Hue to taka Polska w Wietnamie. Piękne, ale położone w takim miejscu, że stanowił wręcz idealną arenę walk pomiędzy północą i południem. Teraz oczywiście jest spokojnie i my się tam wybraliśmy by podziwiać 6. z 7. obiektów z listy UNESCO w Wietnamie. Ale chociaż zaplanowaliśmy całkiem sporo czasu to zgrzeszyliśmy niedoszacowaniem odległości pomiędzy poszczególnymi obiektami…

Hue Hue Hue
Miasto, którego nazwa brzmi jak kaszel starszego jegomościa, który już dawno przekroczył próg „ostatniego momentu by rzucić palenie” – Hue (hue hue hue), położone jest nad rzeką Perfumową, mniej więcej w połowie Wietnamu (w pionie). Pochodzenie nazwy nie jest jednoznacznie ustalone, chociaż wiodąca hipoteza mówi, że jest to skrócone wyrażenie ở Hương Hóa” (mieszkający/przy Rzece Hương Hóa), pewnikiem jest zaś, że zostało utrwalone podczas panowania dynastii Nguyễn od 1687 roku, gdy wybrali to miejsce jako stolicę kraju. A dokładniej na stolicę swojej połowy, bo kraj był podzielony na północną i południową część. W 1775 roku Trịnhowie zaatakowali gród, w czasie gdy Nguyễnowie zmagali się z powstaniem Tajsonów (a weź to wszystko spamiętaj!) i go zajęli. Niecałe 26 lat później Nguyễnowie odbili ponownie stolicę, przy okazji ogłaszając się władcami całego Wietnamu, nie czekając nawet na zdobycie Hanoi (to się nazywa wiara w siebie).

I tak sobie było stolicą aż do 1945 roku, gdy Hồ Chí Minh przeniósł stolicę do Hanoi (ale o tym już wspominaliśmy w Majestatyczna, Socjalistyczna Koza). Efektem porozumień było jednak podzielenie kraju na pół (znów!), zaś linia demakracyjna (zapamiętać do krzyżówki) biegła w samej bliskości Hue – naznaczając miasto jako pole bitwy.
Zdobywane było raz po raz kosztem architektury i ludności: 31 stycznia 1968 Viet Cong zdobył miasto i wymordował około 3-4 tysiące ludzi uznanych za „wrogów komunizmu”, czyli intelektualistów, cudzoziemców itp., zaś 26 lutego, tego samego roku USA odbiło miasto metodą „zarzucenia przeciwnika bombami, aż nie będzie przeciwnika”. W 1975 roku ostatecznie komuniści przejęli miasto (i kraj).


Dopiero od tego czasu zaczęła się odbudowa zabytkowej cytadeli i innych budowli – przy sporym uczestnictwie naszego rodaka Kazimierza Kwiatkowskiego (więcej o nim we wpisach Sanktuarium Mojego Syna oraz Bambus i kokos).
Trasa Dziedzictwa Kulturowego
Do Hue wybraliśmy się z Da Nang koleją – to niecałe 100 km trasy, więc możnaby się spodziewać szybkiej podróży, ale jak to w Wietnamie – ważne by podziwiać widoki za oknem, więc nie ma potrzeby się spieszyć. Jest to ponoć najpiękniejsza widokowa trasa kolejowa w kraju, zwana także „Trasą Dziedzictwa” łączącą ze sobą najważniejsze punkty z historii centralnego Wietnamu.
#TravelTrip Od kilku lat ta trasa jest rozwojowa i bardzo promowana, polecamy zatem wybrać się w podróż za dnia.





Dobrze, że mamy już opanowane podróżowanie z naszym stadem, ale tym razem nie było kuszetki do dyspozycji, więc musieliśmy zmieścić 6 człowieków na 4 siedzeniach (przecież nie będziemy płacić za bilet, skoro można za darmo – a to tylko 100 kilometrów). Należy podziękować Tamarze, bo miała wizję biegową na tę podróż, więc jeden rodzic za nią biegał, zaś reszta ekipy mogła usiąść na fotelach.
Dojechaliśmy do celu i szybki rzut okiem na mapę dał nam około 2 km drogi do bramy wejściowej do cytadeli, więc zdecydowaliśmy, że zamiast przepłacać za taksówkę, pójdziemy na piechotę.


A było gorąco – dzieci motywowaliśmy obiecanymi lodami, zaś siebie pięknymi widokami zza rzeki na mury. Rzeką Perfumową też można sobie popływać – jedną z polecanych aktywności jest właśnie taki rejs wzdłuż murów. Spacer jednak był błędem – słoneczko bardzo mocno grzało, zaś my w ten sposób jednak marnotrawiliśmy rzadkie zasoby dziecięcych sił do chodzenia.
No ale udało się przejść przez most i zaczęliśmy się zbliżać do głównego wejścia, trzeba było jeszcze przejść obok sklepów i restauracji, by dotrzeć na miejsce.
#TravelTip Przebłysk geniuszu znalazł rozwiązanie na problem przegrzewającego się dziecka w wózku – dostarczyć kubek z kostkami lodu – dziecko się nawadni, schłodzi i nie będzie zazdrościło rodzeństwu „prawdziwych” lodów.
Przejdźmy zatem gęsiego przez pierwszą warstwę murów obronnych – brama cửa Thể Nhân jest tak wąska, że zmieszczą się w niej 3 końskie zadki, lub małe auto i pieszy (myśmy wskoczyli przed wycieczkę, by nie czekać w kolejce zbyt długo na przeprawę).

Święte Armaty
Zaraz za bramą wita nas wiata z działami imponujących rozmiarów. Jest to 9 Świętych Armat (w liczbie 4) – zwane „dziewięciu najwyższych dowódców armii, których majestat jest majestatem geniuszy, którym nic nie może się oprzeć” (to tłumaczenie z wietnamskiego na francuski, a później na język polski), więc muszą robić wrażenie. Nie mogliśmy się oprzeć i załadowaliśmy dzieci do wystrzału, ale żadne z nas nie miało przy sobie zapalniczki, by odpalić lont, więc ruszyliśmy w stronę kasy biletowej do wewnętrznej części.



Cytadela została zaprojektowana przez cesarza Gia Long, założyciela dynastii Nguyen, który wzór oparł na Zakazanym Mieście w Pekinie, chcąc podkreślić potęgę nowej i legitymację nowej dynastii. Pekińskie Zakazane Miasto nazywane jest również Purpurowym Miastem (hej, byliśmy tam! Przypominajka: Cesarz Pierścieni), więc ta nazwa również się i tu przyjęła. Mowa tu o tej najbardziej wewnętrznej części, do której dostęp miał jedynie cesarza, jego rodzina i wybrani eunuchowie (a mówili, że to kariera bez przyszłości). Główną bramę z pałacem przed Zakazanym Miastem łączy coś w co sugeruje most, ale jest bardziej ścieżką. Można to nazwać takim podjazdem, ale nie bądźmy złośliwi. Wspomniany pałac Thái Hòa u jego końca służy obecnie jako przestrzeń wystawienniczą, gdzie można zobaczyć cesarski tron – to tutaj władca przyjmował gości.





Zakazane, a otwarte
Kompleks w Hue od 1993 roku znajduje się na liście UNESCO.
Za pałacem rozpoczyna się faktyczne Purpurowe Miasto (Zakazane). Purpura kojarzona jest z władzą cesarską i boską – symbol najwyższego statusu. W chińskiej astrologii Purpurowe Niebiańskie Sanktuarium (紫微垣, Zǐwēi Yuán) określa Gwiazdę Polarną – nieruchomy punkt na nieboskłonie – czym również miał być władca.
I chociaż mój naiwny umysł spodziewał się przynajmniej fioletowej dachówki, to nazwa jest symboliczna. Oczekujcie więc więcej czerwieni i złota, ale pamiętajmy, że są to jednostki odbudowane po wielokrotnych zniszczeniach – może zużyli już całe fioletowe zasoby krajowe?





My ruszyliśmy wzdłuż okalających obszar zadaszonych korytarzy (słoneczko nie odpuszczało). Znaleźliśmy tu mały sklep z pamiątkami, toaletę (nieunikniony przystanek) i super szybką jaszczurkę, która biegała sobie po rynsztoku obok chodnika. Ta ostatnia przyniosła ogrom radości dzieciakom, które spędziły znaczny czas na próbie przegonienia małego gada. Które gady wygrały – nie pamiętam, ale poziom ekscytacji był wyczuwalny w sferze akustycznej.
Oprócz sklepu z pamiątkami, pomieszczenia te zawierały również przestrzeń muzealniczą, mieszczącą między innymi makiety cytadeli, czy znalezione artefakty.







Jednak prawdziwy urok ukazuje się, gdy podróżnik zboczy i wskoczy w przejście do pobocznych dziedzińców. Nim jednak dotarliśmy do obszaru przygotowanego do zwiedzania, zatrzymaliśmy się na małej polanie obsypanej polnym kwieciem. Widok tego kolorowego, naturalnego dywanu wraz z świątyniami w tle uzasadniał całe to prażenie się w słońcu. A wspomniana świątynia – budynek lekko już się zestarzały ale zyskiwał punkty bonusowe w feng shui, bo mieliśmy wrażenie jakby otaczała go aura – być może również dzięki pięknej roślinności dookoła. Jaki by powód nie był, postanowiliśmy pobyć tam jeszcze troszkę czasu i nacieszyć oczy tym widokiem.
Za świątynią ogród rozciągał się jeszcze dalej i tym razem zawierał malowniczy mostek nad małym strumykiem upchanym rybami. Dosłownie były ich masy i były one masywne. Nie bez przyczyny – przy jego brzegu można było znaleźć małą skrzynkę z karmą dla ryb, oraz skarbonką do opłacenia jedzenia. Ilość frajdy, jaką przynosi taka prosta czynność karmienia rybek (rybiszcz raczej – były duuuuże i było ich sporo), jest nieoceniona.





Zwiedzanie z przewodnikiem
Zwieńczeniem cytadeli był pałac Cung Khôn Thái. Jakby go określić… Wietnamski Barok (tfu!)? Kiedy Chcesz Wszystkie Style Na Raz? Była Promocja Na Ozdoby Ceramiczne? Choinka Wersja Mieszkalna? Może będziecie mieli lepsze pomysły, ale można go w sumie podsumować jako jedna z najbardziej przystrojona budowla na naszej wyprawie. Ale, co zaskakujące, nie ociekała kiczem! Mimo pstrokatości i ogromu ozdób, miała swoją harmonię i była całkiem spójna. Aczkolwiek działo się tam i to sporo. Zasadniczo odnieśliśmy wrażenie, że wszystkie wycieczki jakie wchodzą do kompleksu kierują się od razu tutaj omijając wszystkie urocze zakątki.
Weszliśmy do środka grupkami, bo Tamara ucięła sobie drzemkę w wózku. Wnętrze już nie było urządzone z takim przepychem, znajdowały się wewnątrz różne eksponaty, ze szczególnym naciskiem na meble i wyroby ceramiczne. Ja miałem okazję pozwiedzać i dowiedzieć się ciekawostek o niektórych przedmiotach, ponieważ Baltazar wszedł do środka ze mną i uruchomił mu się tryb przewodnika – a z nieskończoną, dziecięcą wyobraźnią szybko dotarliśmy do wazy z malunkami, które odbijają ataki w stronę przeciwnika, mebli z 1700 roku i 2008 roku, zastawy zrobionych z kryształów w kuchni, w której nie było lodówki, ale były magiczne puchary, które mogą zrobić wszystko. Jak sami widzicie – szkoda nie odwiedzić.





Zjeść
Gdy wyszliśmy z cytadeli, należało w pierwszej kolejności znaleźć restauracje, bo głód był we wszystkich wielki. Niestety nic takiego na wyjściu nie było! Za to pełno sklepów z częściami i warsztatów mechanicznych skuterów (nie znając wietnamskiego, wszystkie szyldy wyglądają jak te restauracji). Sporo czasu nam zajęło znalezienie jadłodajni, i zupełnie nieświadomie wylądowaliśmy w koreańskiej restauracji (zdradziło ich kimchi)! Nie był to trafiony wybór, szczególnie, że o kuchni Hue mówi się, że jest najlepszą w Wietnamie (ale tak to każdy o swoim rejonie mówi). Co się dało, wrzuciliśmy do żołądków i ruszyliśmy dalej, bo powrót miał być tego samego dnia, a z Hue jeszcze nie skończyliśmy!
#TravelTip: Zaopatrz się w jedzenie przed wejściem (strony południowa kompleksu)





Grobowiec
Oprócz cytadeli do odwiedzenia są oddalone o kilka km od centrum grobowce królewskie, pagody i świątynie (łącznie kilkanaście punktów w Hue). Wybraliśmy jeden z dostępnych obiektów , gdzie czynnikiem decydującym był zaznaczony na mapie kesz, zamówiliśmy taksówkę (GRAB) i ruszyliśmy na kolejny etap zwiedzania.
Dojechawszy na miejsce okazało się, że przy grobowcu są całe stragany i konstrukcje restauracyjne, więc moglibyśmy zaoszczędzić sporo czasu na poszukiwaniu jedzenia. A przydałoby się, ponieważ przyjechaliśmy na zamknięcie kompleksu grobowca! Budka z biletami miała już zasłonięte rolety, ale wrota były jeszcze otwarte, więc spróbowaliśmy szczęścia – byleby chociaż złapać tego kesza i machnąć jedną, czy dwie fotki.
Niestety trafiliśmy na nieustraszonego ochroniarza-emeryta, który mimo naszych usilnych próśb, proszących szczenięcych oczy naszych podopiecznych, nie pozwolił wskoczyć do środka nawet na 5 minut (a w środku byli jeszcze ludzie, którzy niespiesznie kierowali się do wyjścia i cykali zdjęcia sesji!).
Trzeba.Było.Przyjechać.Wcześniej…


Niedosyt
Tym słowem można określić naszą wizytę w Hue. Wiedzeni doświadczeniem dzisiaj dalibyśmy sobie co najmniej dwa dni na odkrywanie miasta. Spod niezdobytego grobowca postanowiliśmy już wrócić na piechotę, ponieważ do odjazdu pociągu mieliśmy dalej ponad 4 godziny (a wszystkie kompleksy do odwiedzenia były już zamknięte). Rozkład jazdy niestety jest tak skonstruowany, że na tej trasie jeżdżą tylko 3 pociągi dziennie.
Okropni z nas rodzice, że tak zmuszamy dzieci do ciągłego chodzenia, ale dłuższą przerwę zrobiliśmy sobie na napotkanym placu zabaw, gdzie jedną karuzelę obsiadały już okoliczne nastolatki. Były one mocno nami zafascynowane i nawet odważyły się wypróbować swój angielski na nas (Tamara przyciągała najbardziej – każde z nich chciało ją pohuśtać, lub w jakiś sposób zabawić). Pobawiliśmy tam ponad godzinę, gdy zaczęło padać. Zamówiliśmy zatem taksówkę na ostatnie kilometry do dworca kolejowego i usadowliśmy się w poczekalni.

Znów ten Jaś
Zaparkowaliśmy na dworcu. Długa piesza przeprawa zaowocowała zmęczeniem dzieci (hura!) więc grzecznie zasiadły na terenie obiektu i ani myślały się przemieszczać. Ja wyruszyłem z misją zdobycia pokarmu – udało mi się przynieść ciepłe wietnamskie buły Banh, zaś dzieci zafascynowane (i wdzięczne, że w końcu mogą sobie usiąść) wpatrywały się w ekran telewizora w poczekalni. A na ekranie wyświetlany był – nie kto inny, jak znany na całym świecie – Jaś Fasola. Jak widać humor slapstickowy jest ponadnarodowy i działa na wskroś przekroju wiekowego. Dzięki Jaśku!





Skomentuj V Anuluj pisanie odpowiedzi