[027] Singapur – więcej niż jedno miasto

„Nie należy wierzyć we wszystko, co się wyczyta w Internecie” – Albert Einstein, 1752r.

Monsun

A my uwierzyliśmy. To znaczy uwierzyliśmy, że pogoda w Singapurze będzie problemem – panoszy się tam Monsun.

Planując wyprawę optymistycznie założyliśmy, że pora sucha i deszczowa, to tak jak z porami roku – gdy na północnej półkuli mamy zimę, to na południowej jest lato – że jak w jednym miejscu jest pora sucha, to cały obszar trwa w porze suchej.

Idą chmury, idą… w tle Muzeum sztuki techniki

No nie do końca. Okazuje się, że w Tajlandii jest pora sucha, ponieważ cały ruch mas deszczowych zatrzymuje się na górach w okolicach Singapuru.

Szybkie uzupełnienie informacji daje nam pełny obraz sytuacji: W Singapurze pora monsunowa występuje dwa razy w roku: Monsun południowo-zachodni (zwany letnim, trwa od kwietnia do połowy maja), oraz Monsun północno-wschodni (zwany zimowym, trwa od października do stycznia).

Gdy słyszycie słowo Monsun, co macie w głowie? Opady, że nic nie widać? Ulice przekształcające się w rzeki? My też to tak widzieliśmy. Potwierdzały nasze przypuszczenia relacje ludzi, którzy na ten czas byli na miejscu i wrzucali filmiki do sieci. Były ostrzeżenia, że nad Singapurem do końca listopada będą się przetaczać „ciężkie deszcze” i urwanie chmury.

Z tego też powodu, ostatni dzień w Bangkoku spędziliśmy na poszukiwaniach kaloszy. Oznaczało to wyjście do, brrrr, centrum handlowego. Jest to niezwykle stresujące i wyczerpujące zajęcie. Historie o porwanych dzieciach, ilość siły by odciągnąć dzieci od wszystkiego co się błyszczy i świeci i przyciąga wzrok (czyli de facto od wszystkiego), czy choćby utrzymanie ich w zbitej grupie, by nie wchodziły w ściany, innych czy samych siebie… Dlatego wyprawy do centrów handlowych traktujemy jako ostateczność. Ale jesteśmy już doświadczonymi logistykami dziecięcymi i mamy kilka sztuczek w rękawie. Tym razem zastosowaliśmy technikę dziel i rządź. Jeden rodzic rusza w poszukiwaniu towaru po sklepach, zaś drugi idzie ze starszakami do sali zabaw.

Czasami trzeba improwizować

W efekcie udało nam się znaleźć kalosze jedynie dla Makarego i Aurory, a rodzice uzbroili się w klapki. Baltazarowi pozostały dobre intencje.

Tak uzbrojeni ruszyliśmy do samolotu…

Lotnisko w Singapurze

Lotnisko w Singapurze uznawane jest za najlepsze na świecie. Zapytacie pewnie: ale jak to? Samoloty jakoś delikatniej lądują, czy coś?

Otóż należy tutaj zwrócić uwagę, co można jeszcze na tym lotnisku robić, poza samym lataniem. A jest co robić, oj jest.

Zacznijmy od ogromnej fontanny – zasadniczo wielkiej dziury w dachu z której leje się woda. Przestrzeń otoczona jest wielopiętrowym ogrodem przywołującym na myśl las deszczowy z wielką liczbą miejsc do siedzenia, ścieżek i zaułków. Wrażenie robi niesamowite. Przed przylotem Niebieska bardzo chciała to zobaczyć ale ciężko było ustalić gdzie dokładnie na lotnisku się to znajduje ale rzecz rozwiązała się sama bowiem do lotniska przylega bezpośrednio centrum handlowe (o nazwie Jewel) i wychodząc z Sali przylotów trafia się prosto wodospad (brakuje mi lepszego słowa, ale w końcu jest to spadająca woda się powinno się nadać).

Funkcjonalne? Nie. Ładne? Zdecydowanie!

Oprócz tego można tu znaleźć darmowe kino, zjeżdżalnie z drugiego piętra, motylarnię, kilka ogrodów kwiatowych, basen na dachu, a nawet trampoliny i spa. Innymi słowy – jest co robić.  Niestety z większości atrakcji można skorzystać z Terminalów oczekując na odlot, my tylko przylecieliśmy do Singapuru (wyjazd mieliśmy planowany innym środkiem transportu) więc nici wyszły z planów snucia się pół dnia po lotnisku.

Po trzech godzinach przymusowego siedzenia, trzeba się wybiegać

Singapur – wrota Azji

No dobra – przylecieliśmy do bogatego kraju. Jest to szok, zarówno dla człowieka jak i jego portfela, ponieważ oprócz tego, że jest bogato, to jest i drogo.

Drugie najgęściej zaludnione państwo świata (po Monako), położone jest na wyspie Singapur oraz kilku pomniejszych wysepkach. Jest to drugi najważniejszy port przeładunkowy na świecie, jeden z najważniejszych miejsc produkcji zaawansowanych technologii (większość dysków twardych jest tu produkowany), siedziba ponad 120 banków oraz bezliku dużych korporacji, miejsce, gdzie za posiadanie gumy do żucia dostaniesz chłostę, zaś za piractwo zostaniesz stracony. Jedynie 5% stanowi oryginalne lasy i dżungle z tych terenów, jednocześnie 29% terenu jest zalesione, co stawia Singapur na pierwszym miejscu na świecie pośród wielkich miast.

Bogaty kraj, a reklamówki jak w biedronce

Został wydzierżawiony przez Brytyjczyków w 1819 od malezyjskiego sułtana i odkupiony zaledwie 7 lat później.

Nazwa pochodzi od dwóch sanskryckich słów: simha (lew) i pura (miasto), stąd niekiedy stosowana nazwa Miasto Lwa, a nieoficjalnym symbolem narodowym, choć wszędzie stosowanym jest wizerunek rzeźby Merliona, który możecie podziwiać poniżej.

Merlion

Przepraszam, Merlion? Pół lew, pół ryba? Toż to musiał być mezalians…

Merlion symbolizuje transformację z wioski rybackiej do Miasta Lwa. Stosuje się go wszędzie, gdzie jest potrzeba identyfikacji jako Singapur, zatem na zawodach sportowych, wydarzeniach muzycznych czy innych artystycznych przedsięwzięć. Podczas jednego mógł nawet strzelać laserami z oczu!

Obecnie stoi na skraju Merlion Park i można sobie zrobić z nim zdjęcie. Nawet jest zwyczaj, niczym z krzywą wieżą w Pizie, by machnąć sobie fotkę, jak to się pije wodę, którą z siebie wyrzuca. Być może dlatego też singapurczycy niekiedy zastępują słowo wymiotować przez właśnie „merlion”.

Ponoć przynosi to szczęście (oby bez zatrucia pokarmowego)

Statua jest naprawdę spora, chociaż nie wygląda tak na zdjęciach. Oficjalnie zatwierdzonych jego kopii jest 5 (w formie posągów), a oryginał został nawet trafiony błyskawicą w 2009 roku. Okazało się, że nie miał zabezpieczeń przeciw piorunom, co jest zaskakujące, bo o Singapurze też mówi się, że jest stolicą błyskawic.

Ho(s)tel i nie tylko

Wylądowaliśmy. W prawdzie z opóźnieniem ze względu na intensywne deszcze. Ładnie się zapowiada.

Spędziliśmy chwilę na lotnisku, zobaczyliśmy ogromny wodospad, zjedliśmy zbyt drogiego i małego burgera, a następnie ruszyliśmy do naszego hostelu. I tak, skorzystaliśmy z komunikacji publicznej – skończyły się tanie, azjatyckie kraje, gdzie za grosze można się przejechać taksówką!

#TravelTip skorzystaliśmy z Tourist Pass, który za 29 dolarów singapurskich daje nielimitowane przejazdy komunikacją publiczną przez 3 dni. Podliczyliśmy i wyszło nam, że nie byliśmy stratni na tym układzie (szacunkowo jeden przejazd to około 2$).

#TravelTip dzieci miały darmowe przejazdy (do 7 lat), ale potrzebowały mieć kartę, którą to za darmo można uzyskać w okienku metra, choćby na lotnisku. Konieczne jest okazanie paszportu.

Zgadnij, który to bilet dla dzieci?

Hostel jak hostel – koszt jednej nocy w pokoju bez okna, przewyższa cenę tygodniowego pobytu w luksusowym apartamencie w Kuala Lumpur w którym obecnie jesteśmy. I nie było tak źle – specjalnie wynajęliśmy cały pokój, bo inaczej nikt ze współtowarzyszy by się nie wyspał – jednakowoż nie był to hotel, więc gdzieś te cięcia kosztów trzeba było się spodziewać. Jednak nie oczekiwaliśmy dwóch wielkich karaluchów (największy to nazwany przez nas Król Karol Karaluch, który skończył tragicznie pod moją stopą, nie doczekawszy możliwości empirycznego sprawdzenia, czy przetrwa wojnę nuklearną), ale za to w pokoju wspólnym był mini bilard (faworyt Makarego) oraz konsola arcade (wszyscy w hostelu wiedzieli, że to miejsce Baltazara), więc dzieci miały co robić w wolnym czasie.

Ołtarzyk dziecięcy w hostelu

No dobra, z tym wolnym czasem, to trochę przesadzamy. Nie śpimy, zwiedzamy!

Jednocześnie była to miła odmiana – integracja z innymi ludźmi (już mamy nawet filipinkę, która zaoferowała swoje mieszkanie na Filipinach). Dorzućmy do tego człowieka, który zignorował zakaz palenia i wywołał alarm, co z kolei ściągnęło strażaków i policję do hostelu (rzecz jasna w czasie usypiania małej). W prawdzie było mało miejsca w lodówce, ale dzieci mogły użyć swoich rozwijających się umiejętności rozmowy po angielsku. To był niezły hostel.

Każdego dnia gdzieś byliśmy i nie taki straszny ten monsun jakim go malują. Owszem, zdarzyło się, że złapał nas mocny deszcz, gdy byliśmy na spacerze, ale poza tym były to krótkie deszcze, które można był ignorować, lub przetrwać z folią na głowie.

Darmowe parasole są najlepsze

#TravelTip Jeśli podróżujesz bez dzieci – miej ze sobą parasol. W zupełności wystarczy, a przynajmniej nie przepocisz się (to znaczy przepocisz z racji temperatury i wilgotności na poziomie 90-96 %, ale ominie cię pot zafoliowanej, zmokłej kury).

Pierwszego dnia dzieci nosiły swoje kalosze których poszukiwanie zajęło nam większość ostatniego dnia w Bangkoku, jednak szybko obtarły je w miejscu, gdzie nie sięgała skarpetka i przeszły na chodzenie na boso. I to dało radę!

Pada? Nie pada? Trudno stwierdzić.

Singapur jest czystym, nowoczesnym miastem. Po przyjeździe nasze wrażenia można było określić jako Floryda (tylko bez strzałów z pistoletów, nad wyraz otyłego społeczeństwa i z przewagą Azjatów). W prawdzie nie byliśmy na Florydzie, ale tak też sobie ją wyobrażamy więc się wypowiemy.

A gdzie chodziliśmy i co zwiedzaliśmy – to już w następnym odcinku.

A co do monsunu – niby pora deszczowa a po kilku dniach w Singapurze przybyło nam opalenizny.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *