[018] Klasztor pełen dzieci

Mamy na pokładzie wojownika i miłośnika pand. Jeśli się te dwie rzeczy pomiesza, to wyjdzie nam Kung-fu. A gdzie się można szkolić w tych walkach? Tam gdzie Jackie Chan, czy Bruce Lee – w Shaolin. Jeśli więc nieobcy jest Ci styl walki małpy, kobry, czy też pijanego mistrza (tak, tak, wiem, opuśćcie ręce), to dokładnie wiecie, że trzeba się tam było wybrać.

Klasztor Shaolin

Spotkaliśmy Polaków! I to cały autobus! Jak miło było zamienić kilka słów i nie musieć w udawanym chińskim tłumaczyć się z bladej twarzy i czwórki dzieci.

Ale zanim porozmawiamy w języku Mickiewicza i żurku z kiełbasą, przejdźmy do stałej części programu pt.: „Jak oni się tam dostali?” (Krzysztof I. niestety nie był dostępny, więc prowadzącym dalej jestem ja).

Runda 1: Gdzie to jest?

  • Klasztor Shaolin znajduje się około 55 km od centrum Louyang 洛阳市.
  • Louyang znajduje się 350 km do Xi’an

Runda 2: Czym się tam dostać?

  • Trasę z Xi’an do Louyang najlepiej odbyć pociągiem szybkobieżnym. Tutaj uwaga – Louyang ma dwa dworce kolejowe. Tylko na jeden dojeżdżają Bullet-Trainy – Louyang Longmen 洛阳龙门, zatem warto zwrócić uwagę przy zakupie biletu. Z Xi’an odjeżdżają tam szybkie pociągi zarówno z dworca północnego, jak i centralnego, z tym, że z pierwszego odjeżdża coś co 30 min, zaś z centralnego 2 razy w ciągu dnia.

#TravelTip – wejście na peron zamykane jest 5 minut przed odjazdem pociągu (nie pytajcie jak się o tym dowiedzieliśmy).

  • Dojazd do klasztoru można, rzecz jasna, załatwić sobie taksówką (koszt 200 i więcej yuanów), albo komunikacją publiczną. Rzecz jasna, myśmy porwali się na tańszą i bardziej ekscytującą opcję – autobus. Koszt – około 25 yuanów od osoby, więc finansowo niewiele zyskaliśmy. Ale przejazd. Co to była za wyprawa. Autobus pamiętający, jak był stary, gdy go importowali gdzieś z rosji (celowo z małej). Ten dźwięk, gdy dwójka nie chce wskoczyć i dźwignię zmiany biegu musisz przytrzymywać nogą, by nie odbiła i nie połamała kości udowej. Dorzućmy do tego obowiązek zapinania pasów, których mechanizm ściągania dawno nie działa, o klimatyzacji nie ma mowy, więc zaduch pierwsza klasa.

Autobus rusza spod drugiego dworca kolejowego, na który można przedostać się metrem.

O tutaj (trzeba wejść do budynku przez kontrolę bezpieczeństwa).

Poczekalnia autobusowa pełna niedziałających foteli do masażu

Po dotarciu na miejsce trafiliśmy na całą infrastrukturę wokół klasztoru – od małych Krupówek przed wejściem, przez małe elektrobusy do skorzystania (nie polecamy – dojeżdżają pod sam Klasztor, który jest pomiędzy ciekawymi punktami do zwiedzania), lub malutkie samochodziki do wypożyczenia i samodzielnego kierowania.

Ogólnie można klasztor zwiedzić na szybko, ale jest tez dłuższa trasa, na którą można wybrać się na cały dzień (w ramach atrakcji jest m.in. przejazd kolejką linową wyżej w góry).

Nas niestety gonił czas, który zostawiliśmy w autobusie, więc zdecydowaliśmy się zobaczyć dwie rzeczy: Las pagód oraz pokaz kung-fu.

Las pagód

Pagoda Forest czy z polska Las Pagód (swoją drogą, odmiana słowa pogoda przez przypadki wymagała sięgnięcia do słownika), położony jest około 150m od klasztoru i jest to określenie cmentarza mnichów z zakonu. Z całego kompleksu klasztoru Shaolin tylko on znajduje się na liście UNESCO (nanana kolejny do kolekcji!). Nie każdy mnich, który kopnął w kalendarz (hue hue) może dostąpić zaszczytu i dostać pagodę. Obecnie liczy się ich około 200 i faktycznie przypominają las – zagęszczenie wysokich, pionowych konstrukcji przywołuje to skojarzenie.

Na pagodach niejednokrotnie wyrzeźbione są jakieś ważne aspekty, czy to życia umarłego, czy też ogólnie społeczne. Ciekawym faktem jest, że są pagody, które mają na sobie płaskorzeźby przedstawiające zdobycze technologiczne – komputer, samochód, pociąg, kamerę, samolot i tak dalej. Jest to niejako abstrakcyjna wizja.

Na moim nagrobku będzie hamak i dobry obiadek

Pokaz Kung-Fu

Odbywa się w specjalnie przygotowanym na tę okazję ośrodku (około 500m od klasztoru w stronę wejścia do kompleksu). W ciągu dnia odbywa się wiele pokazów, prawie co godzinę aż do 16. Myśmy upolowali ten ostatni, z tym, że miejsca nie są numerowane, więc ustawiliśmy się w kolejce odpowiednio wcześniej (prawie godzinę), dzięki temu mieliśmy jeden z lepszych widoków.

Patrzcie, to tak się kolejkuje profesjonalnie!

Pokaz zaczyna się od jakiegoś mistrza Mijagi, który wychodzi i zaczyna kaligrafię. Serio – przez pierwszych 10 minut siwy pan coś kreśli pędzlem wielkości Długopisu Wałęsy na sporych broszurach, a później dwóch chłopaczków prezentuje jego pracę publiczności. Rzecz jasna biliśmy brawo ze wszystkimi, ale nie wiedzieliśmy czy to dlatego, że nie zrobił kleksa, czy napisał coś ważnego, czy też wszyscy bili brawo, by dać mu znać, że czas zakończyć i niech wpadają chłopaki z kung-fu (my klaskaliśmy na to ostatnie).

Ktoś z publiczności pomoże odczytać?

Później rozpoczyna się faktyczny pokaz – wybiega grupka młodych chłopców (rzecz jasna, że na takie wydarzenie oddelegowani są młodsi – starsi zajęci są bronieniem cesarstwa od złych sił) i zaczyna szaleństwo: od ukazania różnych stylów walki, poprzez konkurs salt i okrzyków, aż do utrzymywaniu się tylko na szpikulcu jakiejś broni przytkniętej do brzucha lub rzucaniem gwoździem tak, by przebić szkło. Był też moment, gdzie trzech ochotników z publiczności miało naśladować ruchy wojowników. Trafił się jeden chłopak, który w prawdzie nie był w stanie wszystkiego pokazać co prowadzący, ale nie odstawał przy wyskokach, czy saltach – szacuneczek.

Pokaz nam się podobał, dzieci powtarzały „ja też tak chcę umieć”, lecz nieszczególnie podobała im się odpowiedź, że wymaga to lata ćwiczeń, wyrzeczeń i ciężkiej pracy. Chociaż filmy nas uczą, że czasem wystarczy pomalować płot i nawoskować samochód…

Na powrót do Luoyang próbowaliśmy się dokleić do wycieczki Polaków, których spotkaliśmy wcześniej i już byliśmy witani chlebem i  wódką, gdy kroczyła Pani Przewodnik i nie pozwoliła (sami wiecie jakie to Panie Przewodniczki są).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *