[007] Dzieci i inne rozrywki

Czytając nasze ostatnie wpisy, można by odnieść wrażenie, że ciągniemy te biedne dzieciaki od świątyni do świątyni (muzeów jeszcze nie zaczęliśmy), podporządkowując cały czas pod nasze zainteresowania. I może coś w tym jest prawdy.

ALE bywamy również w miejscach, w których nasze pociechy znajdują coś dla siebie.

Normalne dzieci, nie ma na co patrzeć, proszę się rozejść

Plac ćwiczeń

Po drodze do naszej stacji metra znajduje się malutki placyk do ćwiczeń, a że codziennie korzystamy z metra, jest to niejako nasz punkt startowy. Jest tam ławeczka do brzuszków, takie pół walca do rozciągania pleców, cos w stylu trzepaka do dywanów, tylko mniejsze i niższe oraz stanowisko do rozmasowywania sobie mięśni nóg. Jak widzicie nasza znajomość nomenklatury ćwiczeniowej ustępuje jedynie naszej znajomości chińskiego.

Jest to obiekt zdecydowanie stworzony z myślą o osobach, które czują ból w plecach, więc gdy nasza banda wpada tam i zaczyna robić wygibasy na tych sprzętach, średnia wieku gwałtownie spada.

Takich punktów po Pekinie jest rozrzuconych pełno – w przeciwieństwie do placu zabaw. Chyba to jest całkiem realne odzwierciedlenie faktu starzenia się społeczeństwa.

Ale jest to miejsce nie tylko gdzie ludzie ćwiczą – jest to miejsce spotkań. Tutaj ludzie sobie ucinają drzemki (na ławeczkach dookoła), spotykają pograć w karty, zaśpiewać (mamy nagranie!) czy nawet potańczyć (o tym będzie jeszcze osobny wpis).

A nasze stworki? Przy tak mało wyrafinowanych warunkach znajdują sobie sposoby na wymyślanie zabaw. Czy to wieszanie się do góry nogami (u nas w rodzinie określa się to robieniem kabanosa), czy kopanie dołków łyżeczkami od kawy z McDonalda (nie oceniajcie nas – tam łapiemy tylko kawuchę).

Wspominamy o tym, bo przy wszechobecnych placach zabaw oraz tendencjach organizowania czasu dzieciom w 100%, zapomina się, że dzieciom wystarczy wyobraźnia, kilka patyków i towarzystwo chętne do zabawy.

PS. Baltazar miał okazję już pokopać piłkę z lokalnym chłopcem, który później próbował nauczyć go gry w go – nauka szła tak średnio, bo żaden nie mówił w języku, który ten drugi by rozumiał.

Oceanarium (i Zoo)

Największe śródlądowe oceanarium na świecie. Brzmi atrakcyjnie, nie? Żal nie skorzystać, skoro już tu jesteśmy, a do tego całkiem mocna karta przetargowa, gdy „nóżki mnie bolą, kolana mnie bolą”.

Jest to obiekt położony niejako na terenie Zoo – nie da się do niego dostać nie przechodząc przez Zoo, jednocześnie wymaga dodatkowego biletu. Wybraliśmy się w, jak się okazało, najlepszym możliwym momencie. Było to zaraz po skończeniu Golden Week (patrz Pekin ma barwę brzoskwini), więc ludzi było mało. Jeszcze nigdy w życiu nie byliśmy w Zoo, gdy było tak mało ludzi – a do tego w jednym z najliczniej zamieszkałym mieście świata!

Zoo samo w sobie było całkiem przyjemnie, chociaż rozmiary wybiegów powodowały, że czuliśmy się moralnie niekomfortowo. Z drugiej strony można było faktycznie zobaczyć lwa, czy tygrysa, a nie jak w gdańskim, czy praskim Zoo, gdzie jeśli ma się szczęście to zobaczy się koci ogon na oddalonej kilkadziesiąt metrów platformie. Można by więc zacząć tutaj dyskusję o samych moralnych implikacjach istnienia zoo, o ustalanych granicach, gdzie godzimy się na przedmiotowe traktowanie zwierząt w celach rozrywkowych, a przestrzenią życiową niezbędną do egzystencji danego gatunku. No ale nie będziemy tu dyskutować, bo nie o tym my tutaj.

Niemniej jednak, Chińczycy mają inaczej ustaloną tę linię, więc bywało niekomfortowo.

Z drugiej strony mają Dom Pandy! Trafiliśmy akurat na czas karmienia pand, ale najwyraźniej te chińskie mają w zwyczaju siadania plecami do widowni w czasie posiłków.

Teraz o samym oceanarium. Faktycznie jest spore – ogromny budynek, z niesamowitą ilością różnorodnych ekspozycji. Rzecz jasna główne skrzypce zagrały akwaria z rekinami i płaszczkami. Swoją drogą mają niepełnosprawnego, garbowatego rekina – pierwszy raz coś takiego widzieliśmy i do tej pory się zastanawiamy, czy zdarzył się jakiś wypadek w pracy, a może to jakiś senior rodu, Don Corleone pośród braci rekiniej?

Renta inwalidzka dla tego rekina?

Oprócz rekinów widzieliśmy wieloryba białego, w zdecydowanie za małej przestrzeni, a do tego samotnego. Tutaj wątpliwości moralne wyraziły nawet nasze pociechy. Czy wiecie, że taki wieloryb jest niesamowicie głośnym zwierzęciem? Ten jego „śpiew” mógłby zastąpić klakson pociągu towarowego.

Z innych ciekawych stworzeń, które widzieliśmy były całe zbiorniki różnorakich meduz. Pierwszy raz widzieliśmy meduzy, które splątały się swoimi kończynkami. I może ktoś z Was wie – jak się rozplątuje meduzy? Nożyczki? Czy może jakiś specjalny kostium ochronny? Tyle pytań, a tu wszystko po chińsku…

Jednym z minusów oceanarium były ogromne ilości kramów i sklepików z zabawkami, których nie szło ominąć.

Wybraliśmy się również na pokaz – show morsa, fok i delfinów. Trochę przegadany, ale było kilka scen, które zapadły w pamięć – jak choćby prędkość delfina! Jeśli ktoś jeszcze nie był na takim pokazie – jest to coś wartego zobaczenia.

Festiwal Latarni w Pekinie

Twarz reklamowa festiwalu

Pomiędzy 14 września, a 31 października w Expo Garden odbył(wa) się największy Festiwal Latarni (to słowo będzie się w tym wpisie przewijać wielokrotnie – jeśli ktoś ma na stanie zamienniki do użycia, to chętnie przygarniem). Zasadniczo można by to nazwać Festiwalem Światła, ponieważ samych latarni nie uświadczyliśmy (takich latających). Ale uświadczyliśmy sporo innych latarni – i kolorów.

Przestrzeń ponad 40 hektarów pokryta została ponad 100 000 lampkami, oraz ponad 200 konstrukcjami-latarniami.

#TravelTip – zakup biletów online pozwoli oszczędzić pieniądze, oraz ból głowy wywołany zapętlonym okrzykiwaniem z megafonu.

Wybraliśmy się tam późną porą – było to zrozumiałe. Ponad 40 minut jazdy metrem, a później przesiadka do specjalnie przygotowanego autobusu. Koszt przejazdu śmiesznie mały, ale

#TravelTip do poruszania się autobusami miejskimi, każdy dorosły pasażer powinien mieć swoją, zainstalowaną aplikację – w ramach AliPay – nie ma możliwości zakupu biletów na więcej osób za pomocą aplikacji. Alternatywą jest posiadanie gotówki – w niskich nominałach. Koszt przejazdu to około 2 yuany.

Planowaliśmy przejść na piechotkę do bramy wejściowej (tylko na wybranych są wpuszczani indywidualni zwiedzający), ale okazało się, że to są naprawdę spore odległości.

A teren samego parku i wystawy był na tyle duży, że wszelkie siły w dziecięcych nóżkach były gromadzone na ten wyczyn.

I było warto. Faktycznie, gdzie się człowiek nie ruszy, tam coś jest. Czy to od prostych oświetleń drzewek, powtykania połaci świecących kwiatków, dmuchawców i zbóż, poprzez bardziej wyrafinowane konstrukcje poziome – ruszające się robaczki na łące, falujące trawy, które faktycznie sprawiały, że człowiek miał wrażenie, że patrzy na naprawdę ruchliwą polanę. Aczkolwiek największe wrażenie robiły te konstrukcje z latarni. Osiągały rozmiary wielopiętrowych budynków, z ruchomymi elementami i dobraną muzyką. Przenosiły do świata baśni i psychodelicznych romansów mitologii chińskiej i współczesnej kultury.

Było czym się zachwycać, a dzieci, mimo zmęczenia prosiły o zdjęcia przy wielu z tych konstrukcji.

PS. W tym wpisie słowo „Latarnia” zostało użyte 7 razy (z tym wspomnianym włącznie).

2 odpowiedzi do „[007] Dzieci i inne rozrywki”

  1. więcej zdjęci tych latarni poprosimy !

    1. Problemy techniczne… galeria już jest!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *