[032] Jaskinia małpami strzeżona

Dopiero co wyjechaliśmy z hinduskiej dzielnicy, by trafić do hinduskiej świątyni. I to 3000 kilometrów od terytorialnych Indii!

Ale zanim zagłębimy się w krasowe jaskinie, wyglądnijmy za okno i dajmy się zmoczyć monsunowi.

Monsun

Klimat Malezji, podobnie jak i Singapuru, zdefiniowany jest przez dwie pory monsunowe. Przywieźliśmy zakupione ze sobą kalosze, których koniec końców w ogóle nie używaliśmy, zaś nasz kontakt z monsunem ograniczał się do obserwowania go z 16. piętra naszego wieżowca. I było na co patrzeć. Widok stopniowo znikających kolejnych części miasta, poczucie nieuchronności i ciężkich kropel deszczu poruszał ten nerw, gdzieś z tyłu głowy, ten pierwotnej małpy, która w czasie burzy czuje jakby to był koniec świata.

A jak wygląda Twoja pierwotna małpa?

Ale pogoda była dla nas łaskawa podczas tego wyjazdu – najwyraźniej zsynchronizowała swój kalendarz z naszym i ani razu nie złapał nas deszcz podczas zwiedzania.

Jaskinie Batu

Batu Caves (பத்து மலை) jest mogotem (ciocia Wiki na pomoc: ostaniec krasowy, w postaci izolowanego, zazwyczaj kopułowatego lub stożkowego wzgórza o bardzo stromych, skalistych zboczach, zbudowanego ze skał krasowiejących, które oparły się procesom denudacji), poprzecinane serią jaskiń.

5 minut do centrum (helikopterem)

Ta nieruchomość ma bardzo dogodne położenie – jedynie 13 km od Kuala Lumpur, ze stacją kolei podmiejskich dosłownie obok. Jednak aby dostać się tutaj transportem miejskim to trwa bardzo długo (kolej się tutaj nie spieszy), a i pociągi kursują raz na godzinę skorzystaliśmy zatem z malezyjskiego Graba (Ubera).

Stworzona zaledwie 400 milionów lat, zachowana jest w świetnym stanie, co świadczy o porządnych fundamentach. Rezydencja oferuje ponad 20 komnat, które składają się na 3 wielkie systemy jaskiniowe z połączeniami pomiędzy nimi.

Przynajmniej jest podjazd dla wózków

Przestronna, wysoka na 100 metrów jaskinia, zwana również jaskinią katedralną, daje możliwość organizowania wieloosobowych wydarzeń, co jeszcze podnosi wartość budowli.

Niektóre z jaskiń oferują sporo naturalnego światła, które wpada wraz z deszczem z nieistniejącego sufitu.

Do głównego kompleksu prowadza 272 schody, które zostały w 2018 roku pomalowane w motyw wielobarwnego zjawiska naturalnego, występującego przy jednoczesnym opadzie deszczu i oświetlenia światłem słonecznym, które może nie podobać się niektórym osobom niechętnym wpływowi zachodniej cywilizacji na tradycyjne wartości rodzinne („tęcza” to słowo klucz). Jest to bodaj najbardziej fotogeniczne miejsce w Kuala Lumpur i wabik na turystów.

Gdzie jest Wally?

Obecnie nieruchomość zajęta jest przez wyznawców Buddy, którzy pozwalają sobie na samowole budowlane u podnóża, ale planują wprowadzić windę na szczyt schodów.

Dojścia do świątyni chroni firma ochroniarska Safe Monkey – firma rodzinna, gdzie zatrudnienie znajdują wszyscy członkowie małpiej społeczności, niezależnie od wieku.

Gdy dotarliśmy na miejsce, rzucił nam się w oczy widok sporej liczby małp, zatem chwyciliśmy się za kieszenie i szybko wytłumaczyliśmy dzieciom, że mogą być niebezpieczne i lubią kraść ludziom różne rzeczy (szczęśliwie była mowa o prawdziwych małpach, więc nie trzeba było robić gimnastyki językowej, by nie obrazić żadnej z grup etnicznych). Małpy i gołębie, dwa „urocze” szkodniki dokarmiane przez pielgrzymów. No dobra, sami też rzuciliśmy im resztki jabłek, ale skubańce są wybredne – wolą banany sprzedawane przez miejscowego.

Tam się patrzeć!

Skierowaliśmy się do jaskini, której odwiedzenia nie wymagało porzucania wózka. Jest to prywatna jaskinia, swoista galeria sztuki, wejście jest biletowane. Myśleliśmy, że to część całego kompleksu świątynnego, bo naganiacze nam wskazali drogę, a my jak posłuszne owieczki (albo raczej krówki, skoro miejscówka jest oblegana przez Hindusów) daliśmy się ponieść owczemu (krowiemu) pędowi.

W środku spotkała nas… tandeta. Niestety, o ile w Tajlandii kolorowość i pstrokatość świątyń nie sprawiała wrażenia taniego plastiku, to figury, które opowiadały żywot Buddy(?), w połączeniu z wielokolorowym podświetleniem ścian jaskini zdecydowanie zabijał jakiekolwiek wzniosłe, czy duchowe odczucia. Owszem, tych figur było naprawdę sporo i były zadbane, nierozpadające się, lecz uczucie taniości nie ustępowało na krok. I jeszcze te wszechobecne gołębie które zajęły miejsce, niegdyś zamieszkujących jaskinie nietoperzy… Trzeba jednak oddać, że dla dzieci to była nie lada rozrywka: mnogość, wielkość i koloryt figur zachwyciły je i z chęcią zwiedzałyby dłużej, ale Niebieska ciągle powtarzała: „Chcę iść dalej zanim spadnie deszcz”. Zatem dosyć szybko się z tamtego miejsca ulotniliśmy i skierowaliśmy w stronę głównej atrakcji – tęczowych schodów.

Tęczowych schodów jest 272, prowadzą do największej jaskini (zwana Katedralną – czyżby w hinduizmie nie mieli swoich konstrukcji, że zapożyczają nazwy budynków innej religii?) i są oblegane przez stworzenia o wspólnym przodku.

O czym mogą rozmawiać?

Kierując się naszym doświadczeniem, zostawiliśmy wózek i buty u podnóża (jak nakazywał znak) i ruszyliśmy w górę schodów. Rzecz jasna z wózka wzięliśmy co cenniejsze (jak klucze do mieszkania). Gdzieś w połowie schodów, gdy byliśmy zajęci podziwianiem widoków, śledzenia poczynań małp i pilnowania by żadne z dzieci nie spadło 136 stopni w dół, zorientowaliśmy się, że wszyscy chodzą w butach… Czy powinniśmy się obawiać tego, co zobaczymy u góry?

Po sesji fotograficznej, obserwacji zachowania małp i ludzi dotarliśmy na szczyt. Koniec końców brak butów nam nie zaszkodził – wszędzie było można przejść bosą stopą. Ale nie suchą, ponieważ – jak to w jaskiniach – ciągle gdzieś skraplała się woda. Dodatkowo część z tej katedry nie miała „zadaszenia” i powodowało to naturalny spadek wody do środka, który nazwaliśmy prysznicem – z którego wszyscy chętnie skorzystali, bo było gorąco i duszno.

Ktoś jest zadowolony, że będzie prysznic!

We wnętrzu jaskini można znaleźć kilka punktów religijnych (coś a’la ołtarzów), sklepików z pamiątkami i jeszcze kilkanaście schodów.

Można zatem podsumować, że jaskinia jest imponująca swoją naturalną formą, zaś z obiektów uczynionych ludzką ręką, to właśnie same schody są najbardziej malownicze.

Schodzenie w dół dało możliwość ponownej interakcji z małpiatkami, która to zaogniła się już na samym dole. Po dotarciu do wózka zorientowaliśmy się, że ktoś grzebał w naszych rzeczach. I nie był to człowiek, ponieważ – kimkolwiek był ten niegodziwiec – był bardziej zainteresowany tym, co się stanie, jak się wyciągnie gumową końcówkę butelki dziecięcej aniżeli tym, co może kryć się za zasuniętym zamkiem. Nie było poważnych strat, więc szybko się zebraliśmy, rozdaliśmy dzieciakom po jabłku i gdy mieliśmy ruszać, zrozumieliśmy swój błąd. Wyciąganie jedzenia w otoczeniu małpiego gangu to nie jest dobry pomysł. Małpi krąg zaczął się zacieśniać wokół nas, my zbiliśmy się w ciaśniejszą grupkę, aż nastąpił atak. No dobra, może nie atak, ale jedna z małp zdecydowała, że wystarczy tego patrzenia sobie w oczy i ruszyło z zamiarem zdobycia tego, czymkolwiek się te ludzie pożywiają. Skierowała się w stronę Aurory, ale nie znasz potężniejszego stworzenia, niż matka broniąca swoje młode – Niebieska wyskoczyła i jako pierwsza wyrwała jabłko z rąk Aurory. I nie, to nie było celem skonsumowania, lecz by odwrócić uwagę. Ta niespodziewana akcja skutecznie wytrąciła małpy z rytmu, które rozbiegły się na zadowalającą nas odległość (Aurora pozostała już potem zestresowana, w końcu jest to wrażliwe stworzenie, ale udało się ją uspokoić i z czasem wspomina małpy jako przygodę). By nie kusić losu, ruszyliśmy dalej, zaś jabłka zaczęliśmy jeść dopiero ładnych kilkadziesiąt metrów od tej nikczemnej gromady. Po drodze pogroziliśmy 43 metrowemu posągowi Murugana (największy pomnik Murugana w Malezji i drugi na świecie), że jako bóg wojny i zarządzający boską armią trochę to miejsce zaniedbał i pozwolił rozpanoszyć się drobnemu złodziejstwu.

Zakupy

Jak każdy podróżujący, lub emigrujący człowiek, w pewnym momencie włącza nam się tęsknota za domem. A w pierwszej kolejności za kuchnią. Szczęśliwie sztuka gotowania nie jest nam obca (a dla Niebieskiej jest wręcz bliską znajomą), więc co za problem, by machnąć sobie obiadek jak domowy?

Znajdź intruza

Zacznijmy od faktu, że niektórych składników tutaj nie dostaniesz. I nie mówię tu o zacierze na żurek, czy ogórkach kiszonych. Owszem, można znaleźć ziemniaki i śmietanę, ale wymaga to dużo poszukiwań i jest to droga zabawa. Ogólnie w Malezji nabiał jest tak 3-4 razy droższy niż w Polsce. Reszta rzeczy jest w porównywalnych cenach, lub tańsze.

Dorzućmy do tego brak piekarnika i nagle możliwości odtworzenia kuchennego doświadczenia z domu staje się bardzo trudne.

Gdzie są buraki, się pytam. Czy ktoś rozpoznaje chociaż jedno z powyższych warzyw?

Jednakowoż! Tak się złożyło, że nasze mieszkanie położone jest bardzo blisko centrum handlowego z przyklejoną doń IKEĄ! Tak, Szwedzi na ratunek (Jan Paweł Pierwszy pluje sobie w wąsy)! Gdy tylko do nas doszło, że Ikea oferuje nie tylko regały kallax, czy kosze fniss – ma również jedzenie! Tak, wybraliśmy się do restauracji w IKEI, by dać zadość kulinarnym pragnieniom.

Popełniliśmy jednak spory błąd wybierając się tam w niedzielne popołudnie, zupełnie niechcący bowiem podział na dni tygodnia całkowicie stał się dla nas zbędny i rozróżniamy dni datami wylotów (ciągle jednak posługujemy się miesiącami). W związku z powyższym czas oczekiwania na jedzenie był wybitnie długi. Niemniej jednak było to wszystko warte – klopsiki z ziemniaczkami, a właściwie same ziemniaczki przywołały uśmiech na naszych twarzach.

Skoro jesteśmy przy zakupach, to wizyta w markecie to często wyprawa w nieznane. Szczególnie na dziale warzywno-owocowym napotkaliśmy całe regały rzeczy, których nie byliśmy w stanie nazwać, ale zdecydowanie są jadalne. Daje to wyobrażenie, jak wiele jeszcze można odkryć kulinarnych niespodzianek. Jako przykład może posłużyć kawa z awokado. Tak, kawa z awokado – zdjęcie obrazuje jak wygląda, zaś sam smak był delikatny, ciekawy i godny polecenia.

Kawa z awokado

Albo komuś ptaka na obiad? Można sobie kupić kurczaka (na rosołek), gęś (na pasztet) czy gołębia (by słać listy) no i jest jeszcze paw, siedzi w klatce i czeka na nowego właściciela. Nie znaleźliśmy jednak odpowiedzi na pytanie co z nim robią.

Dla dzieci jednak największą radość sprawiła wyprawa do sklepu z zabawkami (nie ma tu zaskoczenia). Przyjęliśmy strategię, że w każdym z krajów, dzieci mogą sobie kupić jedną zabawkę. Rzecz jasna są ograniczenia – cały dobytek musi się zmieścić w ich plecakach, zatem rozmiarowo muszą trzymać się do minimum, lub być gotów porzucić inne zabawki ze swoich plecaków. I w tym miejscu musimy je pochwalić – dzieci zrozumiały reguły i faktycznie poświęcają czas na zastanowieniu się, co wybrać. Baltazar tym razem nie miał problemu – w określonym budżecie mógł wybrać kilka samochodzików Hot Wheels. Dlaczego akurat tych? Jak już wspominaliśmy – są produkowane w Malezji i wybór autek jest zdecydowanie większy, niż w jakimkolwiek innym kraju, w jakim byliśmy. To był dosłownie jego ołtarzyk przed którym medytował zanim był gotowy dokonać decyzji.

Jego twarz na zdjęciu powinna wystarczyć jako dowód, że to był trafiony kierunek.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *