[099] Namaste Bharat!

Dziecięce lalki są definicją dualizmu – z jednej strony są słodziutką reprezentacją człowieka, która dziecko bawi się godzinami odgrywając scenki rodzajowe i wspólnie przeżywając przygody. Ale wystarczy, że zgaśnie światło, dziecko pójdzie spać, a te martwe, szklane oczy zaczynają śledzić każdego przechodzącego obok ich półki. A niech tylko jakaś lalka zostanie zaniedbana, straci włosy i jakąś kończynę – znalezienie takiej może przyprawić o zawał serca.

A my wybraliśmy się do miejsca, gdzie takich starszych, nieużywanej lalek są całe wystawy…

Ktoś pożyczył sobie opony z mojego rowerka

Muzeum lalek

Kesava Shankar Pillai – żyjący w latach 1902-1989 prawnik, pochodzący z południowych Indii. Gdy przeprowadził się do Nowego Delhi, porzucił karierę prawniczą i poświęcił się rysowaniu karykatur. Założył swoje czasopismo Shankar Weekly, gdzie publikował swoje prace, które nie oszczędzały nawet najważniejszych osób w państwie. Jego karykatury nie były wulgarne – cechowała je inteligentna ironia i dosyć łagodny humor – władze więc nie czyniły kroków przeciwko jego działalności.

Jednak to drugi filar jego działalności nas interesuje – praca z dziećmi i na ich rzecz. Założył swoje wydawnictwo Children’s book trust, które wydawało książki właśnie dla najmłodszych. Poza tym organizował kursy i konkursy plastyczne dla dzieci, zaś w 1965 roku założył Shankar’s International Dolls Museum – muzeum lalek, które początkowo pochodziły z jego prywatnej kolekcji zabawek przesyłanych mu z całego świata.

Trochę socjalistyczne, ale co to robi w Indiach?

I to właśnie przynależność etnograficzna systematyzuje ekspozycje. Przestrzeń dzieli się niejako na 3 części: Europa, Ameryka i Australia, następnie Azja, Bliski Wschód i Afryka, zaś ostatnia część poświęcona jest Indianom (w sensie mieszkańcom Indii – czas zacząć walczyć ze schedą niekompetencji Krzysztofa Kolumba).

I uprzedzając Wasze pytanie – tak, znalazł się komplet lalek z Polski.

Niestety zakaz fotografii był egzekwowany, więc musicie tutaj nam uwierzyć na słowo – warto tam zajść. Ta różnorodność lalek prezentujących przeróżne stroje, zwyczaje, scenki rodzajowe jest oszałamiająco fascynująca! W pewnym momencie wręcz żałowałem, że jestem tu z dziećmi, które co jakiś czas zatrzymywały się przy którymś z okazów, ale w ogóle nie miały możliwości zrozumieć tych kulturalnych zależności, odczytać podtekstów, nawiązań kulturowych i ukrytych znaczeń.
Tamarze niestety skończyła się cierpliwość i wyszedłem z nią przed zwiedzeniem ostatniej części wystawy, ale tu pozostawię miejsce na relację Niebieskiej która także była zauroczona miejscem:

„Niby lalki, a jest doskonały przekrój historii i społeczeństwa. Niestety wystawa trąci myszką, ekspozycje zatrzymały się na standardach z lat 80. Potencjał jest jednak ogromny i kiedyś to może jeszcze będzie jedną z największych atrakcji stolicy”.

Eposy i małpy

Jest sobie taki epos Ramajana, który jest jednym z najważniejszych historii (znów – eposów, to słowo będzie się tu przewijało) w hinduizmie. Zasadniczo to wykracza poza hinduizm – a także poza Indie.

Epos został napisany około 1000 lat p.n.e. opowiada historię Ramy, którego żonę Sitę porwał zły demon – Ravana. Odbić małżonkę pomaga mu wierny towarzysz Hamunam – bożek-małpa. Dzieło opowiada jednak więcej – od wczesnych lat Ramy do jego starości. Ma ona mnóstwo interpretacji, a nawet wersji – nie ma jednego ustalonego kanonu, ale zgodnie uważa się Ramę za wzór do naśladowania, stawiania innych nad siebie, podejmowania moralnie dobrych wyborów mimo przeciwności i kosztem swojego szczęścia. Każda z postaci ma swoje archetypowe cechy, które stanowią podstawę do budowania swojej moralności, rozumienia swojego miejsca i możliwości w świecie. Życie ramy obrazuje 4 etapy egzystencji: Brahmaczarii – młodość i nauka, Grihastha – małżeństwo i życie rodzinne, Vanaprastha – życie ascetyczne i w końcu Sannyasya – wycofanie się i mądrość. W niektórych wersjach nawet demon Ravana zyskuje dodatkową głębię, pokazuje się jego ewolucję, a nawet tragizm. W tym krótkim wpisie nie jestem w stanie nawet zacząć jak wiele ten epos znaczy dla hindusów, dlatego zainteresowanych odsyłam do całkiem niezłego, polskojęzycznego źródła https://nadzwyczajniszafarze.pl/epos-ramajana-wedrowka-bohaterow-hinduizmu.htm

Wróćmy jednak do Hanumana – małpiego boga, symbol lojalności i odwagi. Jest to potężna postać, potrafiąca zmienić swój wygląd, siłowo przeważyć wielu przeciwników i wzbudzić strach w ich sercach. Jednocześnie jest wiernym towarzyszem Ramy, i mimo przeciwności tkwi u jego boku i nie schodzi ze wspólnie obranej ścieżki.

(PS. Pisząc ten fragment przesiadywałem w parku, chwytałem pierwsze powiewy wiosny i być może to właśnie dodało mi odwagi i – totalnie wbrew swojemu charakterowi – zagadałem do siedzących nieopodal hindusów. Udało mi się dowiedzieć, że średnio 6 na 10 hindusów wierzy że ta historia naprawdę się wydarzyła!).

I właśnie w Delhi znajduje się świątynia poświęcona temu bogowi – Jhandewalan Hanuman Temple. Jest to jeden z obiektów, których nie da się przegapić. Jest to dosłownie wielki małpolud, którego widać po wyjściu ze stacji metra (naziemnego), wysoki na 3 piętra, wściekle kolorowy z majestatycznym spojrzeniem.

Zobaczyliśmy go już pierwszego dnia i wtedy też zapadła decyzja, że tej małpie nie odpuścimy!

Na zakończenie naszej przygody z Indiamii wybraliśmy się właśnie tam. Małpia świątynia leży przy sporym rondzie pod torami metra i nie posiada swojego dedykowanego placu. Nie ma parkingu, a nawet miejsca do przegrupowania – w Europie brak miejsca ewakuacyjnego raczej by dyskwalifikowało ten przybytek z użytku. Przypominamy, że panuje tu zwyczaj ściągania obuwia przed wejściem do świątyni, więc miejsca na chodniku jest tyle, co nic. Pan od pilnowania butów (albo raczej pobierania opłaty za pozostawienie obuwia na chodniku przy wejściu) odradził pozostawianie niepilnowanego wózka przed wejściem, pozostałem więc na straży, zaś Niebieska z dziećmi poszła na zwiedzanie. Weszli w paszczę stwora (bo  tak jest zrobione wejście) a Ja pozostałem sam ignorując lokalne dzieciaki próbujące wymusić ode mnie pieniądze.

Świątynia stanowi niemałą atrakcję nie tylko dla obcokrajowców. Prawie każdy wchodzący hindus cykał sobie fotki przed gigantyczną paszczą. Wnętrze z kolei przypomina wielki jarmark. Jak tylko Niebieska wstąpiła do środka wraz z 3/4 dzieci zagadał do niej hindus, żeby wytłumaczyć co tu się właściwie dzieje. W różnych miejscach siedzieli mnisi wraz ze swoim stolikiem. Okazuje się, że każdy ma za powinność dać błogosławieństwo tym którzy o nie proszą, przy czym każdy trzyma się tylko swojej błogosławieńczej (?) dziedziny nie wchodząc innym w paradę. Owo namaszczenie odbywa się poprzez namalowanie kropki na czole (różne kolory nakładają się na siebie), a poprzedza ono dobrowolna danina. Jeśli o to ostatnie chodzi, to nawet się nie zorientowaliśmy, że stoi przy nich miseczka na monety. Wnętrze wygląda co najmniej tak samo kolorowo jak fasada, znajdują się tam gigantyczne stopy, różnokolorowe zwierzęta, magiczne stworzenia, kolorowe terakotowe posadzki i fantastyczne malowidła. Trochę jak przejście przez Dom Dziwów w jakimś parku atrakcji. Zapoznany hindus towarzyszył nam przez cały czas tłumacząc kim są poszczególni bożkowie i co znaczą w ich mitologi/historii. Jednak na pytanie o ilość bóstw hinduskich tylko wzruszył ramionami i stwierdził: „tego chyba nikt nie wie”.

Wyszli z kropkami na czole i uśmiechami na twarzy – widać rytuały trawienne bóstwa-małpy nie były aż tak agresywne;)

Kropka na czole

Zwiedzający wychodzili z nawarstwieniem kropek na czole – co kapłan, to robił inną kropkę (może to był konkurs, która kropka będzie na wierzchu?). Ale skoro o nich mówimy, to możemy się też troszkę doedukować.

Są dwa typy tych kropek: bindi i tilak.

Bindi, to czerwona kropka, noszona przez kobiety na środku czoła. Symbolizuje skupienie, mądrość i energię duchową. Noszą ją głównie zamężne kobiety i jest związane to z kultem Śiwy. Ale obecnie też jest to dodatek czysto estetyczny.

Tilak ma różne postaci i jest związany z kultami religijnymi. Nakładana jest na czoło kobiet i mężczyzn, może mieć postać kropki, pionowej linii (związana z kultem Wiszny), czy na przykład trzy poziome linie (kult Śiwy).

Nakłada się je na środek czoła, ponieważ w tradycji jogicznej, miejsce nazwane ajna chakra jest centrum intuicji i duchowej świadomości. Wiecie – taki punkt, który pomaga skupić duchową energię i może zestrzelić laserem jakiegoś przeciwnika.

Ogród 5 zmysłów

Nim się jeszcze rozejdziemy, mamy małą polecajkę dla wszystkich, którzy dłużej zostali w Delhi, już odwiedzili najważniejsze miejsca i szukają czegoś więcej.

W południowej części Nowego Delhi znajduje się zajmujący 8 ha Ogród Pięciu Zmysłów.

Utworzony w 2003 roku (chciałoby się powiedzieć, że dopiero co, ale to już ponad 20 lat! Jak ten czas mija…) w założeniu miał pobudzać wszystkie dostępne nam 5 zmysłów.

Czy się wywiązuje ze swojego założenia zależeć będzie od terminu, gdy się tam wybierzecie – szczególnie w kwestii zapachu – znajdujące się tam aromatyczne zioła i kwiaty zależne są od sezonu. Podobnie z jedzeniem (w założeniu miała tu działać strefa gastronomiczna).

Być może niektóre założenia poszły już w odstawkę, ale nie zmienia to faktu, że jest to bardzo przyjemnie zaprojektowana przestrzeń. Bardzo pozytywnie nas zaskoczyła – w swoim układzie i zagospodarowaniu ma coś magicznego i tajemniczego. Nie przypomina to zabrudzonych uliczek Delhi, ani wymuskanych marmurowych przestrzeni Taj Mahal – bardziej przywołuje na myśl ogród Alicji z Krainy Czarów – pełny niespodziewanych zakrętów, zaskakujących konstrukcji i ogólnej nieoczywistości wciąż cieszącej oko.

Spędziliśmy tam raptem godzinę z kawałkiem, ponieważ przyjechaliśmy bliżej zakończenia dnia, ale zdecydowanie nie chcieliśmy jeszcze z niego wychodzić. I to nie jest tylko nasze (nie sponsorowane) spostrzeżenie – również dzieci żałowały, że już musimy wracać – a na terenie nie było ani jednego placu zabaw! Niech to będzie najlepszą wizytówką dla tego miejsca.

O słoniach słów kilka

Dokształcając się do tej części, zauważyłem na Wikipedii, że czakra w polskiej nomenklaturze może być pisana jako ćakra – a przynajmniej osoba tworząca tamten wpis. Szalenie ciekawe!

A czytałem o Ganeśa गणेश , czlowieku z czterma rękami i głową słonia. A kiedyś był człowiekiem, tylko jego przyszywany ojciec Śiwa, zastał Ganeśa przy strumieniu, w którym zażywała kąpieli matka Ganeśa (która sama go stworzyła, bo była zbyt zmęczona czekaniem na zapłodnienie przez męża-Śiwę) i się zeźlił – tak bardzo, że odciął głowę Ganeśa. Jego matka wybłagała, by Śiwa jednak ratował jej syna, a ten powiedział, że sorry, ale nie dam rady – nie jestem cudotwórcą, ani magikiem – muszę przestrzegać praw przyrody… AAAle! Możemy przyczepić mu łeb zwierzęcia!

Pomysł, jak każdy inny, trzeba było obrzucić warunkiem – pierwsze zwierzę, które wyjdzie z lasu stanie się „ochotnikiem”.

Padło na słonia.

Więc Ganeśa jest bardzo popularną figurką, szczególnie upodobali go sobie niegdyś kupcy. Podobno jest złośliwy, ale da się go udobruchać, a wtedy jest pomocny. W dodatku ma cechy słonia – jest mądry i silny.

I ma jeden swój kieł ręce!

Słoń jest bardzo ważnym zwierzęciem dla Hindusów – i to od wieków. I spotykaliśmy tego ślady na każdym kroku – rzeźb, figur, malunków – jak choćby w Udaipurze w Białej świątyni. Ktoś pamięta?

Namaste Bharat

Wspominaliśmy dzisiaj o jednym z dwóch wielkich eposów, zatem teraz wspomnimy o tym drugim: Mahabharata. Pojawia się tam legendarny władca Bharat (भारत), który jest potężnym i sprawiedliwym władcą. Jego kraj nazwano całkiem prosto – kraj Bharat.

I to właśnie od tej legendarnej krainy Indie noszą również nazwę Bharat. Nawet ich konstytucja rozpoczyna się słowami: „Indie, to jest Bharat…”.

Jeśli zaś chodzi o Namaste, używane jest jako powitanie, podziękowanie jak i pożegnanie, więc tak też i my się żegnamy z Indiami!:

Namaste Bharat!

Namaste!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *