Po miesiącu intensywnego zwiedzania, czas przyszedł na odpoczynek. I Tajlandia wydaje się idealnym do tego miejscem – ciepło, plaże i świetne jedzenie. Czy będzie nam dane odpocząć? Przekonacie się sami, a my razem z Wami.
Przylot na Phuket
Wsiadając do samolotu, temperatura oscylowała w okolicach 15 stopni. Naturalnym było, że po wylądowaniu będzie można było się spodziewać wyższej temperatury. No i faktycznie, było trochę ciepło po wyjściu z samolotu (a było około północy), w hali lotniskowej wręcz chłodno od klimatyzacji. Szczęśliwie cały proces odbioru bagażu przebiegł niezwykle szybko (szczególnie w zestawieniu z naszym doświadczeniem przy wylocie z Chin), bagaże czekały już na taśmociągu, gdy przeszliśmy przez kontrolę graniczną. Transport już czekał na nas przy wyjściu. I wtedy to się stało – dostaliśmy w twarz. Ciepłem i tropikami.
I wtedy poczuliśmy, że faktycznie – jesteśmy w ciepłym kraju.

Odpoczynku witaj
Wybraliśmy sobie ośrodek, który ma basen, a do tego około 800 metrów do plaży. Po długiej podróży, następnego dnia pierwsze co zrobiliśmy to zgarnięcie kąpielówek i skok do basenu! Ulga dla umysłu i ciała.

I jak to w życiu bywa, zaraz jak Niebieska stwierdziła „i tak właśnie powinno wyglądać odpoczywanie” usłyszeliśmy płacz.
To Baltazar dostał w brodę od takiego sprzętu do ćwiczeń na zewnątrz, na którym ćwiczyła intensywnie Aurora.
„Dzień dobry ubezpieczenie, poprosimy o wizytę w szpitalu”.
Odpoczynku, poczekaj jeszcze chwilę
Rana, na szczęście nie była zagrażająca życiu, więc gdy podjechała karetka, Baltazar bardziej się ekscytował przejazdem, niż cierpiał. W samym szpitalu było trochę problemu z ubezpieczeniem – wymagało to kilku rozmów z konsultantami, ale w końcu się udało i lekarz zaszył ranę (widać było kość!). Niestety po samym zabiegu musieliśmy długo czekać na wydanie antybiotyku, ponieważ znów był jakiś problem z ubezpieczeniem. Wizyta w szpitalu trwała calutki dzień. Dobrze, że fotele w poczekalni były wygodne.
To by było na tyle z nurkowania dla Baltazara na ten tydzień.

Odpoczynku, kontynuujmy gdzie skończyliśmy
Nasz schemat dnia wyglądał mniej więcej tak – śniadanie, basen, wyjście na obiadek połączone z pójściem na plażę, powrót, kolacja i spać. Iście wakacyjny schemat. Szkoda by było gdyby go coś zepsuło.

Według badań brytyjskich naukowców, Tajlandia znajduje się na trzecim miejscu, zaraz po Indiach i Egipcie, gdzie jest największe szanse nabawienia się zatrucia pokarmowego. Zatrucie pokarmowe może wywołać spożywanie wody z kranu, brak należytej higieny dłoni, czy też zjedzenie dań przyrządzonych z nieświeżych produktów z brakiem zachowania należytej higieny. I tak, sanepid by miał tutaj dużo do roboty.
My, staramy się zdroworozsądkowo podchodzić do sprawy, więc unikamy mięsa i owoców morza ze straganów, dokładnie myjemy (albo wyparzamy) owoce i warzywa, staramy się ocenić higienę restauracji, aczkolwiek często nie mamy wglądu w stan kuchni. Pijemy tylko butelkowaną wodę. Z dań, które należy unikać, to rzecz jasna wszystkie, gdzie mamy do czynienia z surowym mięsem, lub surowymi owocami morza, takich jak Larba/Koi, Yum Goong Dten – sałatka z surowych (żywych?) krewetek, Mniam/Hoj Krang – pikantna sałatka z kapusty z małżami, Smażony ryż z mięsem kraba, wszystkie dania z mlekiem kokosowym (wszelkiej maści curry), Jestem Tam z paala – pikantna sałatka ze sfermentowaną rybą, Kanom jeen Kanom – danie ze sfermentowanym ryżem i Sałatka z liści (tutaj kwestia użycia wody do mycia takiej sałatki). Jest tego więcej, więc warto zrobić rozeznanie przed ruszeniem w miasto.

Ale się nie udało
Przeszło po wszystkich, nie omijając Tamary. Aurora cierpiała przez kilka dni, że aż na umówioną wizytę ściągnięcia szwów Baltazara dorzuciliśmy ją do karetki i załatwiliśmy dodatkową wizytę w szpitalu. Koniec końców spadek wagowy każdego uczestnika wyprawy musiał być znaczny (Aurora zrzuciła kilogramy których się dorobiła na chińskich pierożkach), przegapiliśmy lot samolotem i przedłużyliśmy pobyt na Phuket. Więc może trzeba było się rzucić na zarazki już na początku wyjazdu, by w tydzień być już po przejściach? Taka strategia dla odważnych…

Dzieci wody
Gdy żołądkowe rewolucje jeszcze nie nadeszły skorzystaliśmy z uroków okolicy i wybieraliśmy się na plażę wielokrotnie. Plaża nazywa się Kamala i jest jedną z opinią przyjaznych dla rodzin z dziećmi. A pogoda? Boska – okres przejściowy pomiędzy porą deszczową a suchą – nie pada, komarów nie ma, a temperatury wysokie, ale można jeszcze wyjść na spacer, a turystów mniej niż poza sezonem nad Bałtykiem. Jeśli ktoś planuje, to listopad jest świetną porą by się ewakuować z Polski i przylecieć tutaj.
O poranku było to bieganie Adama po plaży – raz nawet z Baltazarem.


Popołudniami pluskaliśmy się w wodzie – Tamara okazuje się być bardzo niezadowolona, gdy raz wpuszczona do wody musi z niej wyjść. Przypominała małego kraba, ponieważ nie chodziła na czwórka, ale na czterech kończynach (przy basenie była chropowata powierzchnia więc nie chciała sobie zranić kolanek)- brakowało by chodziła bokiem. Największą ekstazę przeżyła jednak w momencie kiedy fale okalały jej króciutkie nóżki. To była radość prosto z trzewi.
Wieczorem również udało nam się wybrać na plażę – zaczęliśmy od huśtawki na długich sznurach, trafiliśmy na zachód słońca, którą Niebieska i Aurora przegapiły, bo właśnie poddawały się tajskiemu masażowi. Budowaliśmy zamki z piasku (w tym Wielki Mur) i oglądaliśmy malutkie kraby chodzące po plaży i płyciźnie.

Pocztówkowe wakacje (piękne zdjęcia z przodu i ślady palców listonosza z tyłu).










Dodaj komentarz