[012] Najnudniejszy Plac Świata

Zapraszamy do dalszego bujania się z nami po Pekinie. Dalej zostajemy w drugim ringu (parz wpis Cesarz pierścieni) i tym razem odwiedzimy takie miejsca, do których wybieramy się ze względu na to, co sobą reprezentują, bądź ze względu na ich historię, zaś wartości architekturalne schodzą na dalszy plan.

Ale zaczniemy od takich klasycznych miejsc, gdzie się warto wybrać, bo jest ważne i ładne.

Temple of Heaven

Świątynia Nieba 天壇 to jeden z czterech kompleksów świątyń, obok Świątyni Ziemi, Świątyni Słońca i Świątyni Księżyca, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, która liczy sobie ponad 600 lat.

Jest to spory kompleks parkowo-świątyniowy (no bo przecież nie zamkowy) – 2,7km2. Za czasów cesarstwa był to również obiekt pielgrzymek cesarza, który dwa razy do roku szedł z Zakazanego Miasta do tej świątyni modląc się o pomyślne zbiory. Cesarz w tym czasie musiał wstrzymać się od jedzenia mięsa (pewno statystyczny mieszkaniec Pekinu bardzo mu wtedy współczuł), a co ciekawe – podczas tej całej pieszej pielgrzymki nie mógł go zobaczyć żaden człowiek! Wyobraźcie sobie – zamknięcie ponad 3 km trasy dla wszelkich ludzi, zabezpieczenie okien, zakamarków, wyrzucenie ludzi z ich mieszkań i domów, wstrzymanie jakiegokolwiek ruchu ulicznego, czy handlu w centrum stolicy, by „Syn Niebios” mógł się przejść na spacer i by nie musiał się kryć z tym, że jednak ukradkiem wcina słodką kiełbaskę na patyku. Ma się ten tupet, nie?

Świątynia jest dokładnie tak jak brzmi opis – ogromny kompleks ogrodowy z rozsypanymi małymi pawilonami oraz głównym kompleksem budowlanym, którego możecie zobaczyć we fragmentach na naszych zdjęciach.

Rzecz jasna nie obyło się osób chcących sobie zrobić z nami zdjęcie – tym razem były to wystrojone damy, więc ten barter był obustronnie korzystny.

Plac Tian’anmen

Czym jest plac Tian’anmen? To największy plac centralny na świecie, jednocześnie nic tam nie ma. No dobra, jeden postument i zamknięte mauzoleum Mao Zedonga i w sumie to tyle. Wielkie, betonowe nic.

A jednocześnie zaskakująco mocno chroniony – przejście przez kontrolę bezpieczeństwa kosztowała nas bardzo cenny dla Blu scyzoryk (prezent od przyjaciela ze Szwajcarii), a do tego po raz pierwszy spotkaliśmy się z tym, że nie wolno wnosić flamastrów. Czyżby ktoś się obawiał antyrządowych malunków na bruku? Być może protesty kredą na chodniku w Polsce wcale nie były tak bezsensowne, skoro (potencjalnie) największe mocarstwo na świecie obawia się trzylatka z flamastrami? Jakby tego było mało, to na wejście trzeba pokazać paszport (a rezerwacji na numer paszportu należy dokonać dzień wcześniej), zaś plac jest obsadzony policją i żołnierzami. Czyżby filmowa fikcja ma uzasadnienie i pod placem znajdują się wyrzutnie pocisków nuklearnych? Autorytaryzm ma to do siebie, że ma bardzo zaskakujące sposoby wykorzystywania zasobów ludzkich i finansowych…

Tak jak wspomnieliśmy – to najnudniejszy plac na świecie.

Jednocześnie jest to miejsce znaczących wydarzeń historycznych – chyba każdy kojarzy zdjęcie człowieka, który stanął przed kolumną czołgów na paradzie – właśnie to się zdarzyło na tym placu (o tym człowieku słuch zaginął, co nie powinno być wielkim zaskoczeniem).

Zatem – czy warto się tam wybrać? Nie. Zdecydowanie szkoda pół dnia na to.

Qianmen street

Zaraz po wyjściu z NPŚ (najnudniejszy plac świata) skierowaliśmy się w poszukiwaniu strawy. Tak się złożyło, że na południe od NPŚ odchodzi ulica Qianmen. Między nimi jest jeszcze piękna brama miejska, niestety nie udało nam się jej odwiedzić (zamknięta dla zwiedzających – znak zapytania).

Wspomiane tramwaje – Qianmen street

Wspominaliśmy we wcześniejszych wpisach, że chyba trafiliśmy na jeden z główniejszych deptaków w Pekinie, ale tu zdecydowanie się myliliśmy. Teraz zobaczyliśmy co to znaczy Główny Deptak Pekinu (GDP) i Buddzie niech będą dzięki, że nie trafiliśmy tam w czasie Wielkiego Tygodnia. Ludzi było dużo. Bardzo dużo. W sumie nie dziwne bo zabytkowe budynki okala aleja drzew, nie ma (prawie) samochodów, za to nie brakuje miejsce na zakupy pamiątkowe. Jeszcze więcej było sklepów ze słodkimi rzeczami i sklepów z drogimi rzeczami. Przyzwyczajeni, że za obiad dla naszej rodziny płacimy 100-200 yenów, widok cen 100-200 yenów za danie skutecznie zmotywowało nas do odejścia na uliczki odchodzące z głównego deptaku. Co do deptaku, to warte odnotowania jest, że istnieje możliwość przejechania się tramwajem z czasów tramwajów (lata 50.) do samego końca, jednak cena była również zaporowa (50 yenów za osobę, brak darmowych biletów dla dzieci, jedynie pół ceny), więc skończyliśmy na podziwianiu z zewnątrz. O wiele przyjemniejsze dla naszego portfela.

Wzdłuż GDP za to można znaleźć ogrom figur z brązu (Patrz wpis Kaczka po Pekińsku), jakość… powiedzmy sobie, że kraj pochodzenia tłumaczy jakość.

Zbaczając z GDP trafiliśmy na miasto duchów. Obszar widocznie odnowionych Hutongów i również przerobionych na bardziej nowoczesne oraz ekskluzywne, które stoją puste. Ogrom takich pustostanów robi przerażające wrażenie. Dobrze, że byliśmy tam w ciągu dnia, bo wieczorową porą zawrócilibyśmy na GDP, bo jest do czego wracać – jest bardzo ładna, Blu określiła „najbardziej urokliwa mnogoturystyczna ulica w Pekinie” – a to coś znaczy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *