktu. Dwóch braci toczyło mocne boje, niejednokrotnie krwawe. Nikt nie pamięta od czego konflikt się zaczął – być może o kobietę, albo o pieniądze. Konflikt zakończył się dość gwałtownie, gdy jeden brat pozbawił nóg drugiego. Ten drugi, szukając ukojenia poczołgał się aż do tej drugiej rzeki (w sumie nie wiemy po co ale tak stanowi legenda). I od tej historii zyskała swoją nazwę Nam Khan, czyli czołgająca rzeka.

Dialog ryżowy
Codziennie od 5:00 (lato) lub 6:00 (zima) z świątyń w Luang Prabang wylewają się tłumy mnichów z pustymi koszami. Ruszają w stronę centrum (chociaż chodzą również innymi drogami), gdzie wcześniej ustawiają się wzdłuż chodnika miejscowi, którzy czekają z przygotowanymi darami.
Tak wygląda początek tak bat, porannej ceremonii ofiarnej.


Ceremonia odbywa się w milczeniu – mnisi nie odzywają się ani słowem – medytują. Miejscowi, którzy siedzą, lub klęczą wzdłuż mnisiej ścieżki, również zachowują milczenie, by nie przeszkadzać w medytacji.
Miejscowi mają przygotowany wcześniej ryż (klejący, rzecz jasna: Za miskę ryżu), banany, słodycze, pieniądze i inne dary. Każdemu przechodzącemu mnichowi, który ma zawieszony na ramieniu koszyk na pasku, wrzucają garstkę ryżu. Może się to wydawać mało, ale w Luang Prabang jest około 70 świątyń, więc mnichów jest proporcjonalnie więcej – starczyć zatem powinno dla wszystkich. Mimo chłodu, mnisi chodzą boso.



Ten zwyczaj nie jest obowiązkowy, ale chętnie praktykowany przez lokalnych. Również osoby, które nie mają nic, mogą tutaj liczyć na pomoc – taką potrzebującą osobę można rozpoznać po tym, że sama ma przed sobą kosz. I tutaj następuje Dialog ryżowy – potrzebująca osoba wrzuca małą ilość od siebie, 2-3 ziarenka, a dostaje w zamian od mnicha garść ryżu.
Wszystko to zaobserwowała Niebieska, która wybrała się na to wydarzenie sama (nawet nie przeszło nam przez myśl, by zrywać całą czwórkę o 5:30 z łóżka, by postały w milczeniu i patrzyły na wędrujących mnichów). Udało się jej to dopiero za trzecim podejściem.



Mówi się, że ten zwyczaj jest zagrożonym gatunkiem – tak, niestety przez turystów. Jest kilka zasad, o których nie powinno się musieć wspominać – jak nie zaczepianie mnichów, nie wchodzenie im przed nos z aparatem – do tego hałasowanie i przeszkadzanie innym mimo wyraźnych wytycznych rozwieszonych na trasie pochodu. Znajduje się tam nawet specjalna linka, która wydziela trasę mnichów i której nie należy przekraczać.
Niestety, Niebieska była świadkiem naruszenia wszystkich powyższych zasad, kiedy to grupy wycieczek z Chin wyskakiwały z autobusów, przechodziły za odgradzającą linę i niemal dosłownie wciskały aparaty mnichom w twarz (za każdym razem byli upominani przez miejscowych).
Na początku i końcu pochodu Laotańczycy sprzedają gotowe „sety ofiarne” pod turystów, którzy chcą wziąć udział w darowaniu – chociaż się mówi, że to powinny być dary przygotowane własnoręcznie (gdzieś w Internecie była wskazówka by poprosić w hotelu o przygotowanie ryżu – też mi samodzielna praca). Udało się naliczyć przynajmniej kilkanaście Europejczyków, którzy dołączyli do kolejki darczynnej. Niestety lokalsi też odczuwają skutki nadmiaru turystów i przez to coraz mniej ich bierze udział w tym wydarzeniu. A szkoda, bo jest to coś wyjątkowego – również i dla miejscowych, dla których to sposób na zacieśnianie relacji sąsiedzkich. Kiedy następowały przerwy w pochodzie mnichów (zmiana świątyni), miejscowi gawędzili, pili sobie herbatkę i ogólnie zachowywali się jak stworzenia społeczne. W dobie smartfonowych niebieskich twarzy, jest to szczególnie cenne.





Nocny market
Ulica Sisavangvong w centrum – powszechnie zwana ulicą obcokrajowców – jest szczególnym miejscem. Oprócz tak bat ma tu miejsce wiele wydarzeń. Jednym z nich jest nocny market. Wraz z końcem dnia, ulica zostaje zamknięta dla ruchu samochodowego i na scenę wkraczają stragany, a wraz z nimi miejscowi sprzedające przeróżne rzeczy. Chyba można stwierdzić, że większość ze sprzedawanych rzeczy, to pamiątki i ubrania – więc nastawienie jest głównie ku turystów – ale na końcu ulicy znajduje się część z jedzeniem. A tam stołują się wszyscy – Laotańczycy, Chińczycy, Francuzi, Tajlandczycy i nawet Polacy (to znaczy my).





I zdarzyło nam się zaglądnąć na nocny market wielokrotnie – choćby przypadkiem byliśmy w drodze do muzeum narodowego, czy do opery. A nawet podczas nocnych biegów z Baltazarem. Sam także musiałem nabyć bluzę, bo moją uniwersytecką AGH z bolącym sercem porzuciłem na Phuket myśląc, że aż do kwietnia się nie przyda.
Drugiego wieczoru, kiedy to Niebieska wracała z dziećmi (gdy ja byłem z Baltazarem na gawędach: Laotańskie opowieści) mocno się stresowała przedarciem się przez market. Pułapek było dużo – a to wachlarze, a to papierowe zabawki, a to kolczyki – wszystko to interesowało Aurorę i Makarego. Kiedy w końcu przedostali się przez stragany i wydało się, że najtrudniejsze za nimi. Niestety z racji tego, że to ja zajmuje się prowadzeniem (żona wyznacza cel ale to do mnie należy ogarnięcie teleportacji) topografia Luang Prabang była jej jeszcze nie znana. Co prawda już kojarzyliśmy dwie rzeki, ale nie za dobrze spojrzała na mapę, skręciła za targiem w lewo, gdzie (jak się jej wydawało) powinien znajdować się nasz hotel. Azymut niby się zgadzał, ale okolica zaczęła wyglądać obco. Komórka Niebieskiej się wyładowała, nazwy hotelu nie pamiętała, więc próbowała zaczepiać ludzi, którzy wyglądają na poangielskugadających, by pokazali jej na mapie, gdzie się aktualnie znajduje. Nie do końca jej to pomogło, bo nie wiedziała jak to odnieść do współrzędnych naszego hotelu. Wieczór był chłodny, ale na szczęście spokój ich uratował, a dzieci w miarę współpracowały. W końcu, po rozmowie z concierge w przypadkowym hotelu (który nie mówił po angielsku), udało się wspólnymi siłami odgadnąć jak się nazywa nasz hotel i wówczas już wystarczyło wskazać drogę. My w międzyczasie byliśmy z Baltazarem na trwających godzinę legendach, a koniec końców prawie jednocześnie wróciliśmy do hotelu.








Muzeum narodowe
W połowie ulicy obcokrajowców znajduje się dawny pałac królewski. Obecnie jest przekształcony na Muzeum Narodowe. Do muzeum wstęp jest płatny i wchodzi się bez butów (a do tego wymagane są długie spodnie – najwyraźniej, by nie peszyć eksponatów). I niestety nie można w środku robić zdjęć (chociaż ja zrobiłem kilka z ukrycia), a szkoda, bo są tam piękne malowidła Alix Aymé (wówczas Alix de Fautereau), które zostały odrestaurowane na krótko przed naszym przyjazdem (sierpień 2024 staraniem Towarzystwa Przyjaciół Ailx Aymé – AAAA, więcej szczegółów i zdjęcia tych dzieł można znaleźć pod tym adresem: https://www.alixayme.com/palais-royal-de-luang-prabang).

Inną, ciekawą rzeczą, którą można w środku podziwiać, to wykorzystanie płytek mozaicznych do ozdobienia ścian – ale nie pokrywanie w całości mozaiką, ale raczej rysowanie konturów postaci (kilka nielegalnych fotek możecie tu zobaczyć, ale taką trochę biedniejszą wersję widać również na Monastyrze Radosnych Dźwięków (Postaw świątynię, a przybędę…).


Muzeum położone jest w przestrzeni parkowej, gdzie również znajduje się najsławniejsza świątynia, której wizerunek jest wszędzie propagowany (nie uwzględniona w naszym subiektywnym świątynowyliczaniu). Poza tym jest tu opera i taki szczególny posąg. Gdy się na niego spojrzy, to pierwsza myśl przychodzi: „ktoś to robił po taniości”, albo „nie ma co, socjalistyczny styl dalej się tu utrzymuje”. Toporny – taki tytuł dzieła przychodzi na myśl. A późnej człowiek wchodzi do muzeum i znajduje tę samą twarz na obrazach i zdjęciach – najwyraźniej niektórzy rodzą się już jako podstawowy kształt foremny.


Uwagę dzieci przyciągnęła możliwość karmienia rybek w stawie na terenie ogrodów przymuzealnych. Chcemy o tym wspomnieć przede wszystkim, bo Baltazar zwrócił uwagę, kto to sprzedaje. A mianowicie – dziewczynka niewiele od niego starsza. Staramy się uczyć dzieci poszanowania pracy, sami też mają do odbębnienia swoją pańszczyznę (jak składanie pidżam, odnoszenie rzeczy do zlewu itp.) ale to są przecież tylko takie drobnostki. Próbujemy im uświadomić, że naprawdę mamy dużo szczęścia w życiu, a one urodziły się na uprzywilejowanej pozycji i należy doceniać to co się ma. Im dłużej jesteśmy w Azji tym chyba mocniej to do nich dociera.










Balet narodowy
We wspomnianej operze mają miejsce pokazy tradycyjnego laotańskiego tańca. Chociaż jest to raczej historia opowiedziana poprzez taniec.
Wybraliśmy się tam dwukrotnie – to znaczy w dwóch turach, tak by starszaki też mogły zobaczyć, zaś Tamara nie przeszkadzała.

Jak by określić ten pokaz – po pierwsze, wrażenie jest, że to wystawiają uczniowie szkoły, więc jest trochę niedociągnięć. Jednocześnie sposób prowadzenia historii pozostawia wiele do interpretacji – wszak wszelkie śpiewy są w obcym dla nas języku, zaś na scenie dzieje się raczej niewiele. Wychodzą przebrani aktorzy i swoim taneczno-chodzącym ruchem oddają treść historii. By się w to zagłębić potrzeba wiele skupienia i otwartości umysłu – dla kogoś przyzwyczajonego do pokazów tańca niczym z musicalu – pokaz sprawia wrażenie nudnego. Dzieciakom niestety się dłużył spektakl.
Jednocześnie jest to coś innego – tak innego, że nieprzygotowana osoba może mieć problemy z odczytaniem zamiarów i kontekstu.
Stroje zaś są zdobne niczym świątynie – szczególnie nakrycia głowy przypominają dachy świątyń.
Co się jeszcze rzuciło w oczy, to ruchy dłońmi – są bardzo płynne, przypominają ruchy gałęzi na wietrze lub płynącą rzekę w dżungli.
Czy polecamy? Hmm… Jako jednorazowe doświadczenie.
#Travel Trip: Jeśli koniecznie chcesz się tam wybrać z dziećmi to nie KUPUJ IM BILETU. Płaci się za miejsce siedzące na krześle, ale wejście dla nich jest za darmo jeśli siedzą na kolanach. Makary po prostu siadł sobie pomiędzy rzędami krzeseł i stamtąd się nudził (ale przynajmniej bezpłatnie ).





Pobiegali?
Baltazar wkręcił się w bieganie. Sprawia mu to frajdę, a kolejne kilometry pochłania niczym zawodowiec. Luang Prabang ma świetną trasę – właśnie dookoła centrum, wzdłuż brzegu rzek. Jedno kółko to jakieś 8km, więc mogliśmy sobie pozwolić na swobodne truchtanie wieczorami. U mnie niestety trafiło na okres, gdy miałem jakieś boleści w ramieniu, więc niestety byłem hamulcem dla Baltazara. Chociaż po jednym z biegów, kiedy to ja już zasiadłem przed hotelem, Baltazar biegał po naszej zamkniętej uliczce w jedną i drugą stronę. Był to pierwszy raz, gdy przebiegł więcej ode mnie.

Okazuje się zatem, że mam kompana do biegania!
Gdyby ktoś miał konto na portalu www.strava.com to zapraszam do śledzenia jego profilu – sześciolatka, który chce przebiec tysiąc kilometrów. https://www.strava.com/athletes/155423440 (i szczerze wierzymy, że to osiągnie).



























Dodaj komentarz