[040] Festiwal Światła

Jesteśmy społeczeństwem solarnym – naszym życiem kieruje rytm dnia i nocy, który jest wynikową pojawiania się słońca na nieboskłonie. Szczęśliwie mamy świeczki, żarówki i ekrany telefonów, więc możemy rozciągnąć dzień poza to, co natura zaplanowała (no i jak na tym wychodzimy, hmm?).

Co by było jednak, gdybyśmy byli społeczeństwem lunarnym? Decyzje oparte o fazy księżyca, kalendarz w oparciu  o cykl pełni i nowiu… Brzmi interesująco, nie?

No to w Tajlandii mamy taki tego przedsmak – tutaj termin niektórych ze świąt zależy właśnie od pojawienia się oblicza księżyca na nieboskłonie.

Zaraz będzie ciemno!

Najbardziej magiczna noc w Tajlandii

W listopadzie odbywają się dwa święta światła w Tajlandii. To znaczy w Chiang Mai. Już tłumaczę.

Pomiędzy 13-17 listopada odbywa się ogólnokrajowe święto Loy Krathong. Jest to święto dedykowane duchom wody, dlatego też jest taka pewna, szczególna tradycja – puszczanie krathongów na rzece. Te krathongi to takie wieńce-koszyczki zrobione z liści bananowca, kwiatów i świeczek. Spotkać można również takie zrobione z biodegradowalnego plastiku. A najciekawsze w tym wszystkim jest, że te puszcza się te krathongi by… przeprosić bóstwa wodne  za zanieczyszczenie rzeki w ciągu ostatniego roku. To tak jakby sypać sól na otwartą ranę i w ramach przeprosin za wszelki ból jaki się sprawiło. To nie jest tak, że nikt w Tajlandii nie słyszał co to znaczy ironia – co roku odbywają się rozmowy, czy by nie ukrócić tego procesu, ale tradycja jest zbyt silna.

Wcale nie smakuje jak biodegradowalne…

Z innych tradycji, które mają miejsce, można wymienić wielką paradę światła, ale tego nam się nie udało zobaczyć.

Drugi Festiwal Światła to Yi Peng, który ma miejsce w trakcie 12. pełni księżyca danego roku. Ten festiwal z kolei za główny punkt wziął wypuszczanie latarni. Ten akt symbolizuje uwolnienie pecha i zażyczenie sobie czegoś więcej. Obchody są przesunięte poza obszar miasta ze względu na bliskość lotniska (które znajduje się około 3 km od dawnych murów miejskich). Jeszcze kilka lat temu wszyscy puszczali lampiony z dowolnego punktu w centrum, ale teraz podlega to karze grzywny, chociaż co roku zdarzają się turyści, którzy nieświadomi zakazu folgują sobie przyciągając sporo uwagi.

Mieliśmy dwa podejścia do tematu symultanicznego, zmultiplikowanego puszczania lampionów i ani razu nam się nie udało. Zasadniczo, jeśli byśmy się zdecydowali, to odbyłoby się kosztem całego wieczora – wszelkie opcje dojazdu i odjazdu z nad jeziora Dok, gdzie jest pod to przygotowane miejsce (bo tam ponoć jest najpiękniej) były albo bardzo drogie albo nieistniejące. A dojazd też zająłby bardzo dużo czasu ze względu na korek, który festiwalowicze generują. Zdecydowaliśmy, że wolimy pokręcić się po mieście i zanurzyć się w staromiejski klimat festiwalu. Nazajutrz na grupie facebookowej „turyści w Chiang Mai” zobaczyliśmy informację, że powrót znad jeziora które znajduje się 20 km od miasta trwał około 3 godzin (!). Instynktownie zatem podjęliśmy bardzo dobrą decyzję, nawet nie chcę myśleć o dzieciach stojących w wielogodzinnym korku.

Podobnie jak przy puszczaniu krathgonów toczą się dyskusje odnośnie wpływu festiwalu na środowisko, przecież nie jest to fizycznie możliwe by pozbierać po sobie zużyte lampiony, proponuje się zatem jakieś formy alternatywne oraz warsztaty ze świadomości ekologicznej (jako element festiwalu), ale póki co nowe pokolenie nie przykleja się do murów świątyń.

Lampiony można nie tylko wypuszczać, ale można też je zawieszać. Wchodzi się do pierwszej, lepszej świątyni (a przypominamy, że tych w Chiang Mai nie brakuje), zakupuje cegiełkę w postaci takiejże latarenki wypisuje się na niej życzenia, intencje czy nawet modlitwę i zawiesza na przygotowanej siatce nad głową za pomocą takiego długiego kija. Ten różnokolorowy dywan, który wisi nad głowami uczestników robi magiczne wrażenie.

Ale to nie wszystko – oprócz lampionów wszechobecne są świeczki – małe, zniczowate w glinianych miseczkach, porozstawianych wzdłuż chodników, ścian, przybytków, świątyń i wszelkich innych miejsc (dobrze, że miasta nie są już drewniane). Do tego dorzućmy fajerwerki (niejednokrotnie odpalane w zdecydowanie zbyt małej odległości od tłumów), rzymskie ognie i zimne ognie. Mało? To co powiecie na lasery i projekcje na fasadach budynków? Bo to również można znaleźć. Wszystko, co się da ze światłem zrobić (dyfrakcja, interferencja), to jest tu wykorzystywane.

To wszystko można doświadczyć chodząc po ulicach Chiang Mai. Ale można też wyjechać 30 km za miasto i wziąć udział w płatnej, zamknięte, oficjalnej wersji festiwalu, gdzie wszystko podkręcone jest na maksa. No ale to nie jest tani interes – wejściówka dla jednej osoby to bagatela 6900 Bahtów, czyli jakieś 700 zł. Kosmiczna cena za jeden wieczór – nawet tego nie rozważaliśmy.

Hipnotyzujące są te krathongi

Ale skorzystaliśmy z opcji festiwalowych odbywających się w mieście. Szczególnie dużo uwagi poświęciliśmy właśnie wypuszczaniu wspomnianych krathongów. Zakupiliśmy trzy sztuki u napotkanych mnichów-adeptów (klasyka z liści banana i kwiatów), a następnie każdy przetransportował swój „koszyczek”, starając się go nie zniszczyć, do brzegu kanału okalającego mury miejskie. Znowu instynktownie podjęliśmy dobrą decyzję bo okazało się, że to najlepsza miejscówka na tą aktywność i mogliśmy się wmieszać w tłum mieszkańców. W momencie gdy mieliśmy zejść na brzeg i wypuścić je, włączyły się zraszacze. Niemalże filmowa scena, ale udało się zlokalizować fragment trawnika niezraszony zraszaczami i tam też się udaliśmy. Odpaliliśmy świeczki i ku radości młodzieży nasze wianki nie zgasły od razu, ale „wygrały” i popłynęły dalej.

Sporo czasu spędziliśmy w świątyni Wat Lok Moli (วัดโลกโมฬี), która była dosłownie obok miejsca, gdzie puszczaliśmy krathongi. Nie wiadomo, kiedy została założona, ale pierwsze wzmianki o niej są już z 1367 roku. Ma piękną drewnianą fasadę, nieuciapaną radosną, złoto-kolorową twórczością – jak na Tajlandię, to swoim stonowaniem robi największe wrażenie. Obok stoi wielki chedi z cegły, która również nie jest pokryta rzeźbami i zdobieniami – w Tajlandii można to nazwać ascetyzmem, ale to właśnie czyni ten zespół wyjątkowym i mocno wybrzmiewa w duszy. Jest to, obok Srebrnej Świątyni druga świątynia, którą Niebieska sobie upatrzyła jako świątynno-zwiedzalny’\plan minimum na Chiang Mai.

Tam właśnie mieliśmy możliwość obfotografowania się w otoczeniu wiszących lampionów, doświadczyć odpalanych fajerwerków kilkanaście kroków od nas (ale za płotem), posłuchać tradycyjnej muzyki, czy skorzystać z toalety, gdzie ściąga się swoje buty i przywdziewa klapki dostępne przed wejściem (to było dziwne). Wszystko, rzecz jasna, po zmierzchu, gdy wszelkie manipulacje i atrakcje związane z światłem wyglądają po dziesięciokroć bardziej niesamowicie.

Trzeba też po raz kolejny pochwalić nasze dzieciaczki które dzielnie szły przed siebie podziwiając świetlne aranżacje, same chciały wchodzić do kolejnych świątyń gdy nam już brakowało sił. Szwendaliśmy się po mieście prawie do 24. godziny a jak negocjowaliśmy z kierowcą tuk-tuka stawkę przejazdową (co trwało bardzo długo) to dzieci zdążyły się zaprzyjaźnić z tajskim dziesięciolatkiem, wszyscy przerzucali się żartami po angielsku i trochę szkoda było to przerywać ale nawet Kopciuszek musiał wrócić przed nastaniem północy.

Najmagiczniejsza noc w Tajlandii? Nie jesteśmy jedynymi, którzy tak twierdzą. Jest to jak Noc Kultury w Lublinie – kto był, ten wie, kto nie – temu polecamy z całego serca (obie imprezy).

(s)tuk tuk?

Kto tam? Podwózka!

Daleko ale wygodnie

Nasze mieszkanie w Chiag Mai było położone 13 km od miasta. Może odległość nie jest największa, ale czas dojazdu jest jakby było z 30 km. Do tego, do tej pory niezawodna aplikacja GRAB odrzucała nasze zapędy, twierdząc, że nie ma w okolicy żadnego kierowcy SUVa (bo takie nam do przejazdu potrzebne, szczególnie jak bierzemy wózek), który byłby chętny zarobić niemałe pieniądze na podwiezieniu nas.

Po szybkim przeglądzie Internetu, dowiedzieliśmy się, że owszem, podobnie jak w innych miastach – tutaj też można dorwać swoistą wersję tuk-tuka.

Nie pozostało nam nic innego, jak po prostu wyjść na główną drogę i próbować szczęścia. I nie trzeba było długo czekać – wystawiona ręka przyciągnęła czerwony dyliżans i mieliśmy do dyspozycji własną limuzynę. No, może za dużo powiedziane, ale ta forma przejazdu jest dla nas wybitnie wygodna, ze względu na to, że możemy w całości wózek wpakować i nie trzeba nawet małej wyciągać z środka.

Jeśli ktoś ma chętkę na ogłuszającą muzykę – nie ma problemu

Po Chiang Mai jeżdżą tuk-tuki o trzech kolorach: biały (należy do przewoźnika, zazwyczaj przyklejonego do jakiegoś biura podróży), żółte (coś jak autobusy miejskie – jeżdżą po określonych trasach, są najtańsze ale nie zbaczają za bardzo z trasy) i czerwone (zapełniające lukę w systemie – pojedzie gdzie chcesz, ale za trochę większą stawkę).

Upolowaliśmy czerwonego i ruszyliśmy do centrum. Super łatwe, nie?

Nie.

Okazało się, że dużo zależy od godziny, w której się poluje na te stwory – bywało tak, że próbowaliśmy coś upolować przez ponad pół godziny i nie odnieśliśmy sukcesów… Ale to było na dojeździe od miasta. Wyjazd z miasta już nie był taki problematyczny, aczkolwiek trzeba się orientować, czy się jest w bardzo obleganej części, bo jeśli tak, to stawki rosną kilkukrotnie.

Testowałem tutaj swoje umiejętności negocjacyjne i czasami udało się coś ugrać, choćby to by był dodatkowy przystanek w 7-eleven na zakupy. A że przy okazji wyglądałem jakbym proponował pewne usługi to inna sprawa…

To będzie 600 bahtów

Te tuk-tuki mogłyby pomieścić tak z 12 turystów, lub 20 Tajów.

Ayutthaya – tutaj z kolei to jak dziecko wspomnianych wcześniej – zmieści 8-14 osób i mają bliżej do samochodu niż do motocykla.

Multipla wśród tuk-tuków

Bangokijskie z kolei to takie malutkie, 2-6 osobowe (w zależności, kto jedzie) i bardzo głośne.

Market przed odlotem

Nasza taktyka podróżnicza sprowadza się do prostego planu – zmęczyć dzieci przed wejściem do środka transportu. Cel jest jasny – by przesiedziały podróż w miarę statycznie. Realizacja tegoż planu ma różne powodzenie, ale jest to jakiś plan – a wszyscy wiedzą, że jest lepszy, aniżeli żaden. ŻODYN.

W tym celu, w dniu wylotu zrobiliśmy małą wycieczkę. Zaczęliśmy od placu zabaw w południowo-wschodniej części starego miasta , by później przejść, do położonego zaraz po drugiej stronie obwodnicy małego zagajnika (z dwoma keszami!), gdzie można znaleźć kolejny plac zabaw (co daje dwa takie przybytki w jednym mieście, a jednocześnie jest całościową liczbą placów jakie widzieliśmy w całym kraju). Jakby tego było mało, ruszyliśmy ku sali zabaw, by „dobić targu”. Miejsce zostało wytypowane po wcześniejszym przeglądzie Internetu. Dotarcie tam zajęło nam chwilkę czasu, bo odległość może nie była wielka (1.5 km), ale temperatura i zmęczenie zaczęły dawać się we znaki.

Dotarliśmy na miejsce, by odkryć, że trafiliśmy na Kadmanee Market – nocny (wieczorny?) market położony nad bardzo urokliwym stawem i ogólnie robiącym bardzo przyjemne wrażenie. Jest to taki rodzaj miejsca którego zawsze szukamy w nowym otoczeniu: wibrujące, poza utartym szlakiem, pełne lokalsów, z kolorytem i duszą. Szkoda, że nie mogliśmy tam się zatrzymać na dłużej ale na pewno polecamy wszystkim którzy wybierają się na północ Tajlandii.

Sala zabaw okazało się takim malutkim barakiem, gdzie teoretycznie można zostawić dzieci i pójść na zakupy. My jednak z naszymi zostaliśmy, bo w sumie to sami byliśmy już zmęczeni i w sumie kochamy nasze dzieci na tyle by nie zostawiać ich pod opieką nieznanych nam ludzi. Sala była czysta, zadbana, nierozpadająca się i bardzo mocno klimatyzowana. Na szczęście mieli dużo zestawów zabawek, więc znalazły się klocki lego dla Baltazara, zestaw lodów dla Aurory i zestaw robienia szaszłyków dla Makarego. Dodatkowo basenik kulkowy dla Tamary – i tu, po raz pierwszy, miałem zabawę interakcyjną z Tamarą – gdy podawała mi kuleczki, a ja jej rzucałem. Dlatego też, ta sala zabaw zostanie na długo w mojej pamięci.

Wylot

Czy wspominaliśmy, że lotnisko leży 2-3km od murów miejskich starego miasta? Właśnie dlatego zdecydowaliśmy się na „ścieżkę zdrowia” dziecięcą po placach zabaw. Chociaż i tak, ostatni kilometr już pojechaliśmy czerwonym tuk-tukiem – czas nam się kończył, a z każdym krokiem odległość do lotniska rosła… To jak z nudnym wykładem – każda mijająca sekunda dodawała dwie sekundy do końca zajęć…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *