[041] Słońeczna wyspa

Z północy znów wracamy na południe (ale skaczemy po tej Tajlandii).

Azja jest nieetyczna a Tajlandia słoniami stoi. A szczególnie białymi, chociaż takich ze świecą szukać w dżungli. Ale niech się taki biały słoń przyśni matce jakiegoś proroka i masz słoniu placek (dla nie zorientowanych zapraszamy do rzucenia okiem do wpisu Kolory północy: biały). Tak też się stało i nagle gdzie się nie obejrzysz, tam biały słoń: na ubraniach,  kubkach, magnesach, naszywkach, t-shirtach, czapkach, czy flagach marynarki wojennej.

Nie myśl o różowych słoniach

Symbol

Tajlandia za symbol obrała sobie właśnie białe słonie. Tutaj mowa o słoniach azjatyckich/indyjskich (tych afrykańskich nie idzie wytresować), które są mniejsze od swoich afrykańskich pobratymców (3.5m vs 4m), lżejsze (6 ton vs 7.5 ton), mają jednego palca na trąbie, mniejsze uszy i dwie „kopuły” na głowie. Białych słoni nie ma, ale umaszczenie może przybierać całe spektrum szarości – łącznie z tymi bardzo jasnymi odcieniami. Te jasne uważane są za królewskie, ale zdecydowanie rzadsze niż ciemnoszare kuzynostwo. W buddyzmie symbol siły, mądrości i gracji, są wielkimi, nieskaczącymi (jedynymi) ssakami, które nie za bardzo nadają się jako domowe zwierzęta.

Słoniowa sesja

Stanęliśmy przed kolejnym dylematem moralnym: czy wybrać się na obcowanie ze słoniami? Tak, wiemy – pułapka na turystów, wyzysk słoniowy i w ogóle koniec świata. I choć w tym może być sporo racji. Ale to znów jest jak z dyskusją na temat koni nad Morskim Okiem: Co się stanie z tymi końmi, gdy zostaną zastąpione wózkami golfowymi? Pójdą na wcześniejszą emeryturę? Może zostaną wypuszczone na wolność, gdzie dołączą do swojego stara i będą bieżały po bezkresnych stepach Tatr? A teraz weźmy sobie takie słonie, które jedzą 200 kg jedzenia dziennie. Ich naturalne środowisko – dżungle – w zasadzie już nie istnieje w Tajlandii (w 1992 roku szacowało się, że jedynie 20% powierzchni kraju pozostało lasami). Kto się zajmie bezrobotnymi słoniami?

Żyjemy w czasach, gdzie ta dziwna symbioza człowieka ze zwierzęciem wydaje się najlepszym rozwiązaniem. Wiadomo, nasz najedzony, europejski brzuch woła o wyzysku zwierząt, ale ludzie tu żyjący też próbują przeżyć i wykarmić swoje rodziny – a najedzony Europejczyk, lub otyły Amerykanin (co za pleonazm) jest gotowy za to zapłacić.

Czy to jest szukanie usprawiedliwienia? Być może. Ale zdecydowaliśmy się skorzystać z takiej opcji, także by dać możliwość dzieciom zobaczenia takiego zwierzaka z bliska.

Zatem wybraliśmy się.

Dojazd okazał się długi, samo miejsce, to urocza, malutka i najwyraźniej prywatna plaża, która służyła właścicielom do wyprowadzania słoni na kąpiel i fotosesje. Komentarze w google można podzielić na dwie grupy: pięciogwiazdkowe i jednogwiazdkowe. Sami jesteście w stanie sobie wyobrazić jakie były komentarze. Miejscówka jest mała, raczej z tych, gdzie małym nakładem finansowym chce się osiągnąć jak najwięcej.

Po przebraniu się w stroje kąpielowe zeszliśmy na plażę i zostały przyprowadzone 4 słonie – 2 dorosłe i 2 dzieci.

Pierwszą aktywnością, proponowaną przez obsługę była jazda na grzbiecie. Baltazar i Makary (choć ten mocno niechętnie) zdecydowali się wziąć udział. W tym momencie, ja, który obiecałem sobie, że nie będę jeździł na słoniach, siadłem na drugiego, by dodać im otuchy – wszak wymaga to nie lada odwagi, by wejść na zwierzę kilkaset razy cięższe i kilkukrotnie większe od siebie. Okazuje się, że słonie mają włosy. I to takie twarde, ale bardzo rzadkie.

Jednak cierpliwość Makarego skończyła się, gdy poczuł smyrającą go trąbę. Owszem, jest to uczucie z tych niespodziewanych łamane na fujkowych, ale przecież jesteśmy w towarzystwie wielkich zwierzaków.

Makary odpuścił, ale Aurora próbowała i dała się sfotografować kilka razy. Jednak ona również nie podołała ciekawskim trąbom. Aczkolwiek wszelkie złe odczucia zostały odmienione, gdy przyszedł czas karmienia – każde dziecię dostało koszyk z kawałkami trzciny cukrowej. Znikające w paszczach, dostarczane trąbami smakołyki zdecydowanie wzbudziły entuzjazm dziatwy. Bardzo też im się spodobało jak „słoniki robiły serduszko” czyli ustawiały trąby w w spiralę żeby zapozować do zdjęcia.

Apetyt porównywalny do Makarego

Zakończyliśmy spotkanie ze słoniami krótką sesją zdjęciową. Mieliśmy w teorii więcej czasu ale woleliśmy jednak odpuścić. Inni turyści faktycznie cykali fotki na potęgę (można było wynająć sobie fotografa), siadali na trąbach słoni, które je wówczas podnosiły, ale nas to nie interesowało: instynkt samozachowawczy jednak podpowiada, że to dzikie stworzenia, nazywane są też „łagodnymi olbrzymami” ale jednak chyba każdy ma jakiś swój punkt graniczny. Dla nas jednak priorytetem był komfort (wszystkich obecnych ssaków i dużych i mniejszych) oraz ogólna możliwość obcowania ze słoniami. A koniec końców dzieci zdecydowanie bardziej zainteresowały się wiszącą huśtawką.

I tak można podsumować całe to spotkanie. Czy byśmy powtórzyli? Nie, raczej nie. Czy nie będziemy spali po nocach z tego powodu? Też nie.

Etyczna alternatywa?

Istnieją tak zwane etyczne sanktuaria dla słoni. Są to miejsca, gdzie przyjmowane są słonie na emeryturze, gdzie można je nakarmić, wykąpać czy pomóc w ich opiece. Ogólnie odchodzi się od jeżdżeniu na ich grzbiecie i rynek też to zauważa, więc jest sporo miejsc, które reklamuje się jako „nie wykorzystujących słoni do przewozu ludzi”, jakoby to było coś jak wspomniane sanktuarium, ale najczęściej jest to tzw. „chłyt martenkingowy”, więc miejcie się na baczności i róbcie dogłębny reasearch.

A na koniec coś „ciekawego” – w czasie jak byliśmy na Phuket, jeden człowiek zginął właśnie w takim miejscu – studentka z Hiszpanii została przebita kłem słoniowym podczas „etycznego” kąpania olbrzymów. To taka przypominajka, że to wciąż są dzikie zwierzęta.

Ktoś tu lubi słonie

Alfabet

Odwiedzając Tajlandię, wspólnie stwierdziliśmy, że pismo tajskie wygląda jak stado słoni. No popatrzcie sami: อักษรไทย (àksŏn thai – tajskie pismo). Swoją drogą, to nie można za bardzo nazwać alfabetem, ale raczej  abugida – system zapisu, gdzie jeden znak równoważy naszą sylabę. A tak wygląda słoń po tajsku: ช้างเอเชีย (aż widać trąbę po lewej stronie!).

Możemy mieć takie coś w domu?

To może urodzinki?

Tak się składa, że w tym czasie Tajlandię odwiedzała nasza przyjaciółka (i była współlokatorka) Agata. A przy okazji zbliżał się pierwsze urodziny Tamary. Dlaczego by nie połączyć przyjemności i spotkać się na imprezie urodzinowej? I tak też to wszystko zorganizowaliśmy (fajnie się tak przypisuje zasługi – zorganizowała Niebieska).

Do tego wszystkiego dorzuciliśmy przyjaciela Mikołaja do miksu i można rzec, że był tłum.

Ciocia szybko wkupiła się w łaski

Wstępnie mieliśmy się spotkać na plaży Patong – wujek Mikołaj bardzo kręcił nosem – ta plaża jest bardzo popularna, tak zwana imprezownia. Obok jest spore zaplecze sklepowo – usługowe, gdzie nie brakuje turystów i ludzi, którzy próbują na nich zarobić. Ale plaża też jest piękna, ma piasek złoty i spokojne wody.

Ale w skutek błędnie wykonanych komunikatów Agata zdecydowała przyjechać bliżej nas, na plażę Tri Trang. I szczerze mówiąc – to był strzał w dziesiątkę! Jest to mała plaża, z całym zapleczem (od masażu, poprzez restaurację, prysznice, na basenie dla chętnych kończąc). Do tego darmowe leżaki do dyspozycji i piękny, jedwabny piasek z którego robi się świetne zamki. Jedynym mankamentem jest fakt koralowców w wodzie, więc podczas odpływu trzeba być bardzo ostrożnym. Aczkolwiek większość przez nas odwiedzonych plaż miały tę przypadłość, więc może warto po prostu wziąć ochronne buty do Tajlandii.

Wracając do urodzin – wybór plaży Patong wynikał z faktu, że Niebieska znalazła tam piekarnię, która zrobiła nam tort dla Tamary-Kapibary (kto się domyśli jak wyglądał?). No ale zmieniliśmy plażę, więc musieliśmy wymyśleć jak odebrać ten tort.  Rozważaliśmy zatrudnienie przewoźnika w aplikacji GRAB, ale tak się złożyło, że wcześniej zdecydowaliśmy się na wypożyczenie samochodu i skorzystaliśmy z opcji dostarczenia auta do wybranego miejsca – na plażę Tri Trang. Tak więc, jak tylko samochód do nas dotarł, to pierwszym doświadczeniem prowadzenia w ruchu lewostronnym była wyprawa po tort dla małej. Bardzo fajna motywacja, chociaż był to skok na głęboką wodę.

#TravelTip Do kierowania samochodem wymagane jest międzynarodowe prawo jazdy. Można je zdobyć w starostwie powiatowym i nie jest to droga impreza. Są dwie konwencje, które obejmują różne kraje, więc warto popatrzeć, które kraje będzie się odwiedzać.

Tort zdobyty, można świętować. Ciocia Agata zaproponowała wróżbę, gdzie dziecko ma do wyboru kilka elementów – symbolizujące różne profesje – a to, które złapie jako pierwsze będzie pokazywało drogę w przyszłości.

Do dyspozycji miała balony, pieniądze, plasterki opatrunkowe, okulary, szczotkę do włosów, długopis i książkę. Wymyślenie znaczeń tych przedmiotów zostawiamy czytelnikom (jakże mądrych, kreatywnych i pełnych inteligentnego poczucia humoru). Wybrała okulary. Interpretacja? Celebrytka? Aktorka? Modelka? Praca przy laserach? (Interpretacja ciotki Agaty: podróżniczka! I tak nam się najbardziej podoba)

Odśpiewaliśmy sto lat, zrobiliśmy sesję fotograficzną i daliśmy arkusze pełne tatuaży do wykorzystania przez starsze dzieci (malutka też zyskała swoją pierwszą dziarę na ramieniu).

I tak spędziliśmy cudowny czas wspólnie na plaży świętując pierwszy rok życia Tamary. Było idealnie (nawet z całym piaskiem wszędzie).

A było ich trzech

Jesteśmy z tych ludzi, którzy przytulają sobie tradycje różnych nacji i staramy się świętować zgodnie (lub jak nam się wydaje) ze zwyczajem. I jest to z pewnością dzień Świętego Patryka (wszak ślub wzięliśmy 17. marca), topienie Marzanny (ty akurat nie jesteś obiektywna Marzanno), Noc Świętojańska (dzieci kochają ją obchodzić), Dziady (tutaj nie trzeba było nic zapożyczać – dostaliśmy w pakiecie z orłem białym) czy Haloween (ku uciesze stworków). Do tego peruwiańskie poważaniePacha Mammy, czy otaczanie się Moai z Wysp Wielkanocnych.

Ale pierwszym ze świąt przez nas obchodzonych jest Święto Trzech Króli. Nie trzeba chyba tłumaczyć dlaczego (a jeśli trzeba, to mamy 1/3 składu królewskiego orszaku na pokładzie). Ale nie urządzamy procesji po mieście (choć może powinniśmy zacząć?), ale świętujemy to na modłę hiszpańsko-francuską.

A świętuje się to tak: Rodzina (i przyjaciele) zbierają się wspólnie przy stole, na którym leży Gallette des Rois (ciasto królewskie), w którym znajdują się ukryte figurki. W wersji francuskiej jest to figurka króla, zaś w hiszpańskiej dodatkowo fasolka (jeśli jest to hiszpańskiego ciasto to nazywa się Roscon del Reyes i smakuje gorzej niż jego francuski kuzyn). W zależności jakie ciasto nam się uda zdobyć, to świętujemy tę wersję. Ciasto kroi się na tyle kawałków ile jest uczestników. Najmłodszy z uczestników wchodzi pod stół i wskazuje po kolei osoby, które dostają kolejne kawałki ciasta.

Osoba, która wylosuje figurkę zostaje królem i przywdziewa koronę, zaś w przypadku wersji z fasolką, osoba, która na nią trafi kupuje ciasto w przyszłym roku.

Zwyczaj ten Niebieska przywiozła ze sobą z Francji, z czasów gdy tam pracowała jako au pair przy francuskiej rodzinie.

Phuket jest wyspą o dosyć mocno rozbudowanej infrastrukturze pod zachodniego turystę. Dlatego można tu spotkać sporo francuskiej kuchni, czy piekarni – i tym samym również Gallette des Rois (w wersji francuskiej). Aczkolwiek zamówienia trzeba składać z niemałym wyprzedzeniem, ale udało nam się znaleźć, że ciasto te można również zamówić w zwykłej sieci supermarketów Tops z dostawą.

I tak też się stało – ciasto zostało zamówione, skonsumowane, zaś królem został – Baltazar (ku jego uciesze i zawodzeniu Aurory). Jak świętować swoje imieniny, to tylko po królewsku!

PS: Pozdrowienia dla wujka Kotera, który to w zeszłym roku był królem (o czym pamiętał Baltazar).

Król jest tylko jeden, choć było ich trzech

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *