Phuket to wyspa. Chyba już kilka razy o tym wspominaliśmy. Ale nie jedyna wyspa w okolicy, aczkolwiek definitywnie największa. Dlaczego by nie uciec z „kontynentu” i nie odwiedzić jakiejś pomniejszej, okolicznej wyspy?
Z tuzina dostępnych możliwości zdecydowaliśmy się odwiedzić te najbardziej oddalone od nas – wyspy Phi Phi.
Organizacja
My jak to my, nie zostawiamy organizacji takich wypadów przypadkowi. No dobra, NIEBIESKA nie zostawia organizacji takich wypadów przypadkowi. Dlatego, gdy tylko wyruszaliśmy na miasto, zaglądała do każdego stanowiska z wyprawami (nie istotne, czy był tam pracownik, czy go nie było) i zbierała ulotki reklamujące takie wycieczki.
Szczególnie się obłowiliśmy, gdy udało nam się wyjść na randkę (dziękujemy Mikołajowi za czuwanie nad śpiącą gromadą) – wtedy nieobstawionych stanowisk znaleźliśmy najwięcej.

W ten sposób dorobiliśmy się pokaźnej kolekcji ulotek, oraz całkiem niezłemu obrazowi czego można się spodziewać i ile to może kosztować. Zatem po wstępnej selekcji i odrzuceniu ofert zbyt drogich, niemających interesujących nas punktów oraz tych z brzydkimi ulotkami (no dobra, to nie było odrzucające kryterium, ale gdyby przyszło wybrać pomiędzy dwoma takimi samymi ofertami, wygrałaby ta z ładniejszą ulotką – człowiek musi być konsekwentny w życiu), pozostało kilka wart naszej uwagi. Rzecz jasna wiek, od jakiego wyprawa jest płatna był mocnym argumentem.
Koniec końców wybraliśmy wyprawę z firmy, która lepiej odpisywała na wiadomości (wszak lepsza obsługa potencjalnego klienta może się przełożyć na lepszą obsługę klienta). Jeśli chodzi o koszty, to także byli jednymi z lepszych, całość wyprawy była dłuższa niż u niektórych przewoźników, a nasze dwa infanty (w Tajlandii bardzo często się spotkaliśmy z tym, że infantem jest się do 3. urodzin, a nie 2.) w ogóle nie płaciły za tę przyjemność.
#TravelTip: Warto zawsze zwrócić się bezpośrednio do organizatora przez jakiś prywatny komunikator. Ceny wyjazdów, jakie są podawane na ulotce są zawsze inne, niż te które widnieją na stronie przewodnika (jak rozumiem, wynika to z faktu, że pośrednik – czyli osoba stojąca przy ulicy z małą budką i ulotkami – także musi zarobić). Dodatkowo jeśli się podróżuje z dziećmi, to zawsze warto zapytać – do jakiegoś wieku nie płacą, jak jest ich więcej to też dają zniżki.
Wyprawa
Wyprawa obejmować miała trzy wyspy z grupy Phi Phi (หมู่เกาะพีพี) – każda z tych wysp nazywa się Phi Phi, ale ma inną końcówkę, jak Don albo Ley. Swoją drogą, gdy zapytaliśmy dzieci z czym się kojarzy nazwa Phi Phi (czyt. Pi pi), spodziewaliśmy się coś w stylu kaczka, młody kurczak, ale dzieci nas pozytywnie zaskoczyły – wspomniały o czytanej do snu książce o Pippi Pończoszance – Astrid Lindgren*. Drugim oczywistym skojarzeniem było sikanie, wszak tak właśnie brzmi to słowo po francusku.

Dotarliśmy z rana do wybrzeża, by ruszyć szybką łodzią do położonej 46 km od nas pierwszej wyspy. No dobra, kolejność była odwrócona – w pierwszej kolejności odwiedziliśmy najdalszą wyspę, gdzie można zobaczyć m.in. Grotę Wikingów, a później ruszyliśmy w drogę powrotną przez kolejne wyspy. Ale o tym za chwilę.
*Wszystkim czytającym do snu dzieciom polecamy jej książki. Naszym pokemonom chyba najbardziej podobała się „Bracia Lwie Serce” ale najbliższa nam jest oczywiście „Ronja, córka zbójnika”.
Odprawa
Pierwsze, co po rejestracji nam zaproponowano, to tabletki na chorobę lokomocyjną. Niezły początek – wizja wymiotujących współpasażerów nie napawał nasze żołądki ekscytacją. Niebieska chętnie by skorzystała ale przy karmieniu niestety nie można ich zażywać.
W cenie mieliśmy dostęp do „darmowego” bufetu śniadaniowego. Kawa i herbata (inna niż rozpuszczalna) były płatne, więc był to pierwszy punkt, gdzie pojawiła się różnica od ustaleń w kwestii tego co zawiera pakiet wycieczki.

Wtedy też nastąpiła odprawa – dobrze, że usiedliśmy przy samej ścianie z mapą, bo inaczej niewiele byśmy zrozumieli – w poczekalni był tłum ludzi – odprawa była dla 3-4 łodzi, więc pewnie ze 100 osób się tam kręciło próbując dopchać się do tostów i dżemu.
Plan był odwiedzić trzy wyspy, z czego dwie to Phi Phi Ley oraz Phi Phi Don, a do tego mała wyspa Khai Nok.
Speedboat
Czyli szybka łódź. To taka jednopiętrowa łódź, która zaprojektowana jest by pływać szybko (jak nazwa sugeruje). W tej historii pojawią się również Longboat, czyli długie łodzie – drewniane konstrukcje z silnikiem samochodowym zamontowanym na końcu, zdolne przewieźć mniej pasażerów i raczej wolniej ale za to bardzo malownicze.
Gdy przyszedł czas pakowania się na łódź, mieliśmy już jakieś doświadczenie i wiedzieliśmy, że nie ma takiej opcji byśmy siedli na przodzie łodzi. Niebieska, jak zobaczyła, że istnieje takie niebezpieczeństwo prawie się cofnęła i zrezygnowała z wycieczki. Ostatnim razem jak wsiedliśmy na taką szybką łódkę (a było to na Polinezji Francuskiej, gdzie „polowaliśmy” na wieloryby) to skończyło się tym, że moja żona (wtedy jeszcze narzeczona) jedyne co widziała to fale bezpośrednio przed jej nosem podczas zwracania treści żołądkowych podczas 4 godzinnego rejsu. Wielorybów wówczas nie zobaczyła (chociaż mi się udało).
#TravelTip: Nie siadajcie na siedzeniach na początku łodzi! Tam zmokniecie i najbardziej was wytrzęsie!

Tak jakoś wyszło, że byliśmy niemal na samym końcu kolejki, ale z racji mnogości dzieci nam towarzyszących dostaliśmy miejsce nie na przodzie (trzeba było poprzesuwać ludzi, bo siedzenia były po obwodzie – nie w rzędach). Udało nam się wcisnąć, ale zdecydowania za dużo ludzi pakowali na te łodzie. Kolejny zawód nas spotkał, gdy poprosiliśmy o kamizelki – dziecięce rozmiary były zdecydowania za duże jak na nasze małe dzieci, mimo zapewnień dzień wcześniej, że na pewno będą odpowiednie (tu drugi minus) i ogólnie było ich za mało na całą wycieczkę (łącznie na niej była 6 niskowzrostowców). A jeśli się zastanawiacie – po co kamizelki: wypadki na łodziach raczej się nie dzieją w tempie Titanica, by orkiestra zagrała jakiś kawałek, zaś Leonardo miał czas wykombinować jakieś drzwi. Mając pod opieką 4 dzieci, z 4 rękami do dyspozycji (i potrzebą trzymania się czegoś), należy oczekiwać nieoczekiwanego.
Nasze miejsca były na samym końcu łodzi, więc przy samych silnikach – uwierzcie, nie jest to coś cichego.
Ko Phi Phi Lee
Ko oznacza wyspę. Pierwsza, położona około godzinę ogłuszającej podróży wyspa oferuje takie atrakcje jak Jaskinia Wikingów, czy Plażę Maya. Szczęśliwie trasa, mimo iż długa, nie była aż tak wyboista (morze było spokojnie tego dnia), zaś Tamara przespała większość odcinka, zatem dużo nam to pracy odjęło.

Jednocześnie, ta wyspa, to pasmo zawodów. Zacząć należy od tego, że łodzi jest tu pełno (i nie tylko tu z resztą). Wysyp turystów jest ogromny – szacuje się, że wyspy te odwiedza 1000 turystów dziennie! Zatem po przypłynięciu na miejsce trafiliśmy na korek z łodzi. Sami się też do tego korka przyczyniliśmy, ponieważ – jeśli ktoś chciał, za dodatkową opłatą, mógł skorzystać z usług lokalnych przewoźników na Longboatach. Problem z tym, że trzeba takie łodzie upolować, więc staliśmy w miejscu pół godziny, by poszukać kilka łodzi chętnych zabrać wybranych turystów na pokład, a do tego podpłynąć pod naszą i odebrać ludzi. Innymi słowy, staliśmy w miejscu – może i pięknym przyrodniczo, ale zatłoczonym łódkami i z chaosem organizacyjnym na pokładzie. Niezbyt przyjemnie.
Później dopłynęliśmy do jednej ściany (bo brzegiem tego nazwać nie można), gdzie można było skorzystać i wskoczyć do wody. Posiadanie kamizelek okazało się strzałem w dziesiątkę, bo dzieci były chętne by wejść do wody, a dna nie sięgały stopami (a nawet jakby sięgnęły to by pocięły sobie stopy od morskich żyjątek), więc mogły sobie swobodnie pounosić się na wodzie. Niestety tego pływania było może 10 minut (bo większość czasu przeznaczonego na pływanie straciliśmy szukając wcześniej wspomnianych longboatów), gdy zostaliśmy zebrani na łodzi i ruszyliśmy zobaczyć plażę Maya. I tutaj znowu trzeba przywołać Leo, bo plaża ta została spopularyzowana dzięki innemu filmowi z nim w roli głównej. Tytuł to „Niebiańska Plaża” i chociaż tym razem DiCaprio nie umiera, to wpada w obłęd. Kto nie wie o co caly ten ambaras, niechaj poszuka sobie w Internecie zdjęcia, jest to unaocznienie wyrażenie „raj na ziemi”.


Jednak wejście na plażę (jest od drugiej strony przełęczy – nie można już wpływać do zatoki statkami) było zajęte przez kolejkę łodzi do skorzystania, więc plan został przearanżowany, by wcześniej udać się na snorklingk.
O ile wcześniej Niebieska sobie popływała z dziećmi, to tym razem ja wybrałem się podziwiać podwodne morskie życie. I przy okazji pilnować by dzieci się nie rozdzieliły i trzymały się naszej tratwy z kawałka styropianu.



Tutaj znów mamy zastrzeżenia (ale narzekamy!), bo snorkling odbywał się przy głębokości wody więcej jak 30 metrów, więc rafy koralowej nie uświadczysz – a co za tym idzie nie za wiele żyjątek będzie można sobie podziwiać. Jedyne, co ciekawego udało mi się dojrzeć to około centymetrowa meduza dryfująca sobie pomiędzy nogami zagubionych turystów.
Po 10 minutach zostaliśmy zebrani i ruszyliśmy sprawdzić kolejkę na plażę Maya. Okazało się, że niestety nie będzie możliwości odwiedzenia rajskiej plaży, ponieważ fale są za duże by móc bezpiecznie zejść na pływające molo.


A, wspominaliśmy, że gdzieś tam była jaskinia wikingów? No to była, ale zasadniczo przepłynęliśmy obok – i tak nie byłoby za bardzo jak się dopchać do oglądania (kto widział tam jakiego wikinga?).
Po drodze jeszcze podpłynęliśmy pod plażę małp. Jeszcze kilka lat temu można było zejść na tę wyspę ale teraz jest to już zakazane, ponoć zdarzały się epizody pogryzień przez te małpiszony. I nawet pamiętam jak moja przyjaciółka Marta (ciepłe buziaki dla Was w chłodnej Warszawie) była naocznym świadkiem ataku na jakąś turystkę.







Ko Phi Phi Don
Czas mija, a w brzuchu zaczyna burczeć. I tutaj trafiliśmy na pierwszy organizacyjny sukces. Dopłynęliśmy do wyspy Phi Phi Don. Tam, pośród ludzi tłumu, zostaliśmy poprowadzeni do jadłodajni z otwartym bufetem, który był naprawdę smaczny! Jedyny mankament to ograniczony czas na zjedzenie – ale to się rozumie, wszak łodzie czekają, a kolejne wycieczki również chcą coś zjeść.



Skorzystaliśmy więc i napchaliśmy brzuszki (dzieci nawet same latały po dokładkę – usamodzielniają się nam w oczach!). Nie zostało niestety zbyt wiele czasu by nacieszyć się plażą, ani tym bardziej wyspą. Jeśli ktoś ma ochotę (a jest spora i ma nawet kilka keszy), to powinien raczej się rozglądnąć za wyprawą nie z Phuket, ale z kontynentalnej Tajlandii. Nie twierdzimy, że takich nie ma – ale jest po prostu bliżej.
Zatem, zdążyliśmy się cali oblepić piaskiem, by wrócić na łódź.
Ko Khai Nok
Ostatnia wyspa – położona około 15 minut od Phuket. Wyspa to może za dużo powiedziane – wysepka bardziej pasuje.
Tutaj w końcu mieliśmy czas by sobie na spokojnie skorzystać z plaży i podziwiać widoki. I chociaż nie miała aż tak imponujących wapiennych górskich tworów, to sam fakt bycia na wyspie, na której drugi koniec można przejść w minutę, robi wrażenie.

Tutaj dzieci mogły na własny sposób nacieszyć się wodą i plażą, chociaż w pewnym momencie, gdy zorientowały się, że to co dajemy im do jedzenia (coś w formie ciastka-placka), również smakuje chmarze rybek, jedyne co chciały robić, to właśnie je dokarmiać. Tyle radości i dziecięcych uśmiechów, gdy ryby wręcz wyrywały im z rąk po kawałku ciasta, to wyspa nie słyszała od dawna.
Po czasie stwierdziliśmy, że to tutaj powinien odbyć się ten snorkling – było wystarczająco czasu, rybek i możliwości.
Była też opcja wynajęcia przezroczystego kajaku która zawierała się w cenie wycieczki, o czym się dowiedzieliśmy już po fakcie (i znów zastrzeżenia!), a szkoda, bo z chęcią byśmy spróbowali.



Wnioski
Czy było warto się wybrać? Tak, to nowe doświadczenie, dzieci koniec końców się dobrze bawiły. Mimo naszych powyższych narzekań to bardzo dobrze wspominamy ten dzień. Aczkolwiek chyba byśmy się zdecydowali na bardziej okrojony program, albo dłuższy wypad. Albo dzień na którejś z wysp? Kto wie – opcji jest wiele, a organizacyjnie można to lepiej przygotować.





Dodaj komentarz