Miasto światła i bambusa – Hội An jest miastem kapsulującym esencję Wietnamu. Miejsce magiczne i intensywne. I takie chyba musi być prawdziwe miasto portowe, nie?

Port obok portu
Hội An (anagram od Hanoi) było swego czasu wielkim portem, najważniejszym w tej części świata na szlaku jedwabnym. Stanowił o sile królestwa Czampów, zaś po przejęciu regionu przez Wietnamczyków był głównym ośrodkiem portowym kraju, bijącym sercem przemysłu, transportu i handlu. Dopiero czasy kolonizatorskie zmieniły układ sił oddając pierwszeństwo Da Nang. Jeśli zapytasz podróżników „Jeśli mógłbyś odwiedzić tylko jedno miejsce w Wietnamie to jakie by ono było?” to z dużą dozą prawdopodobieństwa odpowiedź brzmiałaby Hội An.
Dzięki staraniom polskiego konserwatora sztuki – Kazimierza „Kazika” Kwiatkowskiego – w 1999 roku miasto zostało wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO (5/8 obiektów z listy materialnego dziedzictwa które odwiedziliśmy w Wietnamie).


O Kaziku wspominaliśmy przy okazji wcześniejszego wpisu, gdzie został sprowadzony by prowadzić prace odkrywczo-naprawcze w kompleksie My Son. Gdy przyjechał do Hội An, stare miasto było w opłakanym stanie. Drewniane budowle były zaniedbane, popadały w ruinę i jedynie wprawne oko konserwatora sztuki zorientowało się, że to jest perełka, którą należy ratować. Stanowczo się sprzeciwił planom włodarzy miasta zrównania budynków z ziemią i wybudowaniu tu nowych osiedli. Był wystarczająco przekonujący (a może przerażający? Wszak nazywano go również Człowiekiem z Dżungli), by oryginalne plany zarzucić, zaś podjąć próbę uratowania budowli. Swoją drogą nazywany był również Znachorem ponieważ niedługo po polskiej premierze filmu był on wyświetlany w Wietnamie. A wiadomo – dla Azjatów wszyscy biali wyglądają tak samo, chociaż polak swoją brodą zaiste przypominał profesora Wilczura.
Więc tym razem możemy być dumni z „Polaka za granicą”, bo to dzięki niemu możemy dzisiaj podziwiać tę perełkę. Lokalni zdecydowanie o tym pamiętają, świadczy o tym chociażby spory pomnik mu poświęcony. Kazik zmarł w Wietnamie i chociaż jest pochowany w Lublinie, to królewskie miasto Hue wyprawiło wielki orszak pożegnalny na jego cześć.




Miks kulturowy
Istotną cechą tego miasta jest jego portowość. Ale nie w postaci wielkich spichlerzy, powszechności żurawi czy konstrukcji przywodnych. Międzynarodowość portu objawia się tu w architekturze, ponieważ miasto miało swoje narodowe dzielnice – Chińską, Japońską, czy Wietnamską. Szczególnie te dwie pierwsze, a dokładniej most, które je łączy, przyciąga rzesze turystów. 18 metrowy Japoński most (albo Chùa Cầu) to kryty, drewniany most z zaimplementowaną buddyjską świątynią! Jest tak wyjątkowy, że to właśnie jego wizerunek znajduje się na banknocie 20tys VND (odpowiednich 3 pln). Most łączy dzielnicę Japońską z Chińską i jest częścią głównego deptaku, więc można się tam spodziewać tłumów.




Przyjechaliśmy z Da Nang na dwa dni i zatrzymaliśmy się z hostelu, gdzie do dyspozycji mieliśmy cały, 10-cio osobowy pokój z bardzo wysokimi łóżkami. Rzecz jasna starszym dzieciom się to bardzo spodobało, a w szczególności przeskakiwanie z łóżka na łóżko (wszak podłoga, to lawa), a nas to z lekka przeraziło – Tamara jest wielkim nocnym podróżnikiem, więc niezabezpieczenie krawędzi łóżek musi skończyć się upadkiem. Na szczęście obyło się bez kontuzji a dzieci okrzyknęły ten pokój „najfajniejszym ze wszystkich”.
Hostel znajdował się jakieś 10 minut spacerkiem od historycznego centrum, więc zaraz po pozostawieniu bagaży ruszyliśmy na miasto.





#TravelTip: Przed wejściem na starówkę znajdują się budki biletowe (które bardzo łatwo przeoczyć). Jeśli chcesz zwiedzić w pełni Hội An to poszukaj takiego miejsca zawczasu bo w centrum możne się to okazać niemożliwe. Bilet tam zakupiony zapewnia wejście do każdego muzeum, historycznego domu i obiektu wartego odwiedzenia.
Tak jak to jest zaraz po wejściu do samochodu – dzieci zaczęły wołać o jedzenie. Ale przecież nie możemy się zatrzymać na obiad w restauracji, bo to będzie kolejna godzina z głowy, a my nawet nie zbliżyliśmy się do historycznego centrum! Zdecydowaliśmy się złapać coś do przegryzienia po drodze i trafiło na stanowisko z donutami – smażonymi na miejscu i zdecydowanie zbyt słodkimi (chociaż dzieci miały w tej kwestii inną opinię). Zdobyliśmy zatem pożywienie i przesiedliśmy na murku w bardzo ładnym miejscu. Okazało się, że jest ta świątynia Bà Mụ to dosyć popularna miejscówka do robienia sesji fotograficznych. Nie ma się co dziwić – zbiornik wodny z wielkimi wrotami w tle – sam się narzuca jako sceneria.





My jednak postanowiliśmy, że wrócimy tam jeszcze później, a tymczasem ruszyliśmy wąskim chodnikiem przed siebie. Samo przejście było jak przeniknięcie do innego wymiaru – coś jak królicza nora u Alicji, albo szafa otwierająca się na Narnię. Ściany przejścia prowadziły do mieszkań, a kolejne okna były mniej lub bardziej zdobione. I chociaż mijały nas skutery i rowery na tej ścieżce – zmuszając nas do przyklejenia się do ściany – to z każdym krokiem zbliżaliśmy się do skrzyżowania z głównym deptakiem. Pierwszego dnia kierowaliśmy się chęcią znalezienia tam keszów i jednym z takich zadań było dotarcie do głównego mostu nad rzeką Thu Bon i zwrócenie uwagi na kilka szczegółów na samym moście. Z drugiej jego strony znajduje się wyspa która nazywa się An Hội (co za przewrotność, kolejne miejsce które jest anagramem słowa Hanoi) , którą postanowiliśmy odwiedzić.
Zaczęliśmy krążyć uliczkami, zagłębiając się w architektonicznym świecie – widzieliśmy część turystyczną, ale też przybrzeżną, gdzie znajduja się budowle mieszkańców, którzy z pracy na wodzie żyją. Niespiesznie kluczyliśmy po uliczkach, udało się nam nawet kilka interakcji z mieszkańcami, jak kiedy dzieci niczym nie zrażone weszły na czyjeś podwórko (na spacerach mamy zasady trochę jak na egzaminie z prawa jazdy, jeśli nikt nic nie mówi, to jedziemy po głównej ulicy) i zachwyciły się drzewkiem mandarynkowym. Już chciały sięgnąć po owoce, kiedy zorientowaliśmy się, że to teren prywatny. Zanim zdążyliśmy się wycofać sympatyczna wietnamka zrywała już dla dzieciaków te mandarynki, które były dojrzałe (ale były pieruńsko kwaśne).








O ile wyspa wita odwiedzającego ścianą restauracji (z których każda próbuje przyciągnąć czymś klienta, więc widok restauracji poświęconej Jasiowi Fasoli był o tyle niespodziewany, co zrozumiały), to część skierowana ku morzu już się nie spodziewa zbłąkanych turystów. Chociaż jest jedna miejscówka, która usilnie próbuje – restauracja pod nazwą Art Toilet, która za motyw przewodni wybrała sobie… chyba się domyślacie. W sumie jest to zaskakujące jak często sztuka i fekalia występują razem w sztuce najnowszej. Chwyt marketingowy zadziałał i tam sobie zasiedliśmy na kawkę, gdzie dosiadł się do nas pewien pan – stary australijczyk (?), który wycinał z plastikowych wieczek małe kangurki i rozdawał dzieciom. Nie chciał przyjąć pieniędzy, więc chyba faktycznie miał taką misję – później przyszło mi te kangury przerabiać na króliki, bo to się akurat bardziej dzieciakom spodobało.
Bambus Symboliczny
Ruszyliśmy dalej gdzie na cyplu wyspy znaleźliśmy bambusowy teatr. A może cyrk? Trudno stwierdzić – ale był to jakiś pokaz akrobatyczny, na który się nie wybraliśmy, bo finansowo by nas to zjadło (niestety brak znaczących zniżek dla dzieci). Ale pokręciliśmy się po okolicy, dzieci biegały od jednej instalacji z bambusa do drugiej nadrabiając brak placów zabaw w okolicy. Sam teatr został zbudowany z bambusa, ma średnicę 24 m i wysokość 13 m (dużo bambusa) i wygląda jak księżyc. Co wieczór odbywają się tam przedstawienia które oscylują wokół tegoż surowca. Jest ich głównym atrybutem, nadrzędnym instrumentem oraz motywem przewodnim przedstawienia.





Bambus swoją drogą jest dosyć istotną rośliną w Wietnamie (i ogólnie Azji wschodniej), Wietnamczycy wręcz uznawają, że symbolizuje ich ducha: Jest silny i elastyczny – z różnych zawirowań historycznych wychodzi obronną ręką, prosty i skromny, charakteryzują się solidarnością i jednością – tak jak bambus rośnie w kępach. No i oczywiście symbol niezłomności i godności – mimo, że się ugina, to rośnie prosto i do góry. Uznawany jest za łącznik światów od podziemi, poprzez kraj ludzi, aż do niebios – ma chronić przed złymi duchami.
Oprócz symbolicznej wartości, ma bardzo dużo praktycznych zastosowań – od budownictwa, gdzie jest materiałem budulcowym (zwany jest „stalą Wietnamu), poprzez rolnictwo, aż do życia codziennego – wykonuje się z niego meble, kosze, maty, pojemniki na żywność, szcztućce, kapelusze – jest składnikiem zup, sałatek i innych potraw. I oczywiście pałeczki.

Bambus jest jednym z „Czterech Szlachetnych Panów” (Tứ Quý) w tradycyjnym malarstwie wschodnioazjatyckim (obok śliwy, chryzantemy i orchidei). Reprezentuje lato i nieugiętość.
Powiedzieć, że bambus jest istotną rośliną, to jakby nie powiedzieć nic.
A kokos?
Zrobimy mały skok w czasie o 24 godziny do przodu, gdy zdecydowaliśmy skorzystać z jednej z najsłynniejszych atrakcji Wietnamu – pływanie w skorupie z kokosa czyli Coconut Boat. I tak, możecie wstrzymać konie waszej galopującej wyobraźni – nazwa wynika z faktu, że pływa się w łodzi o kształcie połówki kokosa, chociaż zrobiona z bambusa i żywicy i kokosa, ale o rozmiarach wystarczających by pomieścić ludzi.









Taka łupinka ma jakieś 2 metry średnicy i prowadzi ją lokalny sternik (który również jest siłą napędową). Należy w pierwszej kolejności dopłynąć do ich punktu wypadowego, więc zaczęliśmy od zwykłej łodzi – mimo dosyć niepewnego spojrzenia kapitana statku, zapakowaliśmy się wszyscy wraz z wózkiem (umiejętność składania i rozkładania tego wózka mamy już na poziomie eksperckim i mogę to zrobić jedną nogą). Następnie po około 20 minutach dotarliśmy na miejsce, gdzie przepakowaliśmy się do wspomnianych skorup. Rozdzieleni na dwie drużyny – chłopaki i dziewczyny – ruszyliśmy w kierunku odnogi rzeki. Nie płynęliśmy szczególnie daleko, ale dosyć szybko znaleźliśmy się otoczeniu wysokich liści palmowych i innej roślinności, więc wrażenie odcięcia się od cywilizacji nastąpiło szybko.
Nie była to wyprawa krajoznawcza, a raczej kokoznawcza. Przygoda skupiona na doświadczeniu – a taka skorupkowa łódka daje kilka możliwości. Wyzwaniem jest znalezienie równowagi i wytłumaczenie dzieciakom, by nie zmieniały pozycji, ale kiedy już znajdzie się balans – to można poszaleć. Tutaj nasi sternicy popisali się technicznymi umiejętnościami żeglarskimi. Najbardziej widowiskowym i ekstremalnym przykładem było bardzo szybkie wirowanie łajbą dookoła własne. Dzieci piszczały z radości, dorośli skupiali się na tym, by żadne dziecko nie wyleciało (mission completed). Każdy też dostał podarunek zrobiony z liści kokosa, wyglądało to jak świerszcz z ruchomymi końcówkami.








Skąd w ogóle pomysł na taką atrakcję? Otóż zaraz obok Hội An znajduje się tak zwana Kokosowa Wioska (Cam Thanh Coconut Village), z której takie atrakcje właśnie pochodzą. Jest to miejsce, gdzie hodowane są kokosy, a także na tychże łódkach prowadzony jest połów – umożliwiają one eksplorację płytkich, ukrytych w zaroślach wód, gdzie inne kształty korab* by po prostu się nie sprawdziły.
#TravelTip: Możliwość przepłynięcia się coconat boat istnieje po dwóch stronach rzeki. Coconat Village jest dalej od centrum Hoi An i jeśli masz pół dnia wolnego to jest lepsza opcja. My wybraliśmy kurs przyspieszony i zajęło na to około 3 godzin.
Po takim pokazie możliwości (szalonego wirowania) zawróciliśmy i ruszyliśmy w drogę powrotną – i o ile nasz sternik nie mówił po angielsku, to w drodze powrotnej jak mantra powtarzał „tip” (napiwek). Ogólnie raczej jesteśmy przeciwko tipowaniu – skoro obie strony na początku zgadzają się na umówionę cenę za umówione usługi to powinna zawierać wszystkie opłaty – to tutaj się złamałem i zostawiłem napiwek – chociaż sądząc po minie sternika – raczej zbyt niski.











*Korab – to dawna nazwa statku, dziś poetyckie określenie łodzi, okrętu. Jednym z naszych ulubionych narzędzi przy tworzeniu tych wpisów jest słownik synonimów. Nasz zasób znanych wyrazów powiększa się z każdą publikacją.
Kondukt żałobny
Jeszcze tego samego dnia z rana wybrałem się na przebieżkę. Tak się złożyło, że trafiłem na kondukt żałobny. Polecimy tutaj wisielczym humorem, ale to był taki ładny, spokojny kondukt aż miło było patrzeć. Żadnych tygodniowych śpiewów, które dzień i noc budzą żałobników jak w Kambodży (dwa wesela i pogrzeb) Dopiero jak zauważyłem pojazd z trumną zrozumiałem naturę tej procesji, bo muszę przyznać – była dosyć szczególna. Towarzyszyło jej duża ilość ludzi ubranych na biało, kilku mężczyzn było przebranych za jakieś postaci, które co jakiś czas rozkładały przenośne ołtarzyki, przed którymi wykonywały coś w rodzaju tańca. Trumnę dojrzałem w jednym z kilku pojazdów, które również wyglądały jak małe, przenośne świątynie. Zdecydowanie motywem przewodnim tych zdobień były smoki – ale nie ma się co dziwisz (hue hue) – jest to w końcu jeden z 4 świętych zwierząt Wietnamu.






4 święte zwierzęta Wietnamu
Zasadniczo to są 4 święte istoty Tứ Linh lub Tứ Thánh Thú (Cztery Święte Zwierzęta), o których już wcześniej słyszeliście, bo wspominaliśmy o nich przy okazji pokazu marionetkowego we wpisie Hanoi z żabiej perspektywy. Ale przywołamy je ponownie, gdyż warto mieć to podsumowane.
Wspomniany wcześniej smok (Long) – w Wietnamie jest to postać dobroczynna, która symbolizuje męskość, siłę, obfitość i szczęście. I bardziej przypomina węża z wąsem i nogami (czyli po dziecięcemu nazywliśmy go Muszu, jak smok z bajki „Mulan”).











Żółw (Quy) – jedyny w zestawieniu niemityczny zwierzak, symbolizuje mądrość, sprawiedliwość i szlachetność. To żółwiowi właśnie król Lê Lợi zwraca miecz pożyczony do wyzwolenia kraju od Chińczyków. W innych, bliższych nas mitologiach owy żółw podtrzymuje cały dysk i cztery słonie.



Feniks (Phụng) – to symbol piękna, cnoty, nieśmiertelności, symbolizuje żeńskość, cesarzową (cesarzowi przypada smok) i oczywiście odrodzenie i nowy początek. Z wyglądu bliżej mu do mieszaniny pawia i koguta, ze szczególnym naciskiem na wielokolorowe pióra.



Nghê – to najbardziej „obca” dla zachodniego odbiorcy postać, ponieważ nie pojawia się odpowiednik w naszej (pop)kulturze. Wygląda jak pies albo lew ze smoczymi naleciałościami (głowa, łuski, rogi). Często stoi przy świątyniach, jest strażnikiem i symbolem dobrych rzeczy, które mają nadejść, do tego symbol mądrości, sprawiedliwości i szczęścia.


Pozostaje pytanie, czy spotkaliśmy je wszystkie?



Dodaj komentarz