Czy wielbłądzie zaprzęgi mają różne opony w zależności od terenu? Bo zimówek siłą rzeczy nie zakładają. Chyba, że to wielbłądy mają wymienne podkowy. Czekaj… czy wielbłądy się podkuwa? Nie wydaje mi się… Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi!
Puszkar
(Inna pisownia) Pushkar (पुष्कर) to bardzo nietypowe miasto na mapie Indii, ale także i świata. Przede wszystkim jest to jedno z niewielu miejsc, gdzie wyznaje się boga Brahmy. A to nie jest takie tam małe bóstwo – wraz z Wisznu i Śiwą tworzy Trimurti – taką trójcę, w której Brahma stwarza wszechświat, Winszu go utrzymuje zaś Śiwa – unicestwia. I taki to Brahma najwyraźniej się trochę znudził czekaniem na niewiadomo-co, więc postanowił dokonać samounicestwienia. Być może samotność bytu, który sam siebie stwarza jest przyczynkiem takich zamiarów…

Zatem poszukujący uwagi Brahma już miał się samounicestwić, ale gdy zorientował się, że jego żona Sawitri nie dojechała na czas, by podziwiać show – zmienił zdanie, porzucił pierwotny zamysł i postanowił zamiast tego poślubić inną kobietę. Jak się możecie domyśleć jego czyny rozwścieczyły szanowną panią Brahmanová (czeska pisownia zamierzona), która postanowiła go przekląć. Klątwa głosiła, że nigdzie indziej nie będzie on czczony – poza właśnie Puszkarem. Należy sobie zapamiętać, by nie zadzierać z Sawitri, bo jej klątwa do tej pory się sprawdza – praktycznie nie ma innych miejsc, gdzie oddaje się cześć bóstwu-stworzyciela wszystkiego.
Najwcześniejsze wzmianki o tym miejscu pochodzą z 1500 lat przed naszą erą i nie określają tego miejsca jako „miasto”, ale jako święte miejsce z jeziorem i gajem, gdzie się chodzi na pielgrzymki. Nawet w okresie rozwoju buddyzmu i dżinizmu (do 200 r p.n.e.) obszar pozostał hinduistyczny, mimo że pobliski Ajmer (11km dalej) stał na ważnych szlakach handlowych. I tak przez wieki się układało – Ajmer był ośrodkiem administracyjnym, zaś religijnym – Puszkar. Powoli powstawały świątynie, dynastie przemijały, a ciąg pielgrzymkowiczów nie ustawał i niejednokrotnie pomagał utrzymać działanie miejsca.



Powstawały kamienne ghaty nad jeziorem, również świątynie dla pozostałej dwójcy z trójcy Trimurti, dopiero nastanie władcy mogołów Aurangzeba przyniosło zniszczenia w Puszkarze. Ale to wciąż nie zatrzymało napływu pielgrzymowiczy. Nawet Brytyjczycy – wbrew swojej naturze – nieszczególnie interweniowali w tym miejscu. W prawdzie to za ich czasów powstał tu silny ośrodek handlu wielbłądami, ale nie przeszkadzali w wymiarze religijnym.
Większość świątyń zostało odbudowanych już po odzyskaniu niepodległości w 1947 roku, ale współczesne czasy przyniosły współczesne wyzwania – szczególnie powolny napływ kaukaskich turystów odciska ślad na charakterze miejsca.
Walizka na kółkach na pustynię
Do Puszkaru dojechaliśmy samochodem, ale nie trafiliśmy pod hotel. Centrum jest zamknięte dla samochodów z zewnątrz, więc musieliśmy z dziećmi i całym bagażem dotrzeć do naszego hostelu. Nasz kierowca próbował atakować centrum od różnych stron, no ale nie szło przegadać – być może to w takich chwilach człowiek powinien uściskać jakieś dłonie przekazując coś co się rymuje ze słowem „makówkę”?
Zaparkowaliśmy na parkingu-piaskownicy i mógłbym przysiąc, że widziałem białogłowy ciągnące walizki na kółkach przez ten piach…
Cóż – przyszło nam przejść pomiędzy wypełnionymi po brzegi straganami i przeczłapać jakiś kilometr (tutaj zyskuje przewagę fakt, że wszędzie pakujemy się w plecaki a nie walizki). Na miejscu czekało nas niemałe zaskoczenie. Okazało się, że dziedziniec hostelu, który miał być centrum spotkań, miejscem do przebywania w wolnym czasie i wieczornych integracji było raczej niedostępne. I nie wynikało to bynajmniej z powodu remontu, ale z powodu dzikich lokatorów – gniazd wędrujących os (a może szerszeni) na drzewach. Nie powiem – gdybyśmy byli uczuleni na jad, brak takiej informacji zawczasu skutkowałby jedną gwiazdką na portalu booking – o ile uszlibyśmy z życiem. Szczęśliwie uczuleni nie jesteśmy, zaś owady trzymały się raczej pierwszego piętra i wyżej – dostęp do naszego pokoju na parterze był w miarę bezpieczny, więc mimo wszystko pozostaliśmy na miejscu. Ale gdyby nie czwórka zmęczonych, głodnych dzieci, poświęciłbym czas i siły na wykłócanie się o cenę – wszak ten dziedziniec był jednym z powodów, dla których wybraliśmy tę lokalizację.


Zostawiliśmy bagaże i zdecydowaliśmy, że ruszamy w miasto – trzeba upolować jakieś jedzenie.
Puszkar – z racji swojego religijnego charakteru – jest miastem bezalkoholowym i bezmięsnym (jest to regulowane prawnie). Zaczęliśmy się rozglądać za posiłkiem, ale większość miejsc nie oferowała czegoś, co byśmy mogli zaproponować naszym pociechom, aż natrafiliśmy na włoską restaurację. Zasadniczo było to włosko-żydowska, bo prowadził ją hindus-starotestamentowiec, który mieszkał we Włoszech i tam się nauczył gotować.
Byliśmy więc wielkich nadziei, chociaż na pizzę z salami nie było szans (zapewne i tak nie odważylibyśmy się spróbować po naszych traumatycznych, azjatyckich przygodach z tym włoskim plackiem). Skończyło się na tortellini i makaronach i musimy przyznać, że stało to naprawdę blisko włoskich smaków – tak niespodziewanych w tych okolicach.
Schody do wody
Najedzeni mogliśmy ruszyć na zwiedzanie. Dzień się powoli chylił ku końcowi, my zaś uznaliśmy, że damy rady zrobić kółko dookoła centralnego jeziora i akurat wrócić do hostelu na spanie. Uprzedzając fakty – nie udała nam się ta sztuka. Wynikało to z kilku powodów. Możliwe, że niedoszacowanie odległości było najważniejszym czynnikiem, ale na mapie wyglądało, jakby ścieżka do spacerowania wiodła dookoła jeziora – a tymczasem w pewnym momencie się kończyła i dalej zaczynało się „miasto” i jego zwykłe miasteczkowe życie, bez turystów, chodników i spokoju na ulicach. Co jednak nas faktycznie spowolniło były tłumy. I były to bardzo kolorowe tłumy – również pod względem koloru skóry. Puszkar jest mekką dla wszelkiej maści wyznawców wellnes – joginów, hipisów, medytacjuszy i innych śmuszy. Zatem – o ile w innych miejscach wyróżniała nas kaukaska budowa szkieletu, to tutaj odstawaliśmy z powodu naszego nie new-age’owego wyglądu, rodzinnego charakteru i braku zwiniętej maty na plecach. A i nie byliśmy Hindusami – to też ciągle obowiązywało.

Gdy dotarliśmy do chyba najpopularniejszego ghatu (dla wyjaśnienia zapraszamy do wpisu Temat rzeka), czyli sporych schodów schodzących do jeziora, było już ciemno. Ale ludzi nie brakowało – miejsce jest tak przystosowane, by można było sobie tam posiedzieć i pomyśleć nad swoim miejscu we wszechświecie. Albo pobiegać i poskakać jeśli się jest kilkulatkiem – bez obawy wpadnięcia do wody.
Gdyby alkohol byłby dostępny, to byłoby miejsce oblegane przez młodzież chcącą spędzić razem ciepły wieczór – a, że trunków nie było, to młodzież próbowała nadrobić muzyką, kofeiną i transcendentną potrzebą wyrażenia siebie (albo opioidami – ale co ja się znam).
Atrakcji nam nie brakowało, ponieważ wracając (a przypominam, był to już późny wieczór) natrafiliśmy na słynną, puszkarską procesję. Akurat ze świątyni, którą mijaliśmy wytaczała się kolumna z powozem, nagłośnieniem, rzeźbą słonia na kółkach i innymi atrakcjami. Nie przyspieszyło to naszego powrotu, ale przecież nie chodzi o to, by się kłaść wcześnie spać!

Niebieska świątynia
W Indiach Pushkar znany jest przede wszystkim z Niebieskiej Świątyni Brahmy. Głównie dlatego, że jest jedną z nielicznych świątyń na świecie poświęconych samemu Brahmie, czyli Bogu-Stworzycielowi. Można powiedzieć, że to VIP w panteonie hinduistycznym. Puszkar wygrał boską loterię, bo według legendy właśnie tu spadł lotos z ręki Brahmy i zrobił święte jezioro – a jak jest jezioro (zwłaszcza na pustyni), to musi być i świątynia.

Na miejscu znajdzie się charakterystyczna niebieska fasada, czerwony stożkowy dach, srebrne drzwi oraz posąg czterogłowego Brahmy (bo jedna głowa to za mało, gdy się stwarza wszechświat).
Aby znaleźć świątynię wystarczy po prostu iść za tłumem i wypatrywać kwiatowych wieńców. Dokładnie tak zrobiła Niebieska, bo nie mogła sobie przypomnieć jak miała się nazywać ta świątynia, którą chciała zobaczyć i się nie pomyliła. Trzeba przejść przez metalowe bramki, potem minąć opiekunów butów (obowiązkowo trzeba ściągnąć obuwie) którym trzeba zapłacić za ich doglądanie.
#TravelTip: Można buty zostawić przed bramkami (i mieć nadzieję, ze będą na miejscu po powrocie) albo zostawić u współtowarzysza podróży.
Sam kompleks świątynny jest bardzo mały, raczej nie wyróżniający się niczym poza pięknym, niebieskim kolorem. Co bardzo nietypowe dla miejsc kultu w Indiach – nie wolno tutaj robić zdjęć, o czym przypominają wszędzie znaki. Więc oczywiście gdy nikt nie patrzył to Niebieska cyknęła jedną fotkę, upewniając się, że nie ma żadnych pielgrzymów, którym by to mogło zakłócić modlitwę.


Dzieci zostały ze mną i cieszyły się interakcją bardzo sympatycznej hinduski, która mieszkała w domu obok naszego hostelu. Chyba była pod wrażeniem mnogości stworków, które ogarnia samotny, w-miarę-biały mężczyzna. Pani zagadywała, błogosławiła nasze dzieci hinduską kropką (do tematu jeszcze wrócimy) i rozdawała im zabawki. Bardzo żałowała, że nie zostajemy dłużej po już się zaoferowała, że mogłaby w wolnej chwili popilnować dzieci.
Cena wielbłąda
Drugą chlubą Puszkaru są wystawy wielbłądów (owa sława jest ogólnoświatowa). Mają w tym celu specjalnie spreparowaną arenę, ale niestety w czasie, gdy my tam byliśmy, żadnych targów na niej nie dobijali. A szkoda, bo słyszeliśmy iż jest to pokaz sam w sobie, który warto zobaczyć, nawet jeśli się nie wymieni żony za kilka wielogarbnych.
Nie mniej jednak, dromaderów w okolicy nie brakowało. Zasadniczo pierwszym znakiem, że dojechaliśmy do Puszkaru była reklama przejazdów na tych zwierzętach i zajezdni z „pojazdami”.

Najważniejszym z powodów uwzględnienia Puszkaru w naszej wyprawie była bliskość pustyni – jakże fascynującego środowiska naturalnego, który może dostarczyć niezapomnianych wrażeń. A po pustyni nie jeździ się koniem, a wielbłądami – nie mogliśmy nie skorzystać z okazji i ruszyliśmy w poszukiwaniu dobrego przewoźnika. Kierowani opiniami na google maps (tak, tak, nawet wypożyczalnia jednogarbów pośrodku Indii ma takowe) wybraliśmy się poza centrum kupując po drodze brakujące nakrycia głowy i inne wybrane przez dzieci błyskotki.
Trafiliśmy w miejsce, gdzie mapa wskazywała miejsce z opiniami na 4 i pół gwiazdki, który okazał się być namiotem zbudowanym z tego samego materiału, który używa się do drukowania bilbordów wyborczych (aż dziw, że nie było to pozszywane z jakichś twarzy różnych polityków). Nowo zapoznani hinduscy przyjaciele nie mieli na podorędziu wielbłądów, co było zaskakującym faktem, ale nie stanowiło to przeszkody – wystarczy wszak zawołać jednego z kolegów i niebawem karoca podjedzie po nas. My tymczasem zostaliśmy usadowieni na fotelu w bilbordowym, półotwartym namiocie z klimatyzacją. Czy tak się chłodzi pustynię?



Na szczęście nie przyszło nam bardzo długo czekać i pod wejście podjechał powóz. Była to zaprzężona w wielbłąda riksza/przyczepa/karoca składająca się z dwóch ogromnych, łysych, dętkowatych opon i sporej wielkości, drewnianej platformy z baldachimem. Koła były wielkości dorosłego człowieka, więc wchodziło się na platformę po schodach. Taką karawaną podróżuje się przesiadując lub leżąc na warstwie dywanów na wysokości 2. metrów. Same wielbłądy również zasługują na uwagę – a na pewno się starają, by tę uwagę przyciągnąć – wszak kto widział wystrojone wielbłądy? Być może tak jest już w mieście, gdzie się handluje tymi stworzeniami – muszą się prezentować. I się prezentują jak Karyna na wiejskiej dyskotece, czyli zacnie!
Nasza wyprawa miała zawieźć nas na pustynię i dostaliśmy w pakiecie również woźnicę. Większość jednak czasu tenże chodził obok wielbłąda, więc można się domyśleć, że tempo nie było zawrotne – ale wszak tu nie o prędkość chodzi!
Ruszyliśmy oddalając się od „cywilizacji”, by dosyć szybko zejść z asfaltu na drogę gruntową. Podróżowanie takim powozem wiąże się jednak z dosyć dużym bujaniem się, więc dodatkowe nierówności podłoża są prawie nieodczuwalne.
Przystawaliśmy na robienie zdjęć, ale naszym punktem docelowym była wioska cygańska.
Tak, również nie do końca to rozumieliśmy, gdy przedstawiony nam został plan wypadu w namiocie – ale okazuje się, że również w Indiach mają wioski cygańskie. I chociaż wagonów i przyczep kempingowy nie widzieliśmy (ktoś pamięta „Przekręt”?), to były namioty wraz z lokatorami tychże.






To właśnie w tej wiosce zrealizowaliśmy nasze typowe „wypożyczenie kulturowe”. Aurora już od dawna na to nalegała, jest to urodzona modelka i zawsze szuka okazji do wcielenia się w rolę księżniczki. Oferowane stroje rzecz jasna były dodatkowo płatne, ale jak tylko się w nie przebraliśmy, to uznaliśmy, że warto było. Wystarczy zresztą popatrzeć na zdjęcia – dziewczyny wyglądają olśniewająco!
W całej tej pustynnej beczce miodu niestety znalazła się łyżka dziegciu (zawsze chciałem wrzucić gdzieś to przysłowie). Jako turyści jesteśmy naturalnym celem ludzi, którzy żyją z turystyki i tym razem spotkaliśmy się z profesjonalistami. Każda z dodatkowych rzeczy miała być ekstra płatna – mimo, że zawczasu ustaliliśmy cenę za wszystko. Po fakcie jednak stwierdzili, że każdy element jest dodatkowo płatny: zestaw instrumentów muzycznych, którymi to dzieci miały akompaniować trupie z namiotu czy dekoracyjna biżuteria. Nie byliśmy zachwyceni ani muzyką, ani nachalnym nagabywaniem. Szybko się z tej krępującej sytuacji wykaraskaliśmy i skupiliśmy się na tym, na czym znamy się najlepiej – na wyglądaniu pięknie:)
















W drogę!
W Baltazarze obudził się duch przygody (to on kiedykolwiek nie był obudzony?) i poprosił, by móc wracać na garbie wielbłąda, a nie na powozie. Jakby tego było mało, to zapragnął prędkości! Szybko biegający dromader baaardzo trzęsie. Ja towarzyszyłem trzymającemu lejce Baltazarowi, więc moja nieprzyzwyczajona do jazdy pojazdem z siedzeniem rozkrocznym miednica szybko zawołała ze zgrozą (współbrzmiewając z krzykiem agonii innych części ciała), ale dzielnie towarzyszyłem ucieszonemu pierworodnemu.





Wróciliśmy do bazy, oddaliśmy wielbłąda, spisaliśmy protokół (brak nowych zarysowań, bak uzupełniony) i ruszyliśmy do pobliskiej restauracji.
I kolejny raz spotkaliśmy się z niezrozumieniem określenia „nie pikantne – no spicy” (Najsłynniejsze mauzoleum świata), więc gdy dzieci dostały makaron „alfredo” posypany gęsto pieprzem, właściciel przybytku tłumaczył się, że kucharz uznał, że przecież bez pikanterii to nie ma smaku i tak od siebie dorzucił przyprawę. „If spicy – no pay!” to motto naszej podróży po Indiach.
Był to drugi i ostatni nasz dzień w Puszkarze – z dalszą podróżą ruszyliśmy do sąsiedniego Ajmeru (zaledwie 11km, a podróż trwała ponad godzinę) by złapać nasz pociąg.
Jaki jest Puszkar? Jeśli jesteś podróżującym poszukiwaczem prawd życiowych, głębi kosmologicznych i źródeł wszystkiego – to może faktycznie coś tu znajdziesz. A przynajmniej natrafisz na podobnych sobie ludzi. Jeśli potrzebujesz wielbłąda – również to miejsce dla Ciebie.







Dodaj komentarz