[094] Święte krowy

Dzwonienie. Jedyne, co słyszał to dzwonienie, ale szybko zaczęły docierać do niego kolejne dźwięki – dudnienie bębnów, tętent koni, krzyki ludzi, dźwięk stali uderzającej o stal. Wraz ze wzrokiem wróciła wizja, chociaż niedopasowany hełm zsunął mu się do przodu, częściowo zasłaniając mu oczy – ale to nie był problem, bo musiał przede wszystkim patrzyć pod nogi – by móc się dalej wspinać.

Kto to wymyślił szturm w środku dnia?! Słońce praży, oddychać nie ma czym, a przed nim 200-metrowa ściana góry, na której szczycie stoi mur, na którego szczycie czekają już nieprzyjaciele! Swoją drogą, jacy nieprzyjaciele? Dlaczego walczymy? Bo sułtan Alauddin Chaldżi, który ma już spory harem, zakochał się w królowej Padmawati (ponoć bardzo pięknej) i chce ją zdobyć. A w tym celu musi zdobyć tę twierdzę! Czyste szaleństwo!

A nasz bohater, który wraz z kilkoma tysiącami mu podobnych, próbuje przedrzeć się przez rozciągające się na 13 kilometrów mury fortu Czetor.

Taki tam spacer po górach

Chittorgarh

Forteca Czetor (चित्तौड़गढ़ दुर्ग), albo Chittorgarh/Chittor (nie brzmi wam to jak rozgniewany pokemon szarżujący do ataku?) jest położony w sercu Radżastanu w Indiach, zajmujący ponad 280 hektarów i rozciągający się na 13 km i w dodatku na wzgórzu.

Początki sięgają dynastii Mori, aczkolwiek największy rozkwit miał za czasów znanej nam już dynastii Mewar, która uczyniła to miejsce centrum politycznym, kulturalnym i militarnym. Rzecz jasna do czasu…

Wróćmy na chwilę do naszego bohatera. Na potrzeby naszej historii nadamy mu imię Alauddin. Urodził się i wychował w Delhi, chociaż życie go nie oszczędzało. Szybko stracił rodziców i przez to wylądował na ulicy. Przeżył, ponieważ nauczył się kraść i bardzo dobrze uciekać. Jest imiennikiem sułtana, więc niejednokrotnie wyobrażał sobie siebie za wysokimi murami pałacu sułtana – na jego miejscu.

Ale teraz, w roku 1303, jest tutaj – udało mu się z grupą innych zbrojnych znaleźć nieobsadzony fragment muru i niezauważony przedarł się do środka. Porzucił ciężką i niewygodną zbroję i wykorzystał nabyte na ulicy zdolności – przedarł się przez zaskoczoną straż i odblokował wrota wpuszczając przeważająco liczebnie pobratymców. Ale to nie oznaczało zwycięstwa – przed nimi kolejne 6 bram…

Szturm trwał długo i był krwawy. Ale krok po kroku twierdza upadała – nie mogło być inaczej – obsadzić kilometry murów obronnych musi pozostawić luki w obronie. A nasz Alauddin, nie wiadomo czy za pomocą latającego dywanu, czy z pomocą posiadającego nietypowego poczucia humoru, niebieskiego dżina z lampy – przeżył i był bardzo blisko wkraczającego zwycięsko Alauddina (Chaldżiego) do Pałacu Padmini. To, co znaleźli na miejscu zepsuło słodki smak zwycięstwa – królowa Rani Padmini, widząc, że porażka jest już bliska dokonała wraz z innymi kobietami z pałacu zbiorowego samospalenia (jauhar), pozostali mężczyźni zaś ruszyli na ostatnią, śmiertelną walkę (saka).

Całą tę wojnę, mimo zwycięstwa, sułtan przegrał.

Fort z czasem został odbudowany, zaś władcą został Rana Kumbha – wielki wojownik ale i mecenas  sztuki. Mówiono o nim jako Wielki Budowniczy, pod jego rządami zbudowano słynną Wieżę Zwycięstwa w (Vijay Stambh), zaś okres jego panowania opisuje się jako Złoty Wiek (inny niż ten w Agrze).

Złoty Wiek minął – a historia nie znosi próżni – okres względnego spokoju musiał się kiedyś skończyć. W 1535 roku Bahadur Szah z Gudźaratu dokonał drugiego oblężenia. I osiągnął podobny efekt, co Alauddin 200 lat wcześniej – zdobył twierdzę i był świadkiem samobójczej śmierci kobiet i ataku mężczyzn nie mający prawa się udać.

I w końcu, 22 lat później Akbar Wielki (o którym wspominaliśmy już we wcześniejszych wpisach), dokonał trzeciego oblężenia. Trwało ono wiele miesięcy i było bardzo krwawe. I znów – zakończyło się (można chyba już powiedzieć „tradycyjnie”) zdobyciem fortu i towarzyszących im jauhar i saka.

Chce się powiedzieć „Do trzech samospaleń sztuka”. W każdym razie po tym wydarzeniu władcy z dynastii Mewar przenieśli stolicę do Udaipuru, zaś fort stracił na znaczeniu.

Krówka Zebu

Lądując w Indiach spodziewałem się sporej ilości wałęsających się krów na ulicach. I nie zawiodłem się. Może nie są to stada, ale już pierwszego dnia widziałem przechadzającą się mućkę pośród tłumów ludzi na bazarze w samym sercu stolicy. A wraz z zakreślaniem co raz większych podróżniczych kręgów, takich przypadków było więcej. Chyba najbardziej ekstremalnym doświadczeniem było gwałtowne odbicie naszego kierowcy na autostradzie (!!!) w celu uniknięcia przechadzającej się w nieoznaczonym miejscu mućki. „Łazi jak Święta Krowa!”, chciało by się zakrzyknąć… i mielibyśmy rację.

Bo w Indiach zebu indyjskie (to udomowione krowy, te z garbem) jest świętym zwierzęciem, jej rogi symbolizuje triadę Trimurti (Wisznu, Sziwa i Brahma), wymiona to cztery wedy, oczy zaś są Księżycem i Słońcem. Jest bóstwem (Gau Mata) – Matka-Krowa, symbolizuje Ziemię, zaś kamyk dhenu to krowa spełniająca życzenia, o których wspominają w mitach.

A wynoszenie krowy na piedestały miało miejsce już w dawnych czasach. Początkowo była po prostu bardzo cennym zwierzęciem, „źródłem wszystkiego”: mleka, z którego robi się masło (klarowane to ghee), jogurt i ser, zaś odchody służyły jako opał, a mocz jako środek dezynfekujący i oczyszczający. Koncept niekrzywdzenia (ahimsy) rozwijał się w na przestrzeni 12 wieków od VIII p.n.e., by umocnić się w V wieku, wraz z powstaniem buddyzmu i dżinizmu, które kładą nacisk na niekrzywdzenie zwierząt. Od średniowiecza, różni władcy muzułmańscy wprowadzali rzeźnie krów, Brytyjczycy nie byli mądrzejsi – takie działania wzmacniały hinduski opór kulturowy i narodowy.

Obecnie wiele stanów Indii bardzo mocno zakazuje uboju krów (bo jak się okazuje ma on miejsce w niektórych miastach), zaś w niektórych rejonach funkcjonują oddolne grupy „strażników krów”, którzy napadają na osoby podejrzane o handel i ubój. Rzecz jasna prowadzi to do napięć społeczno-politycznych.

To, jak lokalni żyją z takimi wałęsającymi się krowami na co dzień miałem okazję zobaczyć w Udaipurze. Wybrawszy się na zakupy (groszek maślany, mniam!) przechodziła jedna Dama Na Kopytach nie robiąc sobie nic z mijanych osób. W pewnym momencie mojej transakcji (negocjacjach ceny), rzeczona krowa zdecydowała się, że złapie sztukę z pięknie wyeksponowanych ziemniaków. Nim jednak zwinny język zgarnął bulwę, właściciel rzucił się ze ścierką i przegonił święte zwierzę. Krzywdzić – nie wolno, ale karmić już nie trzeba. Widzieliśmy wielokrotnie jak krowy wyjadały coś ze stert śmieci przy ulicy. Nie był to piękny widok. A weź usiądź sobie na murku ze swoim jedzeniem! Robiąc sobie przerwę w zwiedzaniu fortu Czetor, usiedliśmy sobie w jednym miejscu by coś przekąsić (mieliśmy groszek, chleb tostowy i dżem). Sprytne krówki szybko wyczuły, że te ludzie pachną jedzeniem i zaczęły nas szturchać z jasnym przesłaniem. Próbowałem zasłaniać swoim ciałem towarzystwo, ale przegrywałem mimo małej różnicy klas wagowych. Lokalni przyszli nam z pomocą, ale krowy nie odeszły daleko – jedna uparcie byłą w zasięgu kopyta, zaś pozostałe buszowały poniżej murka, na którym przysiedliśmy. I to tamte dostawały obierki z groszku cukrowego – zdecydowanie był to rarytas, którym nieczęsto się raczą.

Jeśli chodzi o Niebieską to ma ona dużo respektu do tych zwierzaków. Jak mieszkała w Szwajcarii to co weekend oddawał się niskogórskim spacerom (północna część kraju nie ma wysokich szczytów). Tam można swobodnie się przechadzać po prywatnych pastwiskach przez które wiedzie szlak ale zawsze jest tam pełno muciek. I właśnie podczas jednego z takich spacerów dorodna krasula pogoniła Niebieską aż za płot swojego pastwiska.

Najważniejsze jednak było to, że to właśnie krowa stała się największym obiektem fascynacji Tamary i muczenie było pierwszym dźwiękiem onomatopeicznym zwierzęcia, które zaczęła wydawać:)

Czetor

Zwiedzanie fortu odbyło się przy okazji drogi do Puszkaru (które nie ma połączenia kolejowego z resztą kraju). Mieliśmy wynajętego kierowcę, chociaż znów się nie dogadaliśmy przy jego rezerwacji (o problemach z hindusami na poziomie biznesowym opowiadaliśmy w Tak, nie, nie wiem, może) – nie dość, że przyjechał zwykły sedan, to jeszcze z niesprawnymi pasami bezpieczeństwa! Ruszaliśmy rano, z niesprawnym paluchem (Radżastan: białe miasto), plecakiem podróżnym i wózkiem, a do tego czwórką półśpiących dzieci. Staliśmy i się wykłócaliśmy z naszym pośrednikiem, który tak bardzo zignorował nasze zamówienie, bo jak my się mamy z tym wszystkim zabrać i czuć w miarę bezpiecznie?

Nie mieliśmy alternatywy przewoźnika, więc mimo wszystko się zabraliśmy, ale krowa na autostradzie przypomniała nam jak niewiele wystarczy do nieszczęścia – co tylko podbiło naszą niechęć do współpracy z hindusami.

No ale ruszyliśmy i oto jesteśmy – ogromny fort, którego końca nie widać, wznoszący się 200 metrów nad nami – nic dziwnego, że został wpisany na listę UNESCO. Można go znaleźć na liście pod wspólną nazwą „Górskie Forty Radżastanu” wraz z pięcioma innymi obiektami (fort Kumbhalgarh w Rajsamand, fort Ranthambore w Sawai Madhopur, fort Gagron w Jhalawar, fot Amer w Jaipur i fort Jaisalmer w Jaisalmer).

Zaplanowaliśmy zwiedzanie, ale bardzo z grubsza spodziewając się zupełnie czegoś mniejszego. Trochę zatem po omacku, zdając się na kierowcę jako przewodnika zatrzymaliśmy się przy pierwszej ładnej budowli – świątyni dżinijskiej Kalika Mata – pierwotnie była świątynią słońca. Zdecydowanie wzbudzaliśmy powszechne zdziwienie, gdy na bosaka wstąpiliśmy na jej teren. Zrobiliśmy szybką rundkę, by zajechać do bardziej wyczekiwanych obiektów. Odwiedziliśmy m.in. Wspomniany wcześniej pałac Rani Padmini – stojący nad wodą – tą samą wodą, w której Alauddin Chaldżi ujrzał odbicie królowej Padmini – przez co zakochał się bez pamięci. Jest to perełka, która tym bardziej się wybija, gdy się ogląda dosyć mało zajmujący pejzaż za oknem.

Innym miejscem był kompleks z Wieżą Zwycięstwa – 37 metrową, zdobną konstrukcją, którą otaczają pomniejsze, ale równie piękne konstrukcje.

Należy wspomnieć, że mimo wbrew krążących po świecie opinii o hindusach-brudasach, mają tutaj bardzo restrykcyjne przepisy dotyczące czystości – do świątyń nie mają wstępu menstruujące kobiety – właśnie ze względu na chęć „zachowania czystości”…

Był też cmentarz – bardzo inny od tego, co znamy – pełny widzianych wcześniej w Udaipurze konstrukcji stożkowatych – tylko to nie były osobne świątynie, ale miniaturowe kapliczki dla zmarłych.

Przeszliśmy się po sąsiednim Pałacu, który mieścił również wystawy historyczne, więc można było oglądnąć nie tylko dzieła architektoniczne, ale również stroje, narzędzia czy dzieła sztuki.

#TravelTip: Pałac jest świetnym miejscem na sesje zdjęciową, na miejscu znajdują się wypożyczalnie strojów z fotografem w pakiecie.

Ale chyba najbardziej zapadł w pamięć widok, który rozpościerał się na świat poza fortem – na jednej ze ścian góry, na której leży fort, znajduje się naturalny balkon, w którym powstało jezioro, więc można oglądnąć widok położonego niżej miasta z jeziorem na pierwszym planie – bardzo ładnie.

I co dalej?

Fort jest ogromny, zasadniczo jest to całe miasto – zwiedzanie musi się odbyć z jakimś środkiem kołowym, bo na piechotę jest to za duża przestrzeń z niezbyt zapełnionymi przestrzeniami pomiędzy budynkami.

Ale warto zobaczyć – choćby dla samego rozmiaru konstrukcji. A z racji, że już wiecie o jego historii – to będziecie wiedzieć, że być może to tutaj stąpała Królowa Padmini – której urok sprowokował do wielkiego konfliktu między watażkami. Czy to wcielenie Heleny trojańskiej?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *