Każda z płci ma swoją tajną broń, by uwieść tę przeciwną. Dla kobiet jest to o tyle łatwe, że tych narzędzi ma sporo. My mężczyźni, jeśli nie jesteśmy zbudowani jak kulturyści zostajemy z jedną opcją atomową – pięknym, gęstym wąsem.
Nie wierzycie? A kto pamięta Richarda z „Przyjaciół”? No właśnie…
Wąsy
Hindusi, a dokładniej Radżastańczycy mają tego pełną świadomość. Noszenie wąsa utożsamiane jest z siłą, pewnością siebie, władzą – esencją męskości. Nawet słońca ma tu wąsa!





Dynastia Mewar przyjęli sobie, że pochodzą od słonecznego bóstwa Suryi – i podobnie jak polscy szlachcice z sarmackim dziedzictwem – przyjęli wąsi standard. I chociaż porównywanie do hindusów może być dla kogoś potwarzą (POTWARZ), to konsekwencji im odmówić nie można. Już znaleziona w Pałacu Miejskim (Radżastan: Białe miasto) rycina ilustrująca dynastię z kolejnymi władcami, pokazuje, że twarze mogą być różne, ale jeden element jest na nich stały. Jakby tego było mało, wymogiem dla męskich pracowników tegoż Pałacu jest posiadanie wąsa. Z perspektywy czasu mam wrażenie, że od kobiet też to było wymagane, ale być może to moja wyobraźnia płata mi już figle.
Zatem należy przyjąć, że w tym rejonie słońce jest rodzaju męskiego i swym wąsatym uśmiechem przyprawia o dreszcze na każdym rogu. Bo jest to motyw powszechny – począwszy od malowideł, płaskorzeźb i reliefów, na nadrukach na t-shirtach, zawieszkach i magnesach na lodówki kończąc. Gdyby mieli tam swoją Biedronkę, to na pewno jednym z pluszaków byłoby Wąsate Słońce Wacuś.











Szczęśliwy Jubilat
Wyjeżdżając na rok z czwórką dzieci, szanse na to, że wypadną urodziny są niezerowe (zasadniczo są 100 %). No i padło na Udaipur i Makarego. Zważywszy na to, że udało nam się już wcześniej zorganizować takie wydarzenia, mieliśmy opracowany plan podstawowy (z potencjałem na rozszerzenie jeśli starczy czasu).
Tort został zamówiony w cukierni położonej bardzo blisko naszego hostelu i miał postać pandy – nie było tu zaskoczenia. Trochę musieliśmy się napracować na znalezienie innych atrakcji – wszak Baltazar miał do dyspozycji cały park rozrywki w Wietnamie (Buddyńka Urodzinowa) a Tamara miała prywatną plażę w Tajlandii (Słońeczna wyspa). Dokopaliśmy się do leżącego nieopodal Oceanarium. I tak, byliśmy już w takim, co ma wieloryba, więc trudno było przebić tak wysoko zawieszoną poprzeczkę, ale nasz jubilat jest bardzo wdzięcznym obiektem i z radością przyjmuje każdy prezent.
I tym razem było nie inaczej.





Oceanarium położone jest około 20 minut drogi od centrum, więc przejazd minął ekspresowo. W środku można spotkać wiele okazów ryb, żółwi, meduz, a nawet kaczki! Nie jest może najbardziej okazałe, ale zwiedzania było na prawie godzinę, zwieńczone wizytą w restauracji na słodkościach. Zresztą samo miejsce reklamuje się jako „największe oceanarium w całym Udaipurze!” – to trochę tak jakby powiedzieć „Największy Barbakan w całym Krakowie” ale może to działa na przyjezdnych, kto wie?
Najbardziej wyczekiwaną atrakcją była jednak sala zabaw – położna na obżerzach miasta, w części nieturystycznej, niestety wybór był zasadniczo żaden. Dodatkowo Nasz widok znów wzbudzał spore zainteresowanie. Była to jedna z najmniejszych sal zabaw jakie kiedykolwiek odwiedziliśmy ale Makary był szczęśliwy a tylko o to chodzi.



Zwieńczeniem urodzin był właśnie zamówiony tort na tarasie widokowym w naszym hostelu i, rzecz jasna, prezenty. Tort był w kształcie pandy więc wyglądał dobrze. Chociaż smakiem daleko odstawał od tego, co zamówiliśmy (czy wspominaliśmy, że współpraca z hindusami na poziomie interesów, to bezdenna studnia zawodów i frustracji? – Tak, nie, nie wiem, może). No ale był i były świeczki – a to przecież najważniejsze, dorzuciliśmy do tego jeszcze maski i balony i impreza się rozkręciła na dobre. I trzeba oddać – ciasto było za duże jak na nasze moce przerobowe, więc za pośrednictwem naszego gospodarza, wyruszyliśmy przed hotel, by rozdać resztę bawiącym się w okolicy dzieciakom – one już problemów z nadmiarem słodkości nie miały.
Pałac Dwórek
Musimy się jednak przyznać, że wykorzystaliśmy okazję i będąc w okolicy oceanarium zaciągnęliśmy dzieciaki na szybką wizytę w jeszcze jednym miejscu – w Saheliyon Ki Bari.
Jest to taka zielona enklawa w tym białym mieście. Pałac z ogrodem wybudowany zostały za czasów panowania Maharana Sangram Singh II – znanemu już nam władcy z dynastii Mewar – największego i zarazem zamykającego tak zwaną „złotą godzinę” Udaipuru, czyli czasy siły i świetności ówczesnego kraju.




Jest to zabytek zbudowany przez mężczyzn dla kobiet. Pałac poświęcony został Królowej oraz jej 48 dwórkom, które to król dostał wraz z posagiem (ciekawy zestaw, nie? Kiedyś to były prezenty, a dzisiaj to tylko ludzie chcą pieniądze w kopertach). W zamyśle była to przestrzeń relaksu, odcięcia się od polityki, zgiełku i „tego wszystkiego” dla królowej.
Oprócz centralnego pałacu, zbudowanego jako synteza stylów radżastańskiego oraz mogolsko-muzułmańskich, głównym obiektem jest system fontann z największą, centralną, która jest w tym momencie obfotografowywana dookoła przez ludzi poszukujących pięknego tła do swoich Instagramów.
Fontanny, zasilane systemem grawitacyjnego nawadniania z pobliskiego jeziora, są wkomponowane w tak zwane czteroczęściowe ogrody „czaharbagh”. Obok fontann (który na początku było ponad 2000) najbardziej charakterystycznym jest zbiornik z lotosami.
Przybyliśmy na miejsce i daliśmy dzieciom możliwość pohasania po zielonych trawnikach (tak rzadkich w tym półpustynnym regionie), zaś my ruszyliśmy na indywidualny ogląd okolicy.


Trawinki trawnikami, ale najwięcej radości dało – rzecz jasna – możliwość ochłodzenia się w wytryskujących z chodników strumieniach wody – chyba największą radość sprawiło to Tamarze, zaś dla nas okazało się o tyle wyzwaniem, że nasze zapasy ubrań na zmianę w wózku nie przewidywały przebierania całej czwórki od stóp do głów…
#TravelTip: Na miejscu polecamy skusić się na sesję fotograficzną w lokalnych strojach.
Ile uniesiesz garnków na głowie?
Jedną z takich nieoczywistych atrakcji w Udaipurze są pokazy taneczne połączone z teatrem marionetkowym.
Wybraliśmy się do Muzeum Bagore Ki Haveli – położonego zaraz przy schodach Ghat (Temat rzeka). Pokazy odbywają się codziennie, wieczorową porą.








Przydzielone nam miejsca znajdowały się w podwyższeniu położonym za orkiestrą, więc pokaz niestety mogliśmy podziwiać od tej drugiej strony – ale w przypadku tańców to nie przeszkadzało zbytnio. Przydzielenie odbywa się na zasadzie „Ty! (pracownik teatru wskazuje palcem) Idziesz tutaj!”. Miało to wymiar bardzo sympatyczny bo chciał zapewnić dzieciom dobry widok (wszystkie miejsca w pierwszych rzędach były już zajęte).
A było co oglądać – 5 rodzajów tradycyjnych tańców oraz pokaz lalkarstwa.
Dzieci momentami się trochę nudziły, aż do ostatnich tańców – z rzeczami noszonymi na głowie. Pojawiły się przykładowo 4 pięknie ubrane kobiety ozdobione henną, które tańczyły z takimi metalowymi wazonami na głowie. Były one napełnione (naczynia, nie kobiety) jakąś naftę czymś podobnym – poznać to można było po płomieniach ognia, który to wieńczył szczyt każdego z naczyń. Widzieć kogoś, kto ma tak opanowane i zsynchronizowane ruchy i to z ogniem na głowie, zdecydowanie podniósł niektóre już leżące, znudzone dzieci. Ale hitem była kobieta, która mimo swojej korpulentnej postury posiadała niezrównaną kontrolę nad ruchami – wzbudzała okrzyki podziwu poprzez dokładania kolejnych naczyń na głowę. W pewnym momencie było ich przynajmniej 9 (szybko wirowały więc mogliśmy źle policzyć) i dodały jej drugie tyle wzrostu, co oryginalnie miała. I z takim balastem, ta kobieta potrafiła podskakiwać, siadać i wstawać i tańczyć. Zdobyła tym zasłużone owacje.





#TravelTip: Gdyby ktoś był zainteresowany, to można zdobyć bilety na ich stronie https://dharoharfolkdance.org/shows/
Decathlon
A na zwieńczenie opowiemy naszych zmaganiach z przebitą oponą.
Nasz nieoceniony wózek dziecięcy zakupiony 8 lat temu (BabyDream, model Husky), który całą czwórkę w swych objęciach woził (niemal po całym świecie) jest prawie niezniszczalny. Jedyną rzeczą, która ulega zużyciu są opony.
I tak się stało, że złapaliśmy kapcia – no trudno, zdarza się. Do naprawy wystarczy łata na dętkę i po sprawie, proste – nie?
Okazuje się, że wcale niekoniecznie. Bo gdzie taki zestaw naprawczy można zdobyć? W sklepie rowerowym? Zdecydowanie rower nie jest popularnym środkiem transportu w Indiach, więc nie szło nam znaleźć odpowiedniego też sklepu/serwisu.
Ale, okazało się, że w Udaipurze jest Decathlon! A to właśnie w takim miejscu zazwyczaj wyposażam się w części rowerowe. Położony kawałek drogi od starego miasta, stał się nam celem wyprawy (wszak możliwość pojeżdżenia na hulajnogach, to niemal jak plac zabaw dla dzieciaków).
Niestety na miejscu okazało się, że jego wyposażenie jest dalekie od tego, co możemy znaleźć w Europie – i jak się domyślacie – łat tam nie było.
Ale za to był pracownik, który był bardzo chętny mi pomóc, więc nawet wybrał się na drugą stronę drogi do pobliskich wulkanizatorów – z pytaniem, czy byliby w stanie to naprawić.





Okazało się, że nie mają takich możliwości! No co za wulkanizator, co nie naprawi dętki od roweru? Mój pomocny pracownik sklepu miał jednak pomysł w zanadrzu i skontaktował się z jednym miejscu w okolicy, co zajmuje się serwisem rowerów (być może moja opinia co do skłonności cyklicznych jest błędna?). Zadzwonił tam, zapowiedział mnie, a ja z moim kierowcą tuk-tuka (zadeklarował się, że nas odwiezie później do Decathlona) ruszyłem do serwisu.
Nie szło nam się porozumieć słowami, ale na gesty wytłumaczyliśmy problem i szczęśliwie pracownik był w stanie nas uratować.
Mogę zatem śmiało założyć, że jestem jednym z niewielu turystów odwiedzających Indie, który może się pochwalić wizytą u wulkanizatorów i w serwisie rowerowym.
Bajbajpur
Nasz krótki pobyt w Udaipurze dobiegł końca. Mamy wrażenie, że za szybko, chociaż odwiedziliśmy nasze główne cele i nawet trochę więcej. Ale taki jest Udaipur – jest jak miód, który smakuje słodko i sprawia, że wyjazd jest utrudniony. Jest Indyjską oazą spokoju, mimo wcale nie najmniejszego ruchu. Jest tajemniczy, romantyczny, otoczony wodą – więc dający bardzo różne wrażenie od reszty kraju. Cierpi na te same choroby co inne okolice – biedę i brud (ale to raczej na obrzeżach), ale historyczne centrum, mimo iż jest historyczne, roztacza wizję lepszego – daje wrażenie, że „złota godzina Udaipuru” wcale jeszcze nie minęła. Nie chce się wyjeżdżać, oj nie chce…



Dodaj komentarz