I znów nie możemy spać. Pomyślałby ktoś, że na takim wyjeździe uda się nadrobić niedobory snu i znów żyć zdrowo… No ale kto, albo co znów przeszkadza? Dzieci? – nie, one wyjątkowo dobrze sypiają w tej podróży (no, może poza Tamarą). Komary? – z nimi sobie jakoś radziliśmy, wystarczy sporo ich wybić, to reszta trzyma się na dystans (czasami), ale nie mają w zwyczaju niegrzecznie latać uporczywie przy samym uchu. To o co chodzi?
O sąsiadów…
Sąsiedzi
Nie mówimy tu o sąsiadach za ścianą – ich przez większość naszego pobytu zasadniczo nie było. Mowa tu o sąsiednich budowlach (w bezpośrednim sąsiedztwie, jak i trochę dalszych).

Zauważyliśmy pewną tendencję mieszkańców tej części Azji – nie mają wstydu karaokowego. Lubią sobie pośpiewać używając małego, przenośnego zestawu mikrofon + głośnik. A jak już się do tego zabierają, to głośność idzie na full. Niestety ta tendencja kontynuowana jest również w domu – każda domowa impreza odbywa się przy bardzo głośnej muzyce (widać wszyscy umieją czytać z ruchu ust, bo nie wyobrażam sobie przeprowadzenia jakiejkolwiek rozmowy przy takich dźwiękach – choćby to było pytanie o drogę do toalety). Chyba zaczynacie się domyślać, co nam przeszkadzało w spaniu?
To mamy dla was niespodziankę – domowe imprezy z głośną muzyką to pikuś. Wskazówką zatem niech będzie wpis z Malezji Niepoprawne politycznie wyznania. Tak, tutaj na scenę wchodzi nasz czarny humor, mnisi (czy może poprawniej będzie powiedziec „osoby religijne”) i ich śpiewy.



Nie, to nie jest islam, tu nie ma śpiewów 5 razy dziennie. W ciągu zwykłego dnia sprawa jest prosta i niezauważalna dla osób z zewnątrz, pod tym względem Kambodża wydaje się bardzo laicka w porównaniu do ościennych krajów. Ale jeśli komuś się zemrze… W przypadku śmierci osoby, mnisi przybywają do domostwa i śpiewają przez cały dzień. A czasem przez i dwa dni. Czasem z muzyką na żywo, czasem z taką odtwarzaną, ale najważniejsze – MA BYĆ GŁOŚNO! Tak głośno by wszyscy w okolicy usłyszeli i mogli przyjść się pożegnać. Najwyraźniej wieszanie papierowych klepsydr jest dla nudnych Słowian. Khmerzy, Ich to ma być słychać!. No i było. I głośno. I długo. I to kilka razy – najwyraźniej trafiliśmy na jakąś promocję – dwie urny, trzecia gratis, bo te śpiewy trwały TYDZIEŃ! Jeden, wielki, kambodżański pogrzeb. Cały czas, dzień, noc, cały czas! Uff, na wspomnienie tych performansów znowu czuję zmęczenie. I o ile pierwszy zgon miał miejsce około 5 kilometrów od naszego domu (informacja od gospodarza), to ten trzeci był tak blisko, że jak rano nagłośnienie ruszyło z kopyta, to Niebieska się poderwała na równe nogi myśląc, że nastąpiło jakieś bombardowanie.

Zastanawia nas to, czy to śpiewanie było tak głośne aby upewnić się, że nieboszczyk naprawdę nie żyje czy może była to próba zawrócenia go do świata żywych? W każdym razie dowiedzieliśmy się, że przerwanie modłów następuje w momencie gdy rodzina już jest gotowa się pożegnać (ale jednak nie dłużej niż 3 dni post mortum z uwagi na wysokie temperatury i brak klimatyzacji w domach).
Ciekawe jak to było w czasie pandemii – śpiewanie przez telekonferencję? Czy może jedno śpiewanie dla całej okolicy?
Nie wyobrażam sobie prowadzenia pensjonatu w takich warunkach… Nasz host nas tylko przepraszał za te wszystkie hałasy, no ale nie oszukujmy się – nasze problemy przy ichniejszych były bez porównania mniejsze.
To o pogrzebach – zaś wesela to inna śpiewka. Mijaliśmy dwa po drodze, podczas różnych okazji. Zdążyliśmy zauważyć, że znów – muzyka musi być za głośna, inaczej najwyraźniej się bawić nie da. Z tego co zaobserwowaliśmy, to organizacja wygląda tak, że się wynajmuje namiot weselny, zajmuje jeden pas ulicy i rozkłada wszystko właśnie na tym zajętym terenie. Czy to jest jakoś regulowane? Zgaduję, że jest tu duża porcja samowolki. Cóż – co kraj, to obyczaj.



Nie pensjonat, a hotel
Naszą bazę stanowił Hak Boutique Hotel. Położony jakieś 2 km od rzeki (która jest jednocześnie „centrum” miasta – jest ono rozciągnięte wzdłuż rzeki właśnie).

Przywitał nas na miejscu Hak – sympatyczny Khmer, na oko 35 letni, mówiący przepiękną angielszczyzną – naturalnym było pytanie, czy to od jego imienia jest nazwa hotelu – ale jego odpowiedź, że to „rodzinny biznes” sugeruje, że może to być jeszcze od jego ojca. A jest to całkiem imponująca budowla, widać, że dużo serca i pracy zostało włożonych w jego konstrukcję, no i jest z basenem! Mieliśmy pokój na parterze, z tarasem i huśtawką, a do tego udało się zgarnąć przenośne hamaki – dzieci miały używanie. Ja zaś zacząłem żyć jak bogacz i rozpoczynać każdy dzień od kąpieli w brodziku (trochę za zimnym jak na standardy Niebieskiej). Chłodna woda skutecznie wybudza, zaś poczucie, że rozpoczynam dzień od rundki w basenie dawał dodatkowe punkty do filmowej prezencji.


Dzieci stwierdziły, że to najfajniejszy domek, jaki mieliśmy do tej pory na tej naszej wyprawie i musimy się z nimi zgodzić. Mieliśmy pokój, który faktycznie jest rodzinny – mieliśmy sporą przestrzeń, odpowiednią ilość łóżek (nie takie oczywiste przy 6 osobowej rodzinie), piękny ogród zasadniczo tylko dla nas, miejsce do pracy i odpoczynku.
Jaki jest minus pracy w rodzinnym biznesie? Nienormowany czas pracy – Hak był dostępny zasadniczo od 6 rano do północy – a nie był jedyną osobą tam pracującą. Ale musimy powiedzieć, że nigdzie nie czuliśmy się tak zadbanymi, jak tam – poziom obsługi był więcej jak ujmujący. Hak załatwiał transport, pranie, sprzątanie, jedzenie i nawet w załatwianiu biletów na niektóre z atrakcji.
#TravelTip warto zapytać o zdobywanie biletów przez hotel, może się okazać, że mają jakieś zniżki, no i nie trzeba tego robić samemu.
No i to wszystko załatwione było na zeszyt, więc nie trzeba było się rozliczać za każdą rzecz z miejsca (co było przydatne, gdy gotówka nam się kończyła). Jedynymi minusami jest ta odległość od centrum (niestety trasa do miasta prowadzi wzdłuż ruchliwej ulicy bez chodników, dlatego praktycznie zawsze wzywaliśmy transport) i komary – ale ich obecność jest już niezależna od właściciela.







A gdzie zjeść?
Restauracja Mak Keo, to położona niedaleko od naszego hotelu jadłodajni która z zewnątrz wygląda niepozornie (może wręcz odstraszająco dla kogoś, kto dopiero przyleciał z Europy), ale to nasze kulinarnie odkrycie wyjazdu do Kambodży.

Stołowaliśmy się wcześniej na mieście i w hotelu (w którym jadaliśmy śniadania i czasami obiady właśnie). Tym razem wybraliśmy miejsce z dala od miasta, w celu urozmaicenia menu i obniżenia stawek obiadowych.
Restauracja leży zaraz przy szkole, więc jej głównym daniem są tosty i „hamburgery” – ale menu ma kilka ciekawie wyglądających pozycji, więc postanowiliśmy zaryzykować. Dobrą wróżbą był fakt, że na początek dostaliśmy herbatę – cały czajniczek. A do tego kubki napełnione kostkami lodu – by zrobić sobie mrożoną herbatę. Jeśli coś takiego doświadczacie, to znaczy, że lokalsi się tu stołują i są duże szanse, że jedzenie jest rzeczywiście dobre (zdarzyło nam się to zaledwie dwa razy podczas całego tam pobytu – herbata, nie dobre jedzenie).

I dostaliśmy prawdziwie khmerską kuchnię. Próbowaliśmy każdej pozycji z menu i się nie zawiedliśmy – ich kuchniaopiera się na pewnej specyficznej mieszance przypraw, która odróżnia ją od kuchni ościennych krajów i bardzo wzbogaca smaki, chociaż na pierwszy kęs może wydawać się dziwnym wyborem przypraw.
Bardzo nam zasmakowały potrawy, było blisko od naszego hotelu, więc byliśmy tam częstymi gośćmi. Siłą rzeczy poznaliśmy właścicielkę, która z bardzo dobrą angielszczoną dzieliła się opowieściami o życiu w Kambodży, o kuchni, o dzieciach (siłą rzeczy) – nasza Tamara się zapoznała z jej 8 miesięcznym synkiem, którym zajmowała się jej szwagierka podczas, gdy ona prowadzi swoją kuchnię 6 dni w tygodniu.
A na koniec każdego posiłku zamawialiśmy pewien niesamowity napój – zwał się Herbata Niebieski Motyl i oprócz pięknej barwy smakowała wyjątkowo.

Zwierzyniec
Będąc w krajach egzotycznych ekspozycja na różnych, niespotykanych przedstawicieli fauny, jest nieunikniona. O krokodylach już wspominaliśmy (Lotos dawcą życia), o komarach również (Kambodża – gdzie pieprz rośnie) o psach nie wspominaliśmy, ale niestety ich trochę było, co skutecznie zniechęcało do wypadów (szczególnie biegowych) na mniej uczęszczane ścieżki. Gekonów, ku uciesze wszystkich, tu również nie brakowało – takich jak w Tajlandii biegało tu co niemiara.

Ale Gekona Toke (Gekko gecko) się nie spodziewaliśmy, szczególnie na naszym tarasie. Ba! Nie wiedzieliśmy, ze taki w ogóle istnieje.
Siedzieliśmy sobie w dwójkę na naszej tarasowej huśtawce, gdy dzieci już spały, a wpis został wrzucony na bloga – i tak od niechcenia rzuciłem, że ta pajęczyna/śmieci/robactwo/cień które widzimy na zacienionej ścianie ułożyły się w kształt gekona. Niebieska rzuciła okiem, by z krzykiem zaskoczenia i niedowierzania stwierdzić, że to JEST gekon. Ostrożnie podeszliśmy, by go nie przestraszyć, a także by uniknąć ewentualnego ataku z powietrza i zobaczyliśmy tę bestię na własne oczy. Czerwone ślepia i pokaźny rozmiar (dobre 30 centymetrów) wzbudził nasz natychmiastowy respekt i od razu zaczęliśmy z niepokojem spoglądać powyżej naszych głów czy czasem nie ma ich więcej.
Gdy już poznaliśmy jego imię, dowiedzieliśmy się, że to on jest źródłem dziwnych dźwięków, których nie byliśmy w stanie przyporządkować żadnemu ze znanych nam zwierząt (chociaż po rozmiarze guano na tarasie codziennie rano i odgłosach to obstawialiśmy ptaka). Posłuchajcie sami aż do końca:
Gekon Toke jest jednym z największych żyjących gekonów – mają rozmiar do 40 centymetrów. Są mocno terytorialne i bywają agresywne. Potrafią boleśnie pokąsać, zaś wybranego przez parkę miejsca nie zmieniają do końca życia i zaciekle bronią. Mają niebiesko-szarawą (!) barwę z czerwonymi plamami.
Pierwszej nocy dosyć intensywnie na niego się gapiliśmy, świecąc mu po oczach latarkami, więc na następne kilka dni się obraził i dzieci z mocnym sceptyzmem podchodziły do naszych relacji o Toke. Na szczęście jak się odbraził, to i dzieciaki mogły ujrzeć go na własne oczy.
Nazwaliśmy go GekoTeko i oficjalnie dopisujemy do naszych osobistych „odkryć” biologicznych z Azji do spółki z Koelem (Wychillowany krab).


Na terenie hotelu znajdowała się również papuga, którą regularnie dokarmialiśmy. Przez pierwszych kilku dni nie wiedzieliśmy o jej obecności. Jak się później okazało, była przybłędą, którą tutaj zaadaptowali, ale dźwięki, jakie wydawała musiała przywieźć z poprzedniego domu. Te dźwięki można określić jedynie jako „rozklekotany rowerek dziecięcy, prowadzony przez nafaszerowanego słodyczami trzylatka, który ma na bagażniku górę złomu”. Innymi słowy – nie brzmiało to w ogóle jak ptak!

Inne stwory również nas nawiedzały – to żaby o dosyć niebezpiecznie wyglądającym kolorze, przez węże wyrzucane przez obsługę hotelu z ogrodu (nie my zgłaszaliśmy jego bytność, więc jedyne co zdążyłem zobaczyć, to długi, wężowaty kształt lecący za płot do ogrodu sąsiada), na zbyt wielkich pająkach w naszej sypialni. Ten ostatni w ogóle pojawił się z pięcioma nogami, więc był po przejściach i trudno było zgadnąć jego nastawienie do człekokształtnych. Nie chcąc ryzykować, został wyeliminowany z populacji za pomocą ręcznika i zręczności mężczyzny tegoż domostwa. Czy przesadziliśmy? Możliwe, ale nie wiemy jaki ma charakter i jakie miał poglądy na temat powrotów, a dopuścić by taka bestia biegała sobie po pokoju z moimi dziećmi – nie ma zgody na basz-basz.


Apsara Dance
Pamiętacie jak opisywaliśmy pokaz taneczny w operze w Luang Prabang (Mnichom darowanie)? W skrócie – było to coś ciekawego, ale to raczej jednorazowa rozrywka (a dla dzieci wręcz „nuuuuuuda”).



No to wybraliśmy się ponownie. Dzieci zostały pod opieką nieocenionego wujka Bastka, my zaś z Tamarą wybraliśmy się na pokazy taneczne Apsara Dance. Była to nasza druga randka w ciągu 2 miesięcy (poprzednim razem to Śniochu pilnował nam dzieci na Phuket) co sumarycznie daje więcej wyjść razem podczas naszej podróży niż w ciągu całego poprzedniego roku.
Ale wracając: Apsary to w wierzeniach indyjskich niebiańskie tancerki – i tak właśnie nazywane były wykonawczynie na dworze królewskim (bo wykonywało się go jedynie właśnie tam) – w czasach angkhorskich. W 2002 roku, taniec ten został wpisany na listę UNESCO – powód numer jeden, by się nań wybrać. A po drugie do dyspozycji był bufet! I to bogaty!





Miejsce wydarzenia, to specjalnie przygotowana, ogromna sala, która może pomieścić nawet 600 osób! Wybraliśmy się, by być tam wcześniej – by zarezerwować dobre miejsce i skorzystać ze wszystkich pozycji oferowanych w w menu. Tak, nie oszukujmy się – specjalnie zjedliśmy lekki obiad, by było miejsce w brzuszku. Ale gdy zobaczyliśmy BAGIETKI i gazpacho – wiedzieliśmy, przy którym stole będziemy najczęściej. Oczywiście spróbowaliśmy prawie wszystkiego – mi szczególnie posmakowało khmerskie danie Amok z kurczakiem.
Dobra, na…przejedliśmy się, ale swoje zapłaciliśmy, a do tego mieliśmy miejsca przy samym bufecie. Było coś dla ciała, teraz coś dla ducha. Oczekiwaliśmy wielkiego exodusu do sali artystycznej ze sceną i tak dalej, a tu niespodzianka – tańce odbywają się w tej samej lokacji, co jedzenie – tylko po przeciwnej stronie pomieszczenia. Wszystkie miejsca zajęte, a my – jak na złość – swoje lornetki pozostawiliśmy w mieszkaniu. Skończyło się na tym, że staliśmy, albo co jakiś czas podchodziliśmy bliżej, by rzucić okiem na to co się na scenie dzieje, ale dalekie jest to od jakiegokolwiek cieszenia się sztuką. Szkoda nam było również występujących, bo niewątpliwie dawali z siebie wiele, a ludzie zachowywali się… no jak to ludzie. A tu gadali, tu jedli, niektórzy nawet nie zauważyli, że coś tam się rozpoczęło innym głośna muzyka przeszkadzała w rozmowach, więc próbowali ją przekrzyczeć. Hitem była wycieczka z Chin, która po pierwszym tańcu zgodnie wstała i wyszła – widać mieli bardzo napięty harmonogram, który pozwolił im tylko się najeść, ale już nie pooglądać występu.



Podsumować to wydarzenie możemy jako zawód – i to tym razem ze strony organizacyjnej, bo co do artystów – ich występom nie mieliśmy nic do zarzucenia.
Dlatego – odradzamy. Jeśli byłaby możliwość to poszukalibyśmy samego występu na jakiejś scenie teatralnej.






Dodaj komentarz