[022] Miasto Popcorn

Mówimy tu o mieście Bangkoku. Zastanawiacie się pewnie teraz „uu popcorn, bo tak ciepło, że na ulicy się robi popcorn z zostawionej kukurydzy”, albo „pewnie popcorn, bo tak dużo ludzi, że tłok niczym w torbie z popcornem”, albo „popcorn pewnie jest jakimś ulubionym daniem Tajów”. Ale nie – sprawa jest o wiele bardziej prozaiczna – zapytaliśmy dzieci, czy pamiętają nazwę miasta, do którego lecimy i właśnie taką dali odpowiedź. Melodia taka sama…

Joga? Nie dziękuję, ja postoję i popatrzę…

Bangkok

Mimo, że nazwa miasta wydaje się śmieszna dla znających język angielski, to gdy dowiecie się jak brzmi pełna nazwa, to przestaniecie się śmiać. Oto i ona:

Miasto aniołów, wielkie miasto [i] rezydencja świętego klejnotu Indry [Szmaragdowego Buddy], niezdobyte miasto Boga, wielka stolica świata, ozdobiona dziewięcioma bezcennymi kamieniami szlachetnymi, pełne ogromnych pałaców królewskich, równającym niebiańskiemu domowi odrodzonego Boga; miasto, podarowane przez Indrę i zbudowane przez Wiszwakarmana.

Jest to rekord Guinnessa na najdłuższą nazwę geograficzną. Kolejny rekord – najcieplejsza stolica na świecie. Mało? W 2018 roku miasto odwiedziło ponad 21 milionów turystów, sprawiając, że było to najchętniej odwiedzane miejsce na świecie – nie Paryż, nie Rzym, nie Radomyśl Wielki, ale Bangkok! Człowiek wie, że istnieje takie miasto, ale po co tam jechać?

Bangkok jest miastem partnerskim Warszawy, obok innych stolic: Waszyngtonu, Pekinu, Moskwy, Seulu czy Ankary.

Ręce, które leczo

Jadąc z lotniska do mieszkania poruszaliśmy się arteriami miasta, które miały takie wielkie betonowe konstrukcje nad drogami – to były linie metra-kolejki. Człowiek sobie myśli – fajnie, będzie się łatwiej poruszać po mieście. Ale pierwszy nasz wypad do centrum zdecydowaliśmy się na taksówkę. Dlaczego? Google maps pokazywało, że przejazd 5km zajmie nam ponad godzinę. Przecież na piechotę (bez dzieci) można uzyskać takie samo tempo! Powrót już zdecydowaliśmy się wypróbować ten twór i przewidywania google się nie sprawdziły. Ale mogły, ponieważ, podobnie jak z polskimi autostradami, różne linie są obsługiwane przez różnych dostawców (BTS Skytrain, SARL oraz linia metra MRT). I na każdego trzeba kupić inny bilet (w wypadku jednej firmy są to plastikowe żetony). Jedna linia ma 3 przystanki, a koszt przejazdu wynosi tyle, co przejazd dziesięciu inną linią. A budowane są jedne nad drugimi, więc jeździ się powyżej kamienic na wysokości kilkudziesięciu metrów – człowiek musi zawierzyć tajskim inżynierom, bo inaczej będzie poruszał się ślimaczym tempem ruchu samochodowego (szacuje się, że jest więcej aut niż mieszkańców Bangkoku).

Z ciekawostek dorzucimy jeszcze, że 92% mieszkańców wyznaje buddyzm, 1% to chrześcijanie, a do tego jest trzystu żydów (tutaj diaspory muszą znać wszystkich z imienia).

Ej Budda, śpisz?

Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy (tak, będzie tyle odpoczywania, wracamy do zwiedzania), była świątynia leżącego Buddy – Wat Pho (วัดโพธ). Padło na nią na początek bo jest otwarta najdłużej (do 19:30) podczas gdy większość świątyń zamyka się przed 16. Pierwszą niespodzianką (chociaż raczej spodziewajką), były wymagania co do stroju – panie musiały ukryć kolana, ramiona i dekolty – strój, przy tak wysokich temperaturach, raczej spodziewany. Na wejściu były do wypożyczenia suknie do ukrycia nóg i to co Niebieska dostała, miała taki ładny deseń, że chciało by się ją zwinąć. Aurora nie chciała być pominięta i też zażądała sukni, ale z racji swoich rozmiarów mogłaby raczej używać jej jako namiotu (dzieci nie mają obostrzeń ubraniowych). Dlatego też dostała różową chustę. Wypożyczenie strojów w Wat Pho jest darmowe.

Nawet zamyślona jest piękna

Świątynia – piękna. Właściwie to jest cały kompleks i to jeden z większych (80 tys m2), który się BŁYSZCZY! Mozaika z użyciem błyszczących materiałów jest powszechna, więc w połączeniu z mocnym słońcem daje niesamowite wrażenie. Człowiek tylko chodził w jedną i drugą stronę i (przez okulary) przyglądał się jak budynki puszczają świetlne zajączki – wrażenie hipnotyczne.

Matka Polka w zagranicy

Spędziliśmy na tym kompleksie ładnych kilka godzin – bo było co oglądać.
Począwszy od Odpoczywającego Buddy – faktycznie, rozmiar robi wrażenie. 45 metrów długi, 15 metrów wysoki, cały w kolorze złotym z zaawansowanym płaskostopiem daje poczucie, że faktycznie w buddyzmie – inaczej niż w chrześcijaństwie – leżenie i słuchanie odgłosów natury nie jest grzechem, a jest wręcz metodą medytacji, która ma pomóc w znalezieniu harmonii. W tym samym budynku znajduje się kilkadziesiąt małych garnków ułożonych wzdłuż ściany, do których wrzuca się monetki. Gdy się do każdego wrzuci, to możemy się spodziewać przychylności losu. Rzecz jasna, nikt nie chodzi z garścią monet w portfelu, więc za drobną opłatą (20 bathów) można sobie kupić miseczkę monet i wykorzystać je do wrzucania do garnków – atrakcja nie do pominięcia dla dzieci. Z naszych obserwacji, najbardziej metodyczny był Makary, Baltazar najszybszy, zaś Aurora chciałaby zatrzymać monetki.

Wat Pho jest miejscem narodzin masażu tajskiego – znajduje się tu nawet szkoła masażu, jednak ten aspekt już zaczęliśmy eksplorować w Phuket, więc ruszyliśmy by pooglądać Chedi – takie konstrukcje przypominające czubek na choinkach, które są tajską wersją Stupy – czyli takiego kopca w buddyzmie. A jest ich sporo i robią wrażenie – zarówno dniem jak i po zapadnięciu zmroku. Rzecz jasna pierwszym instynktem dzieci była wspinaczka, więc musieliśmy hamować zapędy dziecięce (raz nawet zwrócił uwagę nam mnich – człowiek automatycznie ma w głowie pokazy kung-fu).

Przechadzając się po terenie świątyni napotkaliśmy również kilka grup dziecięcych, które uczyły się śpiewu z mnichami – idealne tło muzyczne do miejsca i czasu.

Miejsce zrobiło na nas wrażenie – architektonicznie i estetycznie dzieje się tam ogrom, ale jednocześnie daje uczucie, że mimo tłumów zawsze znajdzie się miejsce, gdzie człowiek może przysiąść i pomedytować nad wszechświatem. wszechobecne dachówki w połączeniu z konstrukcją która (w budownictwie europejskim) kojarzy się ze zwieńczeniem szczytów daje wrażenie, że jesteśmy na dachu wszechświata.

Innymi słowy – dobrze świątyniuje ta świątynia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *