Ostatni wpis zakończyliśmy zwiedzając park Taoranting, gdzie przysiadłwszy na ławeczce zostaliśmy osaczeni przez żądnych niebieskich oczu Tamary mieszkańców państwa środka.
Teraz przenieśmy się w czasie kilka dni wcześniej i zobaczmy „co w świątyni piszczy”.
Lama Temple
Właściwie to Yonghe Temple (雍和宮) oznacza „Miejsce Pokoju i Harmonii” (chociaż przy takim przemiale turystów nie uświadczysz jednego ani drugiego), to miejsce ulokowane 4 stacje metra od nas, gdzie wybraliśmy się dwa razy i gdzie za pierwszym podejściem Makary nabił sobie guza.

Świątynia i zakon Gelug (szkoła tybetańskiego buddyzmu), to kompleks budowli rozciągający się na długości 460 metrów(!) składający się z 4 dziedzińców i 33 budowli.
I faktycznie, przestrzeń jest ogromna, a na terenie można spotkać mnichów, którzy będą grozić palcem i krzywo patrzeć jak będzie się robić zdjęcia, gdzie nie powinno (to by było na tyle z harmonii i pokoju ducha biednego mnicha – sorki).

Przestrzeń jest wypełniona budowlami i o niesamowitej ornamentyce, wypełnionej niewątpliwie ciekawymi i pięknymi rzeczami. Piszę „niewątpliwie” ponieważ nasza wycieczka ze względu na obecność nieletnich miała charakter przyspieszony, ale mamy na to sposób – jeden rodzic zostaje z gromadą, która z ochotą przystaje na pomysł przerwy na rysowanie, zaś drugi robi obchód. Na szczególne uznanie zasługuje posąg Buddy, który ma 18 metrów wysokości i jest wyrzeźbiony z jednego kawałka drzewa – przywiezionego z Nepalu. To właśnie temu posągowi poświęcony jest najwyższy z budynków, który nie ma pięter, ponieważ całą jego wysokość zajmuje ten złoty jegomość.

Oprócz tego na wejściu dostajesz zwitek kadzidełek, które możesz wykorzystać do modlitwy (lub do kiwania się w ślad za gośćmi o „gorszym wzorku”, jak to Baltazar stwierdził). Aurora ewidentnie wyczuła o co w tym wszystkim chodzi i gibała się z zapałem.




Świątynia Konfucjusza
Kim jest Konfucjusz każdy wie. Ale czy na pewno? Jakie macie skojarzenia? Harmonia? Stoicyzm? Filozofia? Dzwoni, ale nie wiadomo, który gong w której świątyni?

Konfucjusz był człowiekiem, który uwolnił edukację i umożliwił zdobywanie wiedzy ludzi spoza kręgu arystokracji. Sam wywodził się z domu arystokratycznego, dlatego mógł uczęszczać do szkół, aczkolwiek po śmierci ojca, jego rodzina popadła w biedę i zobaczył jak wygląda życie „po tej drugiej stronie”. Stwierdził, że edukacja to jedna z podstawowych rzeczy i zaczął nauczać biedotę, zakładał szkoły dla nich i szerzył wiedzę by polepszyć bytność ludu. Nauczał jak poprawić sposoby uprawy, by zwiększyć plony, został doradcą jednego z władców danego regionu i tak dobrze mu radził, że sąsiednie regiony uznały, że robi się zbyt silny i należy zrobić przewrót. Co ciekawe próbowali to zrobić w miarę współczesnym metodami – poprzez zniesławienie. Ale Konfucjusz pomógł władcy uniknąć pułapki.

Był wielkim człowiekiem (195cm wzrostu) i ma to odzwierciedlenie w ilości świątyń w całej Azji południowo wschodniej.

Grobowce Dynastii Ming
Czyli 明朝十三陵 (dosł. Trzynaście grobów dynastii Ming), jest to nekropolia położona 50km na północ od centrum Pekinu (czyli półtorej godziny jazdy metrem – daje wyobrażenie jak wielki jest Pekin), która obejmuje obszar około 40km2. Jest to miejsce ważne dla Chińczyków ale – w porównaniu do reszty pekińskich zabytków – mało uczęszczane.

Wybierając się tam nie miałem świadomości jak wielkie są odległości pomiędzy grobowcami – patrząc na mapę, wskaźnik ląduje na Drodze Duchów, a do najbliższego, odrestaurowanego grobowca, otwartego na zwiedzanie jest jeszcze 7km. Z kolei Niebieska (po wcześniejszym studiowaniu blogów innych podróżników) sądziła, że te odległości są dużo większe, o czym też przekonywał lokalny kierowca przy negocjacji ceny. Koniec końców po dojechaniu na miejsce stwierdziliśmy, że chyba przepłaciliśmy.

Na załączonej mapce, odcinek od bramy wejściowej to raptem 1,5km, zaś od mostka do grobowca Changling to 7km.
Dlatego też skorzystaliśmy z oferty lokalnego kierowcy, ale można się wszędzie dostać autobusami. Warto wspomnieć, że od przystanku metra do początkowej bramy jest jakieś 4km, więc daliśmy się złapać taksówkarzowi- ale zawsze mamy wymówkę – 4 małych dzieci (jeden z plusów takiej gromady – obok dużej ilości kciuków w górę sugerujących „dobrą robotę”, chociaż z naszą znajomością lokalnej kultury, może to oznaczać „jesteście zwariowani, kto wam dał prawa wyborcze”, czy coś w ten deseń).


Zaczęliśmy zwiedzanie od grobowca, by powrócić na Drogę Duchów – ruszyliśmy z myślą przebycia trasy pieszo, ale z perspektywy czasu trzeba było to zrobić w odwrotnej kolejności, szczególnie, że wejście na Drogę Duchów jest od południowej strony.

#TravelTip Jeśli kogoś spotka oberwanie chmury, lub zwyczajnie nie jest na siłach przejść odcinka z Drogą Duchów, to można skorzystać z opcji turystycznego busika za jedynie 10 yenów od człowieka powyżej 1,2 m.





#TravelTip Jeśli zatem ktoś planuje odwiedzić te okolice – nie ma co liczyć na obskoczenie wszystkich grobowców na piechotę. Aby zobaczy wszystkie grobowce warto już przy wyjściu z metra wziąć taksówkę na cały dzień

Makary na koniec podróży zapytał (z nadzieją w głosie):



Dodaj komentarz