[096] Radżastan: różowe miasto

Nasi stali czytelnicy już pewnie zdążyli się zorientować, że jesteśmy wyczuleni na estetykę. W sensie, że wyczuwamy piękno i go poszukujemy. I to piękno niekoniecznie w powszechnym rozumieniu tego słowa. Nauczyła mnie tego moja żona – by patrzeć na to nieoczywiste, może lekko zabrudzone, może wyglądające zza chmur.

Co te podróże z ludźmi robią…

Nasze poznawanie Radżastanu (podobnie zresztą jak tripy po północnej Tajlandii Biały, Niebieski i Srebrny) zupełnie niechcący oscylowało wokół kolorów.

Dzisiaj na scenę wchodzi różowy.

Jaipur

Jaipur albo w polskiej nomenklaturze Dźajpur जयपुर, to metropolia położona w północno-zachodniej części Indii. Jest stosunkowo młodym miastem – założony w 1727 roku przez znanego nam mogolskiego władcę  Jai Singha II. A powstało, ponieważ w pobliskim forcie Amber zaczynało brakować miejsca. Ciekawe, że jak teraz się popatrzy na mapę Jaipuru oraz wspomnianego fortu, to różnica w zajmowanych terenach jest znaczna – zatem decyzja o ekspansji miała uzasadnienie.

Jaipur jest stolicą Radżastanu i zostało zbudowane zgodnie z Vastu Shastra – hinduską myślą urbanistyczną, dlatego jego centrum charakteryzuje się regularnymi budowlami i ułożonym w siatkę układem ulic, jest podzielony na 9 regularnych sektorów (9 ma znaczenie symboliczne), zaś budynki mają jednakową wysokość. Jaipur był zatem jednym z pierwszych urbanistycznie planowanych miast w całej Azji!

W 1876 roku miasto odwiedzał książę Walii, a ktoś wpadł na pomysł, żeby pokazać swoją życzliwość w wyjątkowy sposób. W Indiach właśnie kolor różowy symbolizuje gościnność, więc wszystkie budynki w centrum zostały przemalowane na ten kolor. I do tej pory budowle w starym mieście mają być tak pomalowane.

Stąd też określenie – różowe miasto. Dodajmy jeszcze, że jednym z bardziej charakterystycznych tonów różu jest właśnie „róż indyjski”. Jest to piękny, głęboki, pastelowo-matowy, intensywny odcień. Nie znaleźliśmy informacji czy ma on konotacje właśnie z tym miastem ale dokładnie takim zabarwieniem się ono mieni.

Hotel

Dużo podróżując można natrafić na różne przekręty i oszustwa, statystycznie rzecz ujmując jest to wręcz pewne. Jednym z takich, o których czytaliśmy przebiega mniej więcej według poniższego schematu: Ktoś oferuje miejsce noclegowe w atrakcyjnej ofercie, po dokonaniu rezerwacji gość dostaje informację od wynajmującego, by anulować rezerwację i rozliczyć się poza systemem (by uniknąć opłat dla serwisu rezerwacyjnego). Gdy jednak podróżny dociera na miejsce, dostaje informację, że opłata jest wyższa niż oferowana. Część osób odmówi, ale część – zmęczonych podróżą, zdesperowanych brakiem innych możliwości – zgodzi się na nowe warunki.

Gdy zatem, będąc już w pociągu (Ajmer-Jaipur), dostaliśmy informację od naszego następnego hosta, że chce się rozliczyć poza serwisem, my upieraliśmy się przy pozostaniu na oficjalnych kanałach komunikacji. I wtedy kontakt się urwał. A było już późno – dochodziła godzina 20, my za godzinę będziemy na miejscu z bandą zmęczonych dzieciaków, w mieście którego nie znamy i ze stertą bagaży na ramieniu. Nie malowało się to zbyt, (nomen-omen) różowo, zaś pomoc ze strony booking była niestety nieskuteczna.

Skończyło się na gorączkowym poszukiwaniu alternatywnego miejsca – i o dziwo się takie też znalazło!

Co więcej, właściciel nowego obiektu był bardzo pomocny, zorganizował transport z dworca (mimo iż odległość nie była bardzo duża, raptem 2km) i co więcej zgodził się na opłatę w wysokości niższej niż normalna – na taką zaproponowaną przez booking.com. Stawka podstawowa była niska, ponieważ mając takie doświadczenie na tym portalu, mamy wieloprocentowe zniżki.

Jakby tego było mało, okazało się, że hotelami (tak, bo już mieli dwa budynki) zarządza obecnie syn pierwotnego właściciela, ale miałem okazję porozmawiać z nestorem – jest to człowiek biznesu. Gdy tylko wspomniałem, że u mnie w rodzinie coś ktoś z tapicerką, to dostałem całą galerię zdjęć różnych materiałów i nawet gotowych mebli, które produkują i wysyłają – w każdej ilości – od małych paczek po całe kontenery. Więc jeśli ktoś ma taką potrzebę, to mogę podzielić się kontaktem (dostaję życzenia na święta, więc numer telefonu dalej aktywny!).

Więc koniec końców nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jeśli ktoś zna jakiegoś tapicera, lub producenta ubrań zainteresowanego współpracą z hindusami, to mamy kogoś do polecenia.

Ze wszystkich hoteli w Indiach to ten był zdecydowanie najlepszy, dość powiedzieć, że przez cały czas pobytu nie widzieliśmy ani jednego karalucha (a uwierzcie – nie ma większego znaczenia, że to Indie – w tropikach one są niestety bardzo powszechne); mieliśmy bardzo dużo miejsca i tyle ciepłej wody ile potrzebowaliśmy, pokój był duży, czysty, jasny i bardzo cichy. Możemy z czystym sercem polecić ten obiekt: Hotel Moon Light Palace https://maps.app.goo.gl/GePc4wy6tn4vjJux6

Ale wracając jeszcze do poprzedniego wątku: dwa dni po naszym przyjeździe do Jaipuru skontaktował się z nami portal booking.com z reklamacją. Właściciel pierwotnie zarezerwowanego mieszkania żądał od nas zapłaty za cały pobyt (ponieważ nie pojawiliśmy się w obiekcie) ale szybko udało nam się rozwiązać te sytuację. Niebieska nauczona życiem (w korporacji i nie tylko) wiedziała, że najlepiej mieć wszystko na piśmie. A na stronie booking.com jasno stało, że reklamowaliśmy obiekt jeszcze przed przybyciem, nawet zgłaszaliśmy niemożność otrzymania konkretnego adresu. Koniec końców – stanęło na naszym.

Różowo i wietrznie

Stare Miasto Jaipuru, albo po prostu ta oryginalna, zaplanowana część, wpisana jest na listę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO. Jest też całkiem wyjątkowe na tej liście, ponieważ jest to obszar ciągle żywy i pełniący oryginalne funkcje – administracyjną, mieszkalną, religijną i handlową. Dodatkowo nieeuropejska myśl planowania miasta, mieszanina stylów (architektura radżpucka, perska, mogolska – po raz kolejny zaznaczamy, by nie mylić z „mongolską”) oraz przystosowanie do klimatu pustynnego nadają mu bardzo wyjątkowego charakteru.

Najbardziej koronnym i rozpoznawalnym obiektem w całym mieście jest Pałac Wiatrów (zignorujcie pejoratywne skojarzenia w waszych głowach).

Zamknij okno, bo przeciąg! KTÓRE?!

Hawa Mahal – jest to budowla, która pierwsza wyskoczy w wyszukiwarce po wpisaniu Jaipur – i nie bez przyczyny. Wygląda jak ściana okien – a tych nie brakuje (naliczono 953 okien i okienek), które pełnią funkcję zarówno chłodzącą – ich system pozwalał na pasywne chłodzenie budowli, jak również użytkową – pałac został zbudowany dla kobiet z haremu Sawai Pratap Singha, które mogły obserwować sobie życie za murami, samymi pozostając niewidoczne dla przechodniów. Teraz wystarczyłby tik-tok lub instagram, ale wtedy to były faktyczne „okna na świat” dla tych kobiet.

Wybraliśmy się tam metrem, więc wyjście w samym centrum Różowej Dzielnicy było niemal jak uderzenie pięścią. Było tam tłoczno, a my z wózkiem zdecydowanie wyróżnialiśmy się pośród przechodniów. Pałac Wiatrów leży w bezpośrednim sąsiedztwie wyjścia z metra, więc gdy pytaliśmy przechodniów gdzie iść, trochę dziwnie się na nas patrzyli. Ale dotarliśmy przed najsłynniejszą fasadę Jaipuru. Niestety leży ona przy ruchliwej (czyli normalnej w Indiach) ulicy, więc złapanie dobrego kadru wymaga szczęścia i wyprawy na drugą stronę ulicy. Ale jest warte tej niewygody – budowla robi ogromne wrażenie. Ściana wykuszy daje niesamowity efekt!

Wybraliśmy się na zwiedzanie przybytku. Co ważne – można na teren Pałacu (i przylegających innych budowli królewskich) dostać się kilkoma wejściami, my zaś poprowadzeni nawigacją wybraliśmy najciaśniejszy, pełny wąskich korytarzy i schodów wariant. A przypominam, mieliśmy wózek!

#TravelTip: Jeśli chcesz wynająć przewodnika po kompleksie to nie trzeba się obawiać naciągaczy bowiem przed wejściem do obiektu jest rozpiska oficjalnych stawek przewodnickich których nikt nie ma praw zmieniać.

Gdy dotarliśmy na dziedziniec pałacu musieliśmy zostawić wózek, ponieważ dalej było więcej schodów. Po raz pierwszy spotkaliśmy się za to z ograniczeniem czasowym! Okazało się, że na zwiedzanie mieliśmy maksymalnie godzinę, bo tyle czasu może szatnia przetrzymywać rzeczy (co się stanie po przekroczeniu tego czasu? Nie wiemy –  może rzeczy są już „do wzięcia” jako „porzucone”? A może przyjeżdża policja i wlepia mandat? A może szatniarze przestają pilnować tych rzeczy?). Ruszyliśmy zatem i mimo pociągającej wizji, zignorowaliśmy naganiającego klientów na pokaz teatru kukiełkowego naganiacza.

#TravelTip: Okazuje się, że Pałac Wiatrów ma wszędzie (poza pierwszymi kilkoma schodkami) podjazdy dla wózków.

Ruszyliśmy dalej i trafiliśmy na kolejny dziedziniec – okazało się, że okien tutaj też nie brakuje – pałac za okazałym frontem ma mniejszą wersję frontu również wewnątrz – podwyższenie z kolejnymi oknami i platformami widokowymi dającymi możliwość rozglądnąć się po całej okolicy i nawet jeszcze dalej! W prawdzie architekci nie przewidzieli, że pałac przestanie być okupowany przez docelowe lokatorki, a zostanie otwarty na rzesze turystów, więc schody wiodące na szczyt są szerokie na jedną osobę, co wymusza ruch wahadłowy. A sami możecie sobie wyobrazić, że niemoderownay ruch wahadłowy kończy się zatorami i całkiem napiętą atmosferą. Ale to nas nie zraziło i wraz z dzieciakami (większością) dołączyliśmy do kolejki i wdrapaliśmy się na szczyt.

Gdzie braci trzech tam jest co jeść

Minęła nasza godzina-na-zwiedzanie i należało czym prędzej wrócić po nasze rzeczy, które szczęśliwie były ciągle na miejscu. W sumie mogliśmy się przyzwyczaić bo zdarzyło nam się już kilka razy zostawić wózek w jakiś randomowych miejscach ale on zawsze na nas czekał. Wyszliśmy od „wewnętrznej” strony kompleksu, by stanąć przed decyzją: czy idziemy zwiedzać dalej, czy może czas coś zjeść? Przysiedliśmy sobie w cieniu i zaczęliśmy konsumować nasze zapasy. Szybko się jednak okazało, że zabrane mandarynki i ciasteczka nie będą wystarczającą dawką kalorii dla wymęczonych podróżników, więc padło postanowienie, że znajdziemy coś do jedzenia. W międzyczasie podeszli do nas hinduscy rodzice z małym dzieckiem, by zrobić sobie z nami zdjęcie i co się rzuciło nam w oczy, to fakt, że dwulatek miał wymalowane obwódki dookoła oczu. Ja rozumiem modę i może potrzebę pokazania się, ale niech ktoś mi wytłumaczy w jaki sposób pomalować dziecku oczy i przy okazji nie wsadzić mu kredki do oka? A jak później wytłumaczyć, że zwykłe kredki tak nie działają i zbliżając zaostrzone pisadła do oczu może sobie narobić szkód? Niektórzy rodzice po prostu sobie robią pod górkę… Chociaż z tego co się dowiedzieliśmy to chodzi o ochronę przed złymi duchami bo najwyraźniej jest to bardzo popularna forma makijażu u maluchów.

Wracając do najbardziej wrażliwego i stresującego tematu podczas całego naszego pobytu w Indiach – nadszedł czas by coś zjeść. Wybór padł na Kawiarnię 3 braci na dachu (3 Brothers Rooftop Cafe https://share.google/tqfLhpgTq49IX0KVA). Leży w bezpośrednim sąsiedztwie różowej dzielnicy, a do tego jest na wysokości 3. piętra, więc widok z tarasu warty jest wspinaczki. Rzecz jasna o windzie nie mogło być mowy, ale mogliśmy zostawić nasz wózek (znowu) na jednym z pięter i dalej poczłapać na pieszo. Zdecydowanie polecamy to miejsce! Warto je odwiedzić przede wszystkim dla widoku i atmosfery – jest to miejsce, gdzie naprawdę można sobie odpocząć, poczuć klimat, a nawet pograć w gry planszowe (co się bardzo sprawdziło w przypadku naszych dzieciaków) albo pokolorować jakieś mandale. Jedzenie też jest bardzo dobre, ale jak to w Indiach – lepiej nie zaglądać do kuchni. Potwierdzamy jednak, ze komunikat „no spicy” jest rozumiany dosłownie, bo – jak sami twierdzą – mają dużo europejskich klientów więc dostosowali się pod ich gusta. Ale spokojnie – dla dorosłych nie brakuje pikanterii.

Koniec końców spędziliśmy tam wieczór, ale nie czuliśmy się wyganiani, a dla nas był to bardzo potrzebny czas na  wytchnienie.

Polecamy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *