[086] Savasana, czyli pozycja trupa

Czy negocjowanie ceny, to już walka o zasady? Najwyraźniej dla mnie owszem… Przyszło mi się wykłócać o ekwiwalent kilku złotych, ale wiedziałem, że oferowana stawka za przejazd jest przestrzelona przynajmniej o drugie tyle, co zwykły klient by zapłacił. Tak się wykłócałem, że w imię zasad poszliśmy na piechotę. Ku rozpaczy dzieci, ale zasady, to zasady… Nie?

Skok w bok

Jak objawia się ADHD? Nie, nie jest to reklama w jakości High Definition (huehue). Nie jestem ekspertem, ale moje wyobrażenie podpowiada mi osobę, która zabiera się za jedną rzecz, by dostrzec, że  inna wymaga interwencji, więc porzuca oryginalne zadanie i zagłębia się w drugie, by dostrzec to trzecie do zrobienia i tak dalej. Prosimy w komentarzach o sprostowanie, nie chcemy siać fermentu, a jedynie potrzebujemy jakiegoś usprawiedliwienia dla następującej historii…

Więc pewnego dnia zachowywaliśmy się jak właśnie osoby zmagające się z tą przypadłością, ale bardziej na turystycznym poziomie.

Wybraliśmy się do kolejnego punktu na liście UNESCO, ale gdy dojechaliśmy do najbliższego przystanku metrem (a kawałek musieliśmy przejechać), przez okno zobaczyliśmy bardzo interesujące i piękne budowle (a przynajmniej ich zwieńczenia – to było metro nadziemne). Zatem, zamiast od razu kierować się ku naszemu celowi, ruszyliśmy rzucić okiem, co tam ciekawego się znajduje.

Tutaj musimy zrobić przerwę, by coś wyjaśnić – poruszanie się po Indiach z wózkiem jest wyzwaniem. Już we wcześniejszym wpisie (Koło zagłady) poruszyliśmy ten temat, ale warto domalować kilka plam barwnych do przedstawianego już obrazu. Chodniki – są z nimi trzy problemy. Po pierwsze bywa, że ich nie ma. Są to krępujące sytuacje, szczególnie przy ruchliwych drogach, ale umówmy się – przez większość czasu, podczas poruszania się przy głównych traktach, trafialiśmy na wytwory chodnikopodobne, zaś miejsca bez chodników raczej charakteryzowały się uspokojonym ruchem ulicznym (w sensie, że poruszające pojazdy jeździły wolniej, bo ilość nigdy nie spadała do komfortowych poziomów). Po drugie – jeśli już są, to przypominają tor przeszkód z gry przygodowej – a to progi wysokie do kolan, a to przypadkowe, brakujące płyty, które skrywają czeluść, zawartości której nie chcemy się domyślać, albo są po prostu tak krzywe, że nawet najbardziej zmęczone dziecko nie prześpi takich wertepów. Po trzecie – są zatłoczone – a to przez obwoźnych sprzedawców, a to przez ludzi żebrających (żebrzących?), a to przez gromady zbierających się przy świątyniach.

Innymi słowy – poruszanie się z wózkiem jest wolne. Z drugiej strony wózek stanowił pewnego rodzaju taran i przecierał nam szlaki.

Gdy zatem zdecydowaliśmy się odwiedzić ładne budynki z oddali, poświęciliśmy na to przynajmniej godzinę, dużo energii dziecięcej (o naszej nie wspominamy), by w zamian zobaczyć kilka budynków zza płota i nie móc złapać żadnego tuk-tuka powrotnego. Ale przy okazji zobaczyliśmy szkolnego tuk-tuka, który przewoził uczniów do szkoły, więc szukamy pozytywów.

Jahaz Mahal Delhi

No to czas zawrócić i skierować się ku naszemu pierwszemu celowi. Ale dlaczego przy okazji nie złapać coś, co na google maps jest oznaczone znakiem zabytku? Ruszyliśmy zatem pieszo, znacznie się wyróżniając pośród innych pieszych – nie dość, że był to poniedziałek (chociaż co to tam zmienia?), to okolica nie jest oblegana przez turystów zza granicy. Zaopatrzyliśmy się w prowiant u sprzedawców, dokupiliśmy kilka ubrań dla dzieci (wszak wszystkie rosną, czasu nie zatrzymasz) i dotarliśmy do Jahaz Mahal (जहाज़ महल). Okolica nie była zbyt zachęcająca – było sporo śmieci porzuconych na boku drogi, pośród których buszowały za jedzeniem (bezdomne?) krowy. Osobliwy widok, ale nie zachęcający.

Czy my mieliśmy czwórkę, czy piątkę… Gdzie jest piąte dziecko!?

Z drugiej strony sama budowla już cieszyła oko. Zbudowany gdzieś na przełomie XV i XIV wieku jako kurort wypoczynkowy i zajazd. Nazwa oznacza Pałac Okrętowy, a wynika to z faktu, że otacza go fosa z wodą, w której odbiciu budynek wygląda jak statek. A przynajmniej w teorii, bo wody myśmy tam nie widzieli, ale nazwa pozostała. Swoją drogą na google maps są zdjęcia różnych budynków – wynika to z faktu, że często jest mylone z Jahaz Mahal w Mandu – i mimo iż to drugie jest bardziej imponujące, to odwiedzona przez nas wersja również sprawiła dobre wrażenie. W szczególności dziedziniec otoczony łukami z kolumnami. Jeśli ktoś by się interesował, to w październiku odbywa się tam festiwal florystów (Phool Walon Ki Sair) – są to imprezy z tańcami, muzyką, pochodem, śpiewaniem i przystrajaniem budowli w kwiatki (tu możecie zobaczyć, jak wygląda taki przystrojony https://maps.app.goo.gl/AZ2ucy2LDSS4bfji7 ) – może ktoś będzie zainteresowany?

Było to tez miejsce gdzie nasze dzieci postanowiły pobawić się w chowanego. Nasze krzyki kiedy już ich znaleźliśmy było słychać pewnie aż w Mobaju. Tyle rozmawialiśmy o trzymaniu się razem, o chodzeniu za rękę, o pilnowaniu siebie nawzajem, a one wpadły na pomysł zabawy w najbardziej stresującą z możliwych rozrywek. Fakt, że obiekt jest nieduży (nie było tam nikogo poza nami) ale przez 2 sekundy nasze serca stanęły.

Kutb  Minar

Qutb Minar to pierwszy meczet w Indiach. Budowlę zainicjował muzułmański zdobywca miasta Kutb un-Din Ajbak pod koniec XII wieku. Istotnym jest słowo „zainicjował”, ponieważ budowla trwała do 1503 roku, a nie jest to koniec budowlanych perypetii. Centralnym punktem jest minaret zbudowany z czerwonego piaskowca (ktoś zaczyna widzieć tendencje?) o wysokości 73 metrów. Całość jest ozdobiona żłobieniami – tu ciekawostka: architekci byli muzułmanami, robotnicy zaś hindusami – dlatego inskrypcje są często przypadkowymi fragmentami Koranu wraz z innymi arabskimi wyrażeniami. Z taką informacją nasza głowa od razu namalowała obraz muzułmańskiego menadżera średniego szczebla, który na pytanie „czy wyżłobiliście cytaty z Koranu” dostał w odpowiedzi kiwające głowy (Tak, nie, nie wiem, może). Nasza wyobraźnia powędrowała do wszystkich nieświadomych ludzi, którzy poszli do tatuażysty z chińskim znaczkiem a potem się okazało, że jest napisane „zupka chińska”.

Kubt Minar jest minaretem, ale jest oddzielony od meczetu – jest to wynikowa łączenia stylów islamskiego i hinduistycznego – takich przykładów można znaleźć więcej na terenie Indii.

Wieża składa się z 5 pięter, które różnią się od siebie ponieważ były budowane w różnym czasie. Pierwsze z nich ukończono za panowania sułtana z dynastii Ghurydów, zaś drugie, trzecie i czwarte za panowania pierwszego muzułmańskiego władcę z Delhi. W 1369 roku dobudowano piąte piętro, ponieważ w wyniku uderzenia pioruna czwarte piętro zostało zniszczone, więc zbudowano dwa.

Ciekawy przypadek jest w przypadku szóstego piętra. Szóstego pytacie? Tak, w 1803 roku trzęsienie ziemi spowodowało poważne szkody – naprawy zostały zlecone Robertowi Smithowi, który w 1828 roku odnowił wieżę i przy okazji dobudował sobie piętro. Dobudowana warstwa tak bardzo nie pasowała do reszty, że już 20 lat później sam gubernator generalny Indii kazał się pozbyć tej abominacji, którą postawiono w ogrodzie niedaleko – część tę nazywają teraz Smith’s Folly – Szaleństwem Smitha.

W 1993 roku Kutb Minar został wpisany na listę UNESCO.

Niestety wieża jest niedostępna dla zwiedzających – z jakiegoś powodu samobójcy wybrali sobie ten obiekt w celu rozwiązania swoich wszelkich problemów. Nim jednak została ona zamknięta, pochłonęła ona sporo ofiar. Wystarczy wspomnieć czeską aktorkę Tarę Devi, która spadła ze szczytu razem ze swoimi pieskami, albo 45 osób, które zginęły, gdy padło oświetlenie i wybuchła panika na klatce schodowej.

Wiewiórki

Na miejsce dotarliśmy tuk-tukiem. Ale takim zamówionym przez ubera. Tak, można zamówić tuk-tuka przez aplikacje i cena jest z góry wiadoma (chociaż preferują płatność gotówką).

#TravelTip: Uber jest dobry do zamawiania przejazdów, ale też pomaga w zorientowaniu się jakie orientacyjne stawki można oczekiwać na danej trasie – przydatna informacja przy negocjacjach. Zdarzało nam się, że  hinduskie tuk-tukarz upierał się przy swojej cenie do czasu aż mu nie pokazaliśmy na ekranie ile za kurs weźmie inny kierowca.

Wejście do Kutb Minar jest, rzecz jasna, biletowane. I o ile zazwyczaj mamy problem ze zbyt dużą opcją wyboru biletów, to tym razem wbiła nas w podłogę liczba rodzajów kolejek. No dobra, było ich 4 rodzaje, ale to i tak dwie więcej niż standardowo. Zatem mamy kolejkę dla hindusów płci męskiej i osobne dla kobiet, następnie dla turystów i osobna kolejka dla rodzin z dziećmi. Tutaj miałem zagwozdkę, do której stanąć, wszak kwalifikuję się przynajmniej do dwóch z nich. Skończyłem w kolejce dla turystów, bo nie byłem pewien, czy promocje się łączą…

Wchodzi się na teren i nie da się przegapić celu wyprawy – Kutb Minar widoczny jest z daleka, ale to z bliska robi naprawdę niesamowite wrażenie. Jest ogromny – ma 14 m u podstawy – trudno go objąć (wzrokiem rzecz jasna), a z bliska wyłaniają się te wszystkie szczegóły, przypadkowe cytaty z Koranu, balkoniki pomiędzy poziomami i inne zdobienia. To jest jeden z takich obiektów, na który można długo się patrzyć i dalej nie będzie się miało dosyć.

Kutb Minar nie jest odosobnioną wieżą – otoczony jest ruinami ze wszystkich stron i cały kompleks jest całkiem spory – kolejne miejsce, które nie doszacowaliśmy i nie przeszliśmy całości wzdłuż i wszerz.

Jednak podróżowanie z dziećmi rządzi się swoimi prawami i tempo też musi być odpowiednio regulowane, dlatego przerwa była nieunikniona. Z ważnych informacji rodzinnych – jest to obiekt dostosowany do zwiedzania dla osób na wózkach.

#TravelTip: Toalety na terenie kompleksu są zamykane przed jego zamknięciem (tak z godzinę, dwie)!

Przerwa była by napełnić brzuszki, a okazało się, że najwyraźniej jesteśmy w jakiejś centrali dowodzenia hinduskich wiewiórek szarych – w stolicy kolorów jest to niejako zawodem. Udało się raz, czy dwa że wiewiórka zjadła co im rzuciliśmy, ale rzecz jasna wychodziły z tego dramaty „Bo nie zjadła mojego jedzeniaaaaaaaa”, ale z drugiej strony skutecznie przyciągały uwagę, więc mogliśmy sobie popodziwiać w spokoju.

I tak sobie podziwialiśmy – zdecydowanie zbyt krótko, mieliśmy też ze sobą zbyt mało jedzenia, więc towarzystwo robiło się już wybuchowe, ale wciąż – zdecydowanie polecamy! Podobnie jak w przypadku Mauzoleum Humajuna jest tam pięknie, czysto, zielono i nie tłocznie (brzmi jak nie Indie, prawda?).

Pies z głową do dołu i nogą do góry

Jesteśmy joginami. Takimi okazjonalnymi, bo od czasu pojawienia się dzieci nie udało nam się wpisać sesji jogi w nasz dzienny terminarz, więc do profesjonalistów nam daleko (ale w czasach przedpieluchowych systematycznie uczęszczaliśmy na zajęcia). Ale lubimy to – zdecydowanie po takiej sesji człowiek czuje się lepiej we własnym ciele. Chociaż teraz zrobienie takiej gimnastyki wiąże się z tym, że dzieci albo będą siadać na macie, czasem próbować naśladować pozycje, ale częściej wolą wejść na plecy, bo sami się w końcu nastawiamy…

Będąc w Indiach ten temat nie mógł się nie pojawić, chociaż zdecydowanie był tylko dodatkiem – nie szukaliśmy źródeł jogi, nie znikaliśmy w pustkowiach z mistrzami by osiągnąć zrozumienie wszechświata… Ale jest ona obecna – wystarczy wspomnieć mijanych turystów z matami, którzy co jakiś czas się przewijali – a skoro tacy ludzie się pojawiali, to znaczy, że musieli gdzieś się gromadzić…

No ale czym jest ta joga właściwie? Joga (योग) jest jednym z 6 systemów filozofii uznających autorytet Wed – czyli najstarszych ksiąg hinduizmu. Dosłownie znaczy jarzmo, ale w znaczeniu samokontroli. Jest to sposób utrzymania równowagi między ciałem i umysłem w celu zrozumienia rzeczywistości i wyrwania się z kręgu wcieleń, zwanych w hinduizmie sansara. Są różne szacunki co do początków jogi, ale najstarsze artefakty pochodzą sprzed 2 tysięcy lat przed naszą erą, ale są tacy, co podają ponad 5 tysięcy. Wiadome – rzucić liczbę i powiedzieć, że był przekaz ustny, to sobie może każdy. Jako miejsce wskazuje się dolinę Indusu, więc zahacza o Pakistan i Chiny, ale umówimy się – siadło w Indiach.

Czy jest powód by kościół w Polsce tak bardzo się obawiał jogi? Może nie chcą przerwać tego kręgu reinkarnacji. Jeśli o migracji dusz mowa to myślę, że w moim przypadku „Kaczka, to max co może ze mnie być”.

A jeśli chodzi o dawną jogę – tak się składa, że pierwszym klientem Niebieskiej spoza kręgu znajomych była właśnie najstarsza szkoła jogi w Polsce. Jest to Szkoła Jogi Jurka Jaguckiego (w skrócie przez nas zwana „SJJJ”), dla której moja żona stworzyła całą, nową identyfikację graficzną, którą możecie podziwiać na ich stronie https://www.joga.szczecin.pl/, lub na funpage Niebieskiej (zachęcamy do polubienia i śledzenia!) https://www.facebook.com/share/p/16odm77JeL/

Koniec autoreklamy.

Osobiście moją ulubioną pozycją jest pozycja trupa – leżysz na plecach z zamkniętymi oczyma, prostymi nogami i rękami. Brzmi może i niepozornie ale nie mylcie tego z drzemeczką na koniec sesji Podobno to najtrudniejsza pozycja bo trzeba potrafić NIE zasnąć a jedynie się zrelaksować i znaleźć balans pomiędzy umysłem a ciałem. Ulubiona pozycja Niebieskej to pozycja śpiącego dziecka – równie aktywna co moja. Możemy potwierdzić, że niektóre dzieci faktycznie śpią w takiej dziwnej konfiguracji (u nas to były dziewczyny).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *