Witaj nowy kraju! Jak miło Cię zobaczyć z okien autobusu. Wróć… Ale jak to „z okien autobusu”? To nie samolotem?
Nie tym razem – zdecydowaliśmy się przekroczyć granicę autokarem i to nie z powodu potrzeby przewiezienia płynów ponad 100ml w pojemniku…

Widok z naszego apartamentu
Żegnaj Singapurze
Zdecydowaliśmy się na jazdę autobusem. Było taniej o ponad 1000 PLN, zaś czas podróży to bagatela 4 godziny. Po angielsku mówi się o takiej decyzji no-brainer, czyli nie poświęciwszy jej zbyt wiele czasu do namysłu – wszak to świetny pomysł.
(*Errata – Okazuje się, że jednak decyzja o jeździe autobusem była przeciwieństwem pochopnego działania. Uzmysłowiła mi to ukochana, najcudowniejsza na świecie małżonka, która – jak się okazało po lekturze powyższego akapitu – bardzo długo zastanawiała się, jak pokonać trasę Singapur – Kuala Lumpur. Ale jednak jej pragmatyzm i niechęć płacenia prawie 1800 PLN za przejechanie 300 kilometrów zwyciężyło nad czasem pokonania tego odcinka podróży. /To pisałam Ja, żona)
Wyjazd był z innego miasta w Singapurze.
Być może nieszczególnie dobrze to wytłumaczyliśmy we wcześniejszych wpisach: Singapur składa się z 24 (stan na 2024) miast. Chociaż może określenie miasto jest nieco mylące, ponieważ jest to taki koncept jak np. Stany w USA, gdzie każdy Stan ma pewną autonomiczność, ale wciąż podlega centralnemu rządowi. I tutaj to się zwie „nowe miasta Singapuru” (New Towns of Singapore). Idea polegała na stworzeniu kolejnych „dzielnic”, które mogą być samostanowiącymi się miastami, wraz ze wszystkimi potrzebnymi instytucjami, takimi jak szkoły, miejscami do życia, parkami, podłączeniem do komunikacji i tak dalej. Jeśli ktoś jest zainteresowany szczegółami, zapraszam na (niestety angielskojęzyczną) Wikipedię: https://en.wikipedia.org/wiki/New_towns_of_Singapore

Wyruszyliśmy zatem spod centrum handlowego „miasta” Jurong West. A dokładniej z „dworca” obok. Tutaj cudzysłów był wymagany, ponieważ poza parkingiem dla autobusów i kilku punktów usługowych nie było tam nic z dworca – ani poczekalni, ani tablicy z rozkładem jazdy, ani kasy ani żadnej informacji! To, który autobus był nasz rozpoznaliśmy po nazwie przewoźnika – Super Nice Express – oraz pytając wielokrotnie kilku ludzi, którzy zmierzali w tym samym kierunku co my.

#TravelTip przed wyjazdem należy wypełnić Malaysia Digital Arrival Card https://imigresen-online.imi.gov.my/mdac/main i to kazał też nam pokazać kierowca przed wejściem do autobusu. Dwóch Australijczyków nie wypełniło tego i okazało się, że nasza karta SIM z pakietem Internetu uratowała komuś podróż – siedzieli za naszymi dziećmi, więc nawet jeśli by mieli uwagi co do ich zachowania, to po tej akcji już nie mogli narzekać:)
Przekroczenie granicy odbywa się dwukrotnie – przed mostem i za mostem. Przed mostem opuszcza się Singapur, za mostem zaś wjeżdża się do Malezji. I na obu, trzeba opuścić autokar i przejść przez kontrolę. Ten drugi przystanek był z tych stresujących, ponieważ – w odróżnieniu od pierwszego – należało wyjść z całym swoim dobytkiem. Autokar mógł poczekać maksymalnie 30 min na pasażerów, wiec w jeśli kontrola by się przedłużyła, to należy poczekać na następny z tej firmy, który przyjeżdża później. Rzecz jasna bardzo chcieliśmy uniknąć tego losu, więc z naszym tobołem (wózek, dwa plecaki 70 litrowe, 2 małe plecaki podręczne) i gromadą dzieci (cały czas 4 sztuki, tutaj bez zmian) musieliśmy przeprowadzić bardzo sprawną akcję. Wiedzieliśmy o tym procesie wcześniej, zatem zdążyliśmy wielokrotnie powiedzieć o tym dzieciom, przygotować ich i siebie (Ty bierzesz dzieci, Ja biorę bagaże). W momencie godziny zero, rzecz jasna kilka spraw się nie udało, pakowanie i zbieranie się dzieci potrwało na tyle długo, że mimo iż siedzieliśmy na początku autobusu, to wyszliśmy z niego ostatni.
Całe szczęście nie było kolejki do kontroli celnej, zaś skanowanie bagażów (tak, też było) było bardzo pobieżne.
Zadowoleni i uwolnieni od stresu złożyliśmy ofiarę bogom podróżników (tzn. poszliśmy do WC) i ruszyliśmy do tego samego autokaru, którym przyjechaliśmy (był to nie lada sukces i spory stres, zatem powrót do tej samej maszyny był nagrodą).
#TravelTip nie omijajcie toalety na przystankach – w autobusach, według malezyjskiego prawa – nie można montować toalet!



Reszta podróży minęła w całkiem przyjemnych okolicznościach. W prawdzie nie było zbyt wielu widoków do podziwiania za oknem, ale miejsca na nogi był ogrom. I nie tylko nogi – szerokość foteli zadowoliłaby średniego Amerykanina i ogromnego Europejczyka. A do tego rozkładały się prawie do pełnego spania, wraz z podnóżkiem, więc nie trzeba było czekać zbyt długo by niektórzy zaczęli ucinać komara. Aurora przeszła w tryb pełnego kokonu – przykryta bluzą aż po czubek głowy (było chłodno od klimatyzacji), Tamara przespała się na najlepszej poduszce na świecie – na swojej mamie, zaś Makary nie przejął się niczym i po prostu się kimnął, Baltazar zaś dopingował autobus by jechać najszybciej jak to możliwe.
Malezja
Skoro dzieci śpią, zaś za oknem nie ma za bardzo co oglądać, to pomówmy o Malezji.
Malezja to kraj podobny rozmiarowo do Polski (330tys vs 310tyś km2) o przybliżonej liczbie ludzi (33m vs 37m). Ustrój to federalna monarchia konstytucyjna (w odróżnieniu od Polski, no chyba, że ktoś jest fanem JKM), gdzie król jest wybierany co 5 lat przez Zgromadzenie Władców. Tak, król jest wybierany przez Zgromadzenie Władców. Czy tylko ja tu czuję dobry motyw na powieść fantastyczną?
Historia Malezji to mieszanina kolonistów z Portugalii, z Wielkiej Brytanii, konfliktów z Indonezją, Tajlandią czy Japonią. Stracili w międzyczasie Singapur, byli tłamszeni przez różne narodowości, ale chyba wychodzą na prostą. A przynajmniej tak się mówi o stolicy – Kuala Lumpur – która plasuje się w czołówce najszybciej rozwijających się miast świata.



A i co najważniejsze – w Malezji produkuje się Hot Wheels.
Witaj Kuala Lumpur
I tak, po 6 godzinach podróży (zamiast planowanych czterech) wylądowaliśmy na dworcu autobusowym w Kuala Lumpur.

Wielkie Kuala Lumpur (கோலாலம்பூர்), czyli Błotniste Ujście, to założona w 1857 przez 87 chińskich pracowników kopalni cyny (z czego większość zmarła z powodów chorób zawodowych), która jakoś przerodziło się w miejsce zamieszkania 7 milionów ludzi i miejscem odwiedzin 11 milionów turystów rocznie. Jest to miasto, gdzie wieżowce spotkasz, gdzie okiem sięgniesz, z zdecydowanie niedostosowaną przepustowością ulic na takie zagęszczenie ludzi oraz z brakiem planu architektonicznego (zatem widok tradycyjnych domków chińskich pracowników obok kilkudziesięciopiętrowych wieżowców jest widokiem powszechnym).
Sam dworzec autobusowy zwany TBS (powszechnie używana nazwa, jak raz kogoś spytaliśmy o „Dworzec Autobusowy Kuala Lumpur” to nie wiedzieli o co nam chodzi) był zapowiedzią tego chaosu. Zacznijmy od tego, że dwa piętra są niedostępne, chyba, że gdzieś się jedzie. Coś w stylu bramek na lotnisku. Zatem, gdy zamówiliśmy przewoźnika w GRABie,
#TravelTip w Malezji GRAB również działa!

i punkt odbioru był z poziomu 1 – to zgłupieliśmy. Okazało się, że trzeba wyjść z głównego budynku, przejść kładką, zjechać windą, która ma w środku rurę do tańczenia na rurze (by lotniskowymi wózkami na bagaż nie wjeżdżać), a następnie wrócić POD budynek dworca, ponieważ tam jest punkt odbioru zamawiających przejazd przez Internet (tzw e-haling). Nie ma problemu, przecież jesteśmy tutaj tylko ze stertą bagaży i grupą dzieci, zajmie nam to tylko jakieś 40 dodatkowych minut od wyjścia z autobusu…
Na bogato
40 minut później dojechaliśmy do naszego hotelu. A może raczej powinniśmy to nazwać rezydencją? Bo było to coś dużego. Taki wieżowiec z apartamentami. I najwyraźniej jest powszechną praktyką, że jeden „zarządzający” w AirBnB ma pod sobą po kilka, kilkanaście mieszkań w takim budynku, które wynajmuje kolejnym klientom. Więc była to usługa hotelarska? Nikt nie sprzątał naszego mieszkania (poza nami oczywiście, 4 dzieci w końcu), ale zawczasu zaplanowaliśmy życie na bogatości w Malezji po wcześniejszych „trudach” i szukaliśmy miejsca która samo w sobie będzie rozrywką. W budynku znajduje się basen, siłownia, sala zabaw dla dzieci, grill, ogród na dachu, czytelnię czy nawet salę konferencyjną, gdyby ktoś potrzebował.





Same mieszkanie – osobny pokój dziecięcy, dwie łazienki, kuchnia z salonem… A tydzień pobytu w takich warunkach kosztował nas tyle, co jeden dzień w pokoju bez okna w hostelu w Singapurze. To się nazywa skok jakościowy.
Tego dnia słońce towarzyszyło nam od samego początku podróży aż do momentu jak się rozgościliśmy w naszym nowym domu. I wtedy nadszedł On, Malezyjski Monsun…







Dodaj komentarz