Kuala Lumpur wieżami stoi. Właściwie to wieżowcami, ale jeśli coś nie jest „drapaczem chmur”, to po angielsku zwie się Tower, czyli właśnie wieża. A Te najważniejsze i najwyższe właśnie noszą nazwę zawierającą słowo wieża. Zatem, wprawdzie jeszcze wstawiamy poprawne „ż” w wieży, ale na sekundę skoczymy sobie do parku.

Może jakiś darmowy park?
Przy okazji wybrania się do kolejnej atrakcji (spoiler alert – to wieża(e)!), urządziliśmy sobie małe polowanie na kesze (geocaching) w parku KLCC. Dla niedomyślnych to oznacza Kuala Lumpur City Center (nie czujcie się gorzej, ja – Adam – najwyraźniej jestem w tej grupie).

Park został zaprojektowany przez znanego wszystkim miłośnikom architektury krajobrazu Roberto Burle Marxa – brazylijskiego artystę, który nawet stworzył park wpisany na listę UNESCO (czy możemy to podciągnąć pod naszą listę UNESCOmonów? Dyskusyjne…).
W parku tym można zobaczyć m.in. Największy plac zabaw (nie park z atrakcjami) dla dzieci na świecie – albo wszystkie place zabaw w Kuala Lumpur przywiezione i złożone w jedno miejsce (tak to wyglądało – jakby ktoś wziął katalogi różnych firm produkujących place zabaw i powiedział „chcę wszystkie”).
Oprócz tego Jezioro Symfonii (Lake Symphony) – 10tys m2 kompleks wodny z fontannami, które wieczorami dają pokaz muzyczno-wodno-świetlny (ominęliśmy mimo wcześniejszych planów dotarcia). My widzieliśmy je w ciągu dnia i z przyjemnością zanurzyliśmy stopy – lub całego siebie w przypadku młodocianych. Swoja drogą spotkaliśmy tam całą wycieczkę szkolną z ewidentnie muzułmańskiej szkoły, ponieważ zarówno dziewczynki jak i chłopcy – sztuk z 50 – rzucili się ochładzać nie pozbywszy się wcześniej ani jednej warstwy ubraniowej (no dobra, chłopcy ściągnęli buty i skarpetki, dziewczynki tylko buty ale One to były w pełni zabudowane ubraniowo). A obok biega Aurora, Makary i Baltazar w majtkach – podręcznikowy obrazek różnic kulturowych.


Mimo otoczenia wysokimi wieżowcami, park dawał możliwość zapomnienia, że jest się w wielkim mieście i pomagał w wytworzeniu pewnej idyllicznej atmosfery. Co tu dużo kryć – wszyscy się dobrze bawili. Było mokro, płytko, woda była ciepła i czysta, znalazł się cień pod drzewami i czyste łazienki.
Zdecydowanie polecamy!
A, taki drobny szczegół – park został stworzony by współtowarzyszyć bliźniakom – Petronas Towers. Ale o tym za chwilę…

Petronas Towers
No dobra, to już teraz. Petronas Towers, to bliźniacze wieże zbudowane w 1996 roku i utrzymujące tytuł najwyższego budynku na świecie do roku 2004 (ale ciągle są najwyższymi wieżami-bliźniakami!). Mierzące 451 metrów (88 pięter), o prostej geometrii świecznika połączone są dwupiętrowym pomostem na wysokości 41 i 42. piętra.

Cena za wstęp nie jest z tych niskich (100MYR za dorosłego i 50MYR za dziecko od lat 2), więc oczekiwania też były wysokie (wysokie, widzicie co tu zrobiłem?).
#TravelTrip: Jeśli już na pewno chcecie je zobaczyć to bilet trzeba kupić co najmniej kilka dni wcześniej, bo szybko się rozchodzą. Zapewne ma to związek z tym, że nie ma zbyt wielu atrakcji turystycznych w KL
Zacznijmy od wstępu – Aby dostać się do Petronas Tower, trzeba wejść do Centrum handlowego (jak my nie znosimy centrów handlowych), a następnie by wjechać na szczyt, należy wybrać się do punktu znajdującego się na poziomie -1, do którego prowadzą najwęższe ruchome schody z jakimi przyszło nam się mierzyć. Są tak wąskie, że nie było szans zjechać wózkiem do punktu zbiórki, a nie ma możliwości zjechania windą. Z tego powodu został wysłany reprezentant (Ja), zaś reszta czekała piętro wyżej, by po odebraniu biletów spotkać się wraz z całą grupą znów na poziomie zerowym. Dlaczego to tak zostało zorganizowane zostaje zagadką.
Po drodze musieliśmy zostawić wózek, więc Tamara resztę drogi człapała za rękę, lub poruszała się za pomocą człowieka, który aktualnie ją nosił. Odległości w poziomie nie były dalekie – jedynie w pionie przebywaliśmy spore odcinki, zatem nie było to problematyczne.



Wycieczka była podzielona na dwie części ograniczone wąskim limitem czasowym. Pierwszym przystankiem był wspomniany wcześniej pomost na 41. piętrze. Tam spędziliśmy kwadrans, gdzie można było sobie podziwiać panoramę jak i same wieże Petronas z bliska. Był nawet samo pstrykający aparat, a także dedykowana pani fotografka, która upodobała sobie naszą familię (no ciekawe dlaczego).
Zaraz po tym ruszyliśmy na samą górę, w okolice 80. piętra jednej z wież. Tam można było nie tylko podziwiać widoczki, lecz także spróbować swoich sił w obsłudze interaktywnego narzędzia (wystaw dłoń, na ekranie będzie wyglądało, jakbyś trzymał model dwóch wież, który to można sobie dowolnie obracać i czytać szczegóły) – spróbować, ponieważ działał ten sprzęt na zasadzie wykrywania osób za pomocą wizji, więc jak tylko ktoś spróbował tego użyć, to banda dzieciaków wpadających w kadr była zbyt dużym wyzwaniem dla systemu, który tym steruje.




Spędziliśmy tam również około 15 minut, skąd przekierowali nas do takiego lobby, gdzie można kupić sobie zbyt drogą kawę, zdecydowanie za drogie, wywołane zdjęcia zrobione przez panią fotograf (170 MYR za sztukę!) i pamiątki w postaci magnesów, karteczek, pluszaków i cokolwiek się tam jeszcze dało sprzedać.

I na tym kończyła się wycieczka. Zjechaliśmy na dół, przeszliśmy pod zawieszonym na półpiętrze bolidzie Formuły 1., zakupiliśmy coś do jedzenia, przeszliśmy przez wystawę świąteczną i napiliśmy się kawy z awokado.

Czy warto? Zdania są podzielone, Ci to nie musieli wykładać z własnej kieszeni ciężko zarobionych ringgitów malezyjskich byli zadowoleni. Baltazar kocha wszystko co jest naj(wyższe), naj(szybsze) windy; Makary powtarza za Baltazarem ale Aurora była największym zaskoczeniem. Dwa tygodnie minęły od czasu jak tam byliśmy a Ona co jakiś czas wspomina Petronas Towers, dzisiejsze wyznanie brzmiało cytując „Chcemy mieć taki dom jak Petronas Tower, prawda”?
W naszej opinii nie warto (kolejna przepłacona atrakcja), całość jest bardzo spięta czasowo (nie ma możliwości pozostania dłużej gdziekolwiek, bo ktoś przyjdzie i uprzejmie acz stanowczo zagoni do kolejnej windy), nie ma przewodnika ani słowa wstępu, nie ma także żadnego plotu i historii poza jedną tablicą informacyjną przy drugim przystanku.

KL Tower
Tego samego dnia, gdy odwiedziliśmy Petronas Towers, zaglądnęliśmy również na KL Tower. Dwie (trzy) wieże jednego dnia? Oj my szaleni…
KL rzecz jasna jest skrótem od czeskiego Krásné Letadlo*, ponieważ wygląda jakby takim ładnym statkiem kosmicznym. Niektórzy będą twierdzić, że to od Kuala Lumpur, ale my nie wierzymy takim nudnym ludziom.


Te piękne letadlo zostało otwarte w 1996 roku (niezły rok dla Malezyjskiego kompleksu wysokości), i mierzy sobie 421m. W prawdzie dach jest na wysokości 335 metrów, reszta to antena komunikacyjna (widać, że pomiary robił mężczyzna), zatem w wyścigu wysokości jest 30 metrów niższa niż Petronas Towers – co plasuje ją na siódmym miejscu pośród najwyższych wież świata (Wieża Eiffla – 24. miejsce).
Rezerwacji, w odróżnieniu od Petronas Tower, nie robi się na konkretną godzinę, lecz na konkretną datę. Może zatem się tak zdarzyć, że mając wykupiony bilet, będzie trzeba poczekać na możliwość wejścia jakiś czas.

Nam szczęście dopisało i weszliśmy bez kolejki.
Wieża ma 6 pięter (tak, to nie literówka), można odwiedzić 3 najwyższe. My zdecydowaliśmy się poświęcić całą uwagę jedynie ostatniemu piętru, szczególnie, że już mieliśmy za sobą jedną wyprawę na wysokość tego dnia.
Podczas zakupu biletów trzeba także wybrać jakie atrakcje chce się wykupić. I tak, jest więcej niż jedna atrakcja (lama!) na wieży, a mianowicie: Observation Deck, Sky Walk i Sky Box. To pierwsze to platforma dookoła najwyższego piętra, 360 stopni widoczności na całe KL; drugie to możliwość przejścia z zabezpieczeniem wspinaczkowym po maluteńkiej ścieżce dookoła wieży (nie nasza bajka), a ostatni na tej liście Sky Box był celem naszej wizyty.




Najważniejsza atrakcja – szklany sześcian, podwieszany taras, Szklana pułapka (hehe) tzw. Sky Box. Taka podwieszona nad przepaścią konstrukcja ze szklaną podłogą, szklanymi ścianami i szklanym sufitem. Jedni powiedzą, że jest tak skonstruowany aby widoczność była niczym nie zakłócona, inni będą przekonani, iż ma Ona na cale wywołania zawału serca u jak największej liczby zwiedzających. Jak się możecie domyśleć Niebieska pozwoliła postawić stopę na tej podłodze, lecz nie za dużo więcej. Dzieci z kolei nie wyraziły żadnego strachu (no może Tamara, aczkolwiek ona mogła krzyczeć z faktu, że nie jest na rękach mamusi), więc mogliśmy zrobić sobie piękne zdjęcia. Czas na zdjęcia wynosi 45 sekund – najpewniej wynika to z faktu, że przy większym obłożeniu, jakoś ruch musi być regulowany. Popędzano nas, chociaż nikt w kolejce za nami nie czekał.
Po małym zawale serca Niebieskiej, pozostały czas poświeciliśmy na przejście dookoła i na zrobieniu sporej ilości zdjęć. To znaczy dzieci dorwały aparaty i urządzały sobie sesje zdjęciowe. Dopisała nam cudowna pogoda w złotej godzinie (przypominamy – jesteśmy tam w sezonie monsumowym), prawie nie było zwiedzających, widoki były naprawdę niesamowite a widoczność bardzo dobra.

Na koniec udało nam się dorwać turystę i poprosić go o nasze rodzinne zdjęcie z Sauronem w tle (to ten duży, czarny budynek – notabene drugi najwyższy na świecie – kompleks dalej silny).
Przed wskoczeniem do windy powrotnej zatrzymaliśmy się na dłużej przy tablicy ze zdjęciami największych i najbardziej charakterystycznych wież na świecie, Baltazar nalegał na zrobienie zdjęć każdej z nich z osobna. My, dorośli naliczyliśmy około 15 które zwiedziliśmy ale serduszka nam wszystkim zadrżały przy jednej szczególnej – Žižkovská Věž – która towarzyszyła nam przez 3 cudowne lata mieszkania w Pradze. I tak zaczynamy i kończymy ten akapit czeskim akcentem w dalekiej tropikalnej Malezji.
*letadlo z czeskiego to samolot






Więcej wież?
Podsumowując te dwa wejścia na wysokość – zdecydowanie fajniejsze widoki były z KL Tower – część widoku nie była przesłoniona przez jej bliźniaczkę, zatem widoki były naprawdę fantastyczne, a do tego można było spędzić na szczycie ile się chciało czasu.
To też nie są jedyne z dostępnych wież do zwiedzania, aczkolwiek Sauron (Merdeka 118 – tak się oficjalnie nazywa drugi najwyższy budynek na świecie) nie jest jeszcze otwarty dla zwiedzających, więc trzeba się zadowolić dalszymi miejscami w tabeli rekordów.

Warto jeszcze wymienić tutaj budynek The Exchange 106, jest to wieżowiec który był na wprost naszych okien z apartamentu (ustawiony pomiędzy śpiewnym meczetem i jedną z linii autostrady) o który Baltazar ciągle pytał „Jak się nazywa, ile ma pięter, jak jest wysoki”? Wujek Google długo strzegło swojego sekretu i nie chciał nam go pokazać na mapie, dopiero ciocia Wikipedia wskazała go na liście najwyższych budynków świata (numer 19).
Ile dokładnie jest wieżowców w KL? 179 drapaczy chmur wyższych niż 150 metrów. Jeśli ktoś ma za dużo czasu i nie ma hobby – proszę, oto i propozycja dla was!
Parafrazując uwagę Shreka na temat Lorda Farquada: „Myślicie, że ktoś tu ma jakiś kompleks?”



Dodaj komentarz