Z Chiang Rai do Chaing Mai? Jak tu się nie pomylić? I dlaczego są położne tak daleko od siebie…
Dojazd
Dojazd, jak się okazuje, nie jest taki łatwy. Przyjechaliśmy do Chiang Rai wyposażeni w informację, że należy zawczasu kupić bilet do Chiang Mai więc pierwsze co zrobiliśmy po przybyciu to wycieczka na dworzec autobusowy. Przy okienku okazało się, to trzeba by było tak tydzień wcześniej (a nie dzień) zaklepać miejsca w autobusie. Był to nie lada cios – miejsce w hostelu mieliśmy zarezerwowane na jedną noc, na kolejne już nie było miejsc. Jak potem się zreflektowaliśmy na pewno miało to związek z festiwalem latarni na który wszyscy zmierzali do Chiang Mai (o tym w kolejnym wpisie).

Zaczęło się zatem gorączkowe poszukiwanie alternatywy. Jedną z rozważanych przez nas opcji było wypożyczenie samochodu w jednym mieście i zwrócenie go w drugim, jednak dla takich operacji należy to zrobić z wyprzedzeniem, zaś stanowiska wypożyczalni samochodów działają do 18-19 na lotniskach (to było dla nas za późno już).
Kolejna opcja, to oferowane przez różnych przewoźników taxi z kierowcą. Jednak cena była przerażająca – prawie 1000 zł za przejazd 230 km.
Koniec końców zmuszeni byliśmy skorzystać z taxi, ale takie z aplikacji GRAB. Nie była to tania impreza, więc za przejazd zapłaciliśmy tak 10x więcej, niż byśmy dali za autobus, a i tak nie było łatwo znaleźć chętnego na taki zarobek – zanim znalazł się kierowca, przynajmniej 5 odrzuciło ofertę (aplikacja automatycznie przypisuje wolnych kierowców w okolicy, tamci zaś mogą zdecydować, czy podejmują się wyzwania).


Trasa była długa – nie był to przejazd autostradą. Zważywszy na naszą liczebność, zdecydowaliśmy się wziąć SUVa, jednak to i tak oznaczało, że jedna osoba nie będzie miała pasów. Tamara przespała na mnie część trasy, ale po przebudzeniu zdecydowanie nie była skłonna, by kontynuować podróż w takim układzie i zaczęła wyciągnąć najwyższe rejestry. Zerkając na kierowcę widziałem jak w jego głowie pojawiały się pytania czy ten zarobek faktycznie jest warty takich warunków. No ale byliśmy już jakieś 60 km od celu, więc udało się jakoś dociągnąć do końca. Dotarliśmy około godziny 22, całość trwała bagatela – 4 godziny.
Nocleg
Wyczerpani, marzyliśmy już o wyłożeniu się na łóżkach, ale okazało się, że to nie koniec naszych zmagań. Miejsce Niebieska znalazła na AirBnB, nie miało żadnych opinii, widać dopiero postanowili wystawić tam ogłoszenie. W międzyczasie porozumiewaliśmy się poprzez portal, oni swoje po tajsku, ja swoje po angielsku i jakoś rozmowa się kleiła. Termin był jak najbardziej chodliwy – odbywał się festiwal światła – klientów zatem nie brakowało a i miejsc noclegowych – owszem.

Po przyjeździe zostaliśmy powitani i został pokazany nam nasz pokój. Jeden pokój z jednym podwójnym łóżkiem. Nasze zdziwienie chyba było widoczne i spotkało się ze wzrokiem niedowierzania. Okazało się, że ogłoszenie było niepoprawnie ustawione na portalu i zamiast trójpokojowego domku do dyspozycji mieliśmy pokój w domku trójpokojowym. Zaczęły się dyskusje i negocjacje w atmosferze zmęczenia i szalejących dzieci – nie najlepsze wspomnienia. Koniec końców udało się wynegocjować drugi pokój, my zaś zagarnęliśmy kanapę z części wspólnej by móc położyć gdzieś trzecie dziecko (ponieważ, mimo obietnic i ustaleń, nie znalazło się dodatkowe łóżko, które miało być w cenie).
W ciągu tych 5 dni próbowano dołożyć nowego klienta do tego trzeciego pokoju, ale wyniósł się skarżąc się na hałas generowany przez nasze dzieci. Tutaj akurat musimy zaznaczyć, że nasze dzieci w tym okresie, gdy był rzeczony lokator, zachowywały się grzecznie i wcale nie tak głośno. Nie zmienia to faktu, że po tym właściciel już skapitulował i udostępnił nam trzeci pokój. My już się rozgościliśmy w dwóch, więc trzeciego nie ruszyliśmy, bo i tak zarobek wynajmującego był mniejszy niźli oczekiwał, chociaż nasz komfort też był mniejszy niż oczekiwaliśmy więc chyba jesteśmy kwita.


Swoją drogą, to miejsce nie było naszym pierwszym wyborem – wcześniej mieliśmy zarezerwowane miejsce z rzekomym basenem przy ośrodku, który jak się okazało, był płatnym basenem publicznym kilka kilometrów dalej. Jeśli w ofercie jest współdzielony basen (dla mieszkańców ośrodka), to nie może to być publiczny basen. Odkręcanie tej rezerwacji również trochę nerwów kosztowało, ponieważ właścicielka upierała się przy swoim, dla nas zaś kluczowy był basen aby schłodzić się po bangkokijskich temperaturach. Musieliśmy tutaj iść w arbitraż z AirBnb ale to też nie jest proste – kto próbował się skontaktować z człowiekiem w tym serwisie, ten wie ile to wymaga gimnastyki.
Ale jesteśmy w Chiang Mai i nawet mamy super ogródek i nienajgorszy basen do dyspozycji. Nieźle.
Nowe Miasto
Bo tak się tłumaczy nazwę Chiang Mai (เชียงใหม่) założył w 1296 roku król Mangrai (wspomniany we wpisie Kolory północy: niebieski), gdzie też ustanowił stolicę swojego królestwa Lanna (Królestwo Miliona Pól Ryżowych). Tutaj też urzędował przez 20 lat, by zginąć śmiercią od uderzenia pioruna – a przynajmniej takie są podania, bo alternatywne, mniej ekscytujące scenariusze jego śmierci również krążą w eterze.

Miasto zostało zbudowane na planie kwadratu (prawie) i miało przypominać człowieka z głową, rękami, brzuchem i nogami. Na mapie widzę tylko kwadrat, ale jakby się uparł, to dorobiłby odpowiednie końcówki. Mówi się, że miasto zostało zbudowane przez 100 tysięcy robotników w ciągu 4 miesięcy.
Miasto przechodziło z rąk do rąk okupantów na literę B – Birmańczyków, a później Brytyjczyków. Obecnie jest to mekka cyfrowych Nomadów. Polscy podróżnicy najczęściej mówią o Chiang Mai, że to taki tajski Kraków, podczas gdy Bangkok to tajska Warszawa. Jeśli chodzi o klimat obu miast to także podpisujemy się pod tym porównaniem.
O Chiang Mai mówi się, że jest miastem 300 świątyń i być może jest w tym trochę prawdy, gdyż w obrębie samych murów miejskich jest ich 40. A bok kwadratu wynosi 1.6km, więc możecie sobie wyobrazić zagęszczenie!*



*A jeśli ktoś jest humanistą jak Niebieska to muszę zaznaczyć mężowi by dodał informację dla tych nie-technicznych. Zagęszczenie świątyni na km2 to 15.5 świątyni/km2 czyli więcej niż pubów na praskim Žižkove
Wypożyczenie kulturowe
Jak się mówi A to i trzeba powiedzieć B, szczególnie jeśli mówi się o zespole ABBA. A, gdy mówimy o dotrzymywaniu obietnic, to należy dopowiedzieć resztę literek. A my obiecaliśmy, że będziemy się przebierać i tym samym ponownie wypożyczać sobie element obcej kultury, chociaż trzeba przyznać, że tutaj na porządku dziennym są Europejczycy, którzy cykają sobie zdjęcia w strojach narodowych – w porównaniu do Chin, gdzie odstawaliśmy na kilometr od reszty.

Warto jeszcze przypomnieć o drobnej niespójności władz sakralnych. Otóż, aby móc wejść ogólnie do świątyni trzeba być odpowiednio ubranym, kobiety muszą mieć m.in. zakryte ramiona, jeśli natomiast odwiedza się sakralny przybytek w tajskim stroju narodowym to ta zasada nie obowiązuje i można hasać z nagim lewym barkiem.
Skierowaliśmy się do naszej docelowej świątyni, zaraz obok zaś wypatrzyliśmy wypożyczalnię strojów, z której skorzystaliśmy. Pogoda nam dopisywała, bo nie było słońca, więc akuratnie na wkładanie zbyt dużej ilości ubrań.

W Tajlandii stroje odgrywały ważną rolę od wieków. Pozwalały rozróżnić rolę noszącego, zaznaczyć należność do danej kasty czy pokazać status. I o ile w innych krajach znaczenie strojów nie jest takie istotne, to w Tajlandii temat został odświeżony przez Jej Wysokość Królową Sirikit. Gdy była jeszcze córką ambasadora Tajlandii w UK, Danii, czy Francji rozwinął się jej unikalny styl ubioru. Gdy została żoną króla (a później matką obecnie rządzącego króla), odbyła z mężem objazd 15 krajów jako królewska para. I zorientowała się, że pod względem ubioru, tajski dwór nie ma spójności i w ogóle to boli jak się patrzy. Zatrudniła więc Pierre Balmaina – francuskiego projektanta, by wspólnie opracować, w oparciu o narodowe tradycje, wzór ośmiu strojów z jedwabiu na każdą okazję.
I tak powstał nowy kanon, który obowiązuje do dzisiaj i ciągle trzyma poziom.

Przyszedł czas wyboru stroju. Dla chłopaków istotne było, by mieli podobne, a najlepiej by były złote. Ilość złota, która została zawieszona na szyi wynagrodziła wszelkie kompromisy, na które musiały dzieci pójść. A kilka było i wynikały z faktu, że nie było wystarczającej ilości tych samych ciuchów, lub – co ważniejsze – powodowały niespójność kolorystyczną, na którą Niebieska się nie mogła zgodzić. I dobrze, bo wszyscy wyglądali wspaniale w ulubionym mariażu kolorystycznym Niebieskiej (żółty i błękit). Na pewno wszyscy wiedzą, że jest to inspiracja niderlandzkim malarzem barokowym Janem Vermeerem (ten od „Dziewczyny z Perłą”).
Suknia wybrana przez Aurorę (i analogiczna taka sama dla Niebieskiej) kwalifikuje się pod kategorię Chakraphat.
I tak oto rodzicielska obietnica się dokonała a dzieciostan uszczęśliwiony został!



Srebrna świątynia
Przy okazji poszukiwań kesza znaleźliśmy srebrną świątynię i to przed odwiedzeniem tej docelowej. Szybko się zorientowaliśmy, że nie jesteśmy u celu – wszak było niemalże pusto i okolica była lekko zaniedbana. A okazało się, że jest tam coś na wzór galerii sztuki – wystawione były kolejne płaskorzeźby w metalu ze scenkami rodzajowymi i religijnymi. Ile srebrnych świątyń może być w małym mieście?

Wat Sri Suphan (วัดศรีสุพรรณ), to położona na południe od niedaleko murów miejskich świątynia, która pokryta jest zdobieniami zrobionymi ze srebra, niklu i aluminium (tego nie pomaluje). Dlatego też nazywana jest Srebrną Świątynią. Bardzo dobrze to wpisuje się w naszą, kolorystycznie umotywowaną trasę po świątyniach.




Zbudowana około roku 1500 nie dotrwała w oryginalnym stanie do dzisiaj. Podupadającą świątynie podjęli się wyremontować lokalne społeczności, a że okolica stoi wyrobnikami w metalach, to też i z ich inicjatywy i ich rękami świątynia zyskała nową twarz.
Zatem – w odróżnieniu od innych świątyń – całość pokryta jest skorupą zdobień zrobionych z różnych metali ze skrupulatnie wyrzeźbionymi zdobieniami.
Co ciekawe do wnętrza ubsotu (tego głównego budynku) nie mają wstępu kobiety. Aurorę bardzo ten fakt ubódł i nie mogła zrozumieć dlaczego tak to wygląda. I jak tu wytłumaczyć wielowiekowe podziały społeczne?

Spędziliśmy trochę czasu cykając sobie fotki z różnych kątów, udało nam się nawet znaleźć jakiegoś turystę, który miał ambicję być naszym tymczasowym fotografem – więc mamy kilka zdjęć wspólnych. Zastanawialiśmy się, czy Tamarze również brać jakiś strój, bo na wcześniejszym przebieraniu sobie smacznie spała, ale tym razem czas drzemki był za nami, więc dostała najmniejszą białą bluzkę i została przepasana szarfą (strój męski).

Wejście do świątyni jest darmowe, aczkolwiek sugestia jest, kupić cegiełkę w postaci zawieszki. No to poprosiliśmy o bilety. Dzieci mają za darmo. No ale jak to, dostaliśmy dwie zawieszki, więc będą niesnaski – zakupiliśmy zatem trzeci bilet ekstra – jest to pierwsze miejsce, gdzie dobrowolnie zapłaciliśmy za bilet, którego kupić nie musieliśmy. Ot takie dylematy rodzin trój- i więcej dzietnych.




Znaczenie koloru srebrnego w buddyzmie
Kolor srebrny, podobnie jak i szary, czy ogólnie metaliczny nie ma żadnego znaczenia w buddyzmie. Ale tak bardzo nam pasowało do wcześniejszych wpisów, że przywołaliśmy ten podrozdział i też postaramy się go czymś zapełnić.



Znaczenie koloru srebrnego i szarego w buddyzmie: Kolor szary i srebrny są bardzo często ze sobą mylone i przez to są jednymi z bardziej niebezpiecznymi kolorami w tej religii. Wynika to z faktu, że noszenie na sobie ozdób o zabarwieniu srebrnym ma przynieść noszącemu szczęście, zarówno w podróży, w pracy i w życiu domowym. Szary zaś jest symbolem stagnacji i zrezygnowania. Dlatego nie znajdziesz wielu wyznawców buddyzmu w Łodzi, czy Katowicach. Z tego też powodu, jednym z codziennych rytuałów jest polerowanie srebra, zaraz po porannej modlitwie wyznawcy buddyzmu biorą garść popiołu, mieszają go ze łzami wylanymi nad losem tych gorzej usytułowanych i tak stworzoną pastą polerują wszystkie srebrne powierzchnie.
Szary to smutek, stagnacja, niechęć i znudzenie – nie należy zatem nosić szarych majtek, by życie łóżkowe nie przeszło w stan spoczynku.


















Dodaj komentarz